Z The Sixpounder zawsze miałem trochę pod górkę. Pierwszy raz o tym zespole usłyszałem gdy jego wokalista, Filip Sałapa, zasilił szeregi grupy Nergala w 1. edycji programu The Voice Of Poland. Koledzy metalowcy będący pod wrażeniem wrzasku frontmana mówili mi: „Posłuchaj sobie The Sixpounder, to jego zespół”. Znając mój wybredny gust odkładałem to na później i później, aż kilka lat po tych zdarzeniach przyszło mi się zmierzyć z drugim krążkiem grupy, o której w naszym kraju jest coraz głośniej. Muzycy postanowili nazwać to wydawnictwo po prostu „The Sixpounder”. Albumy self-titled kojarzyły mi się często z pewnego rodzaju podsumowaniem swojego stylu i sprawdzoną marką. Nie za wcześnie na takie zabiegi ze strony młodych muzyków?

The_Sixpounder

Zaczyna się przyjemnie – utwór ‚Heaven’ to rasowy opener. Mimo to grupa z Wrocławia nie bawi się w niepotrzebne budowanie klimatu. Wiedzą doskonale, że zostali stworzeni do mocnego grania i to robią od samego początku. Jest to swojego rodzaju przekrój przez cały album – jest ostro, ale też łagodnie. W środku utworu rozbrzmiewają niespodziewanie dźwięki gitary akustycznej, a Frantic Phil nagle pokazuje, że potrafi śpiewać. Moje uszy zostały następnie zbombardowane oraz uraczone soczystymi gitarowymi flażoletami, których, jako gitarzysta, jestem wielkim fanem.

Ciężko ocenić każdy utwór z osobna. Warto jednak zaznaczyć, że każdy z kawałków trzyma tutaj podobny poziom i jest on jednocześnie wyższy niż ten zaprezentowany na pierwszym krążku The Sixpounder, „Going To Hell? Permission Granted!”. Materiał jest lepiej wyważony niż debiut zespołu i zdaje się wyraźnie uśmiechać w kierunku dokonań grup takich, jak Five Finger Death Punch. Doskonałym przykładem takich inspiracji są utwory takie, jak ‚Faith’, ‚Ten Thousand Teenage Killing Machines’ czy ‚Dead Man Walking’. Recepta na sukces jest tu prosta – dużo krzyku, dobrych riffów, prostej, ale dynamicznej perkusji, od czasu do czasu melodyjny refren i obowiązkowo jedna, góra dwie ballady. Można się przyczepić, że jest to rozwiązanie standardowe, do bólu sprawdzone i zrobione nieco pod publikę.

Nie widzę jednak powodów takiego nadmiernego ględzenia. Materiał ma w sobie dużo mięsa, odpowiednie wyważenie niskich, środkowych i wysokich tonów, a przede wszystkim Frantic Phil (czy też Filip Sapała dla przyjaciół) doskonale wie jak kontrolować potęgę, którą reprezentują jego struny głosowe. Niech za rekomendację posłuży wspomniany numer ‚Dead Man Walking’. Zazwyczaj nie cierpię ballad na albumach rockowo-metalowych. Sięganie po gitary akustyczne specjalnie w celu napisania jednego „ładnego” utworu raz na dwa lata mnie odrzuca i tutaj nie było inaczej – gdy usłyszałem zapowiadające spokojny utwór ambientowe wstawki byłem gotowy sięgać po wszelkie ostre przedmioty. Mimo to ‚Dead Man Walking’ mnie do siebie przekonał z nawiązką. O dziwo, to naprawdę kawał porywającej muzyki.

Czy są tu słabsze momenty? Pewnie, że są – zawsze jakiś utwór będzie wypadał gorzej na tle innych. Większość kawałków powiela tutaj podobny schemat – brutalne zwrotki plus melodyjne refreny oraz mniej lub bardziej skoczny bridge. Do wyboru, do koloru – można powiedzieć. Jedyną poważniejszą wadą dla koneserów wymykającego się z ram gatunkowych grania może być fakt, że sporo utworów ma tutaj niemal identyczną budowę i podobny charakter. To, co dla jednych jest minusem, dla innych będzie jednak zaletą – każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Od bliźniaczo podobnego do Five Finger Death Punch (wracam do tego porównania ponownie, ale nasuwa się ono aż za mocno) ‚Faith’, przez płynące ‚The Betrayal’, a kończąc na zamykającym krążek mocnym ‚The New World Order’.

„Chłopaków jest ostatnio wszędzie pełno, dowal im” – powiedział żartobliwie mój redakcyjny kolega tuż przed rozpoczęciem pisania tego tekstu. Zwrócę się tutaj jednak bezpośrednio do muzyków The Sixpounder. Chłopaki, trudno wam teraz dowalić. Jest to światowy poziom, a jeśli będziecie to sukcesywnie kontynuować, wróżę Wam świetlaną przyszłość. Nie zepsuć mi tego!

Tracklista:

01. Heaven
02. Faith
03. The Hourglass
04. Burn
05. The Asylum
06. Ten Thousand Teenage Killing Machines
07. The Betrayal
08. Let’s Have Dinner Baby
09. Dead Man Walking
10. The New World Order

Ocena: 8.5/10

Bartosz Pietrzak

1 Comment Recenzja płyty The Sixpounder – „The Sixpounder”

  1. Pingback: The Sixpounder: Zobacz teledysk do ,New World Order' | HeavyRock!

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *