Papa Roach istnieje na rynku muzycznym od ponad 20 lat. W początkowym okresie twórczości skupiali się na wydawaniu krótkich EP, kształtując swój styl. Prawdziwy przełom nastąpił w 2000 roku, po wydaniu rewelacyjnego albumu „Infest”. Od tamtego czasu wydali cztery, mniej lub bardziej udane albumy. Ważne jest jednak to, co zmieniło się w ich muzyce, a recenzja najnowszego wydawnictwa „F.E.A.R” będzie doskonałą okazją do przekonania się, czy zmiany te wyszły zespołowi na dobre.

Recenzja płyty Papa Roach – F.E.A.R.

Album wydany 27 Stycznia 2015 roku już w pierwszym utworze, ‘Face Everything And Rise’, robi dobre wrażenie – otwierający go potężny riff od razu wpada w ucho. Podobnie jest z kolejnymi numerami. To mieszanka świetnych, niemalże heavymetalowych partii gitar w połączeniu z pop-rockowymi refrenami. Mało? Nie zabrakło też ukłonu w stronę bardziej konserwatywnych fanów gitarowego brzmienia. Zresztą, w jednym z wywiadów Jacoby Shaddix wspominał, iż na „F.E.A.R” każdy znajdzie coś dla siebie. I miał absolutną rację. Słuchając albumu można odnieść wrażenie, że zespół w 40 minut muzyki wpakował wszystkie swoje dotychczasowe inspiracje.

Jest też kwestia, która wywołuje niemałe kontrowersje. Otóż, już przy poprzednim albumie zespół postanowił od czasu do czasu pobawić się z elektroniką. Na najnowszym albumie również znajdziemy te mniej rockowe momenty. Nie są one jednak na tyle wyeksponowane, by mówić o całkowitej zmianie klimatu. Ot, momentami pojawia się elektronika. Na szczęście nie zawadza i nie psuje odbioru całości. Jest raczej ciekawym urozmaiceniem.

Melodyjność to kolejna rzecz, którą można zaliczyć do plusów „F.E.A.R”. Takie utwory jak ‘Skeletons’, dyskotekowy ‘Warriors’, czy chociażby ‘Love Me Till It Hurts’ uderzają prostotą i przebojowością. Z pewnością zasługują na włączenie do koncertowych setlist podczas nadchodzącej trasy Papa Roach.

Recenzja płyty Papa Roach – F.E.A.R.

Na początku wspomniałem o zmianach w stylu Papa Roach, które obserwowaliśmy na przestrzeni kilku ostatnich lat. Wielu słuchaczy kojarzy ten zespół z rapowanymi wstawkami w zwrotkach. Tego charakterystycznego elementu ich twórczości na „F.E.A.R.” uświadczymy jednak relatywnie mało. Jacoby Shaddix postawił tym razem na melodię. Elementy hip-hopu znajdziemy w utworze ‘Warriors’ z gościnnym udziałem Royce Da 5’9” oraz ‘Gravity’. Ten ostatni jest zresztą jednym z najlepszych na płycie – zespół postanowił w nim odrobinę poeksperymentować z brzmieniem.

Co najważniejsze, muzycy stworzyli album spójny. Można się przyczepić, że większość utworów opiera się na podobnej konstrukcji, ale Papa Roach nie jest zespołem wyspecjalizowanym w skomplikowanych solówkach i rozbudowanych riffach, czy w utworach poprzedzonych długim intrem. Ma być krótko i konkretnie, co zespół realizuje perfekcyjnie.

Całość wyróżnia także profesjonalne brzmienie – mocne, tylko delikatnie wygładzone w studio gitary, świetnie brzmiąca perkusja i bas, który nie ginie pod naporem soczystych riffów. Niektórych fanów „klasycznego” rocka wymuskany brzmieniowo „F.E.A.R.” może nieco irytować. Czuć zdecydowanie radiową produkcję, co zresztą nie powinno być zaskoczeniem, po przesłuchaniu całości.

www.youtube.com/watch?v=h0_h7vUcnhs

W kwestii warstwy lirycznej rewelacji nie ma – można by rzec, iż jest standardowo jak na tekściarską stronę twórczości Shaddixa. Tematy o motywacji do działania, o tym by się nie poddawać, były wałkowane w muzyce rockowej setki, jeśli nie tysiące razy.

Podsumowując, jest to bardzo przyjemna i melodyjna płyta, która na pewno przypadnie do gustu fanom współczesnego brzmienia. Rozczarować się mogą jedynie ci, którzy spodziewali się po Papa Roach powrotu do korzeni. Zespół ewoluuje. Muzycy zwyczajnie trzymają się tego, co obecnie gra im w duszy i to jest chyba najlepsze, czego oczekiwać można od dojrzałego zespołu. Warto posłuchać!

Tracklista:
1. ‚Face Everything and Rise’
2. ‚Skeletons’
3. ‚Broken as Me’
4. ‚Falling Apart’
5. ‚Love Me Till It Hurts’
6. ‚Never Have to Say Goodbye’
7. ‚Gravity’
8. ‚War over Me’
9. ‚Devil’
10. ‚Warriors’
11. ‚Hope for the Hopeless’
12. ‚Fear Hate Love’

Ocena: 7+/10

Autor: Maciej Maciejuk

 

1 Comment Recenzja płyty Papa Roach – „F.E.A.R.”

  1. Ździmir

    To najsłabszy album w karierze Papa Roach. Barachło, które nigdy nie powinno ujrzeć światła dziennego. jestem wielkim fanem PR odkąd wyszedł „Infest”, a F.E.A.R. zakrawa na kpinę z fanów. Masa elektronicznych wymiotów, niewyszukana linia melodyczna wokalu i kiepskie, na odpierd*l wymyślone partie gitar, to nie jest to, do czego przyzwyczaili kolesie z USA. Już „The Connection” było słabe, ale ten album jest poniżej krytyki. Tak naprawdę nie mam pojęcia, do jakiej grupy słuchaczy jest skierowany.
    Systematycznie psują swój wizerunek w oczach starego fana Papa Roach. Żałuję każdej złotówki wydanej na „F.E.A.R.”

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *