Nowe albumy zostały (relatywnie) niedawno wydane przez takie stare (ale za to jakie!) zespoły jak Black Sabbath, Deep Purple, premierowy materiał został również ostatnio stworzony przez AC/DC. Nic dziwnego, że i od takich legend heavy metalu jakimi bez wątpienia są artyści Judas Priest doczekaliśmy się kolejnego, 17. już, studyjnego krążka. Więc jak wypada to nowe dzieło, epicko zatytułowane „Redeemer of Souls”?

Recenzja płyty Judas Priest – "Redeemer of Souls"

Od wydania ostatniego albumu Judas Priest minęło sześć długich lat, które wcale nie były łatwe i bardzo udane dla członków tej ekipy. Dość będzie przypomnieć, że po nagraniu „Nostradamusa” pod lekarski nóż już dwukrotnie (!) lądował frontman kapeli, Rob Halford, a w 2011 roku na „judasową” emeryturę postanowił udać się założyciel i gitarzysta formacji K.K. Downing. Tym samym w Judas Priest został tylko jeden „oryginalny” członek, a kondycja pozostałych, z Halfordem na czele pozostawiała wiele do życzenia. Na dodatek muzycy, świadomi upływającego czasu, ogłosili w 2011 roku pożegnalną trasę koncertową, a dalszy los zespołu był mocno niepewny.

Jednak Judas Priest to piękna, potężna metalowa bestia, którą nie jest łatwo porządnie zranić, o ubijaniu nawet nie mówiąc. Na miejsce Downinga został sprowadzony zdolny i obiecujący, choć nieznany szerszej publiczności gitarzysta Richie Faulkner, a zespół po raz kolejny wszedł do studia, by przekonać sie ile wciąż mogą i by dać światu jeszcze raz dawkę prawdziwie mocnej muzyki. Przed premierą płyty, gdy machina marketingowa rozpędzała się coraz bardziej, zostały upublicznione trzy premierowe utwory z nadchodzącego krążka – ,Dragonaut’, tytułowy ,Redeemer of Souls’ oraz ,March of the Damned’, które skutecznie podgrzały atmosferę i udowodniły, że pomimo wielu nieprzyjemnych sytuacji wiąż w Priestach jest ogień i moc.

Judas Priest

I właśnie tak też zaczyna się cały „Redeemer of Souls”. Z powerem i epickim rozmachem, niczym starszy, ale szalenie doświadczony pięściarz, który martwi się, że zabraknie mu sił na pełnowymiarowy pojedynek i stara się pokazać wszystko co ma najlepsze w początkowych rundach. Pierwsze pięć kawałków to moc upchnięta i skondensowana do granic możliwości. Każdy numer z tej otwierającej piątki to gotowy hit koncertowy, a także potencjalny przebój radiowy (w tych fajniejszych stacjach radiowych rzecz jasna). Co zadziwiające (co jak się okazuje jest charakterystyczne dla całej tej płyty), chociaż pewne rzeczy dla Judasów pozostają niezmienne, to wiele kawałków jest zaskakująco mało… priestowe.

Z tej wychwalonej przeze mnie piątki właściwie tylko ,Dragonaut’ mógłby się znaleźć na starszych, klasycznych albumach Priestów. Pozostałej czwórce, chociaż bardzo dobrej, bliżej jest albo do klimatów power metalowych (epicki kawałek tytułowy, bardzo przyjemny ,Halls of Valhalla’  oraz znakomity ,Sword of Damocles’ z fantastycznym refrenem na wiele głosów), albo do mocnego rocka zakrapianego bluesem w stylu starych Sabbathów/solowego Ozzy’ego z dobrych czasów (,March of the Damned’).

Warto jednak zaznaczyć, że chociaż muzycy Judas Priest odrobinę skaczą po różnych stylistykach, to udało im się zachować swojego ducha, za którego wszyscy pokochaliśmy ten zespół. Nadal więc mamy podwójne, piorunujące gitary, których brzmienie w latach 70. zainspirowało tak wiele zespołów, porządnie zagraną i przemyślaną sekcję rytmiczną oraz bardzo fajny, charakterystyczny wokal Roba Halforda.

Chociaż wokaliści są tymi muzykami, którzy z wiekiem degradują jakościowo swój „instrument”, to Halford, będąc tego świadom, zaprezentował odrobinę inne, bardziej klimatyczne (by nie rzec nawet: intymniejsze) śpiewanie, bez niepotrzebnego popisywania się, które mogłoby wyjść po prostu śmiesznie. Dokładnie tak samo zrobili panowie McCartney czy Ozzy Osbourne na swoich najnowszych albumach i za każdym razem była to słuszna decyzja. Podobnie jest i w tym przypadku, za co należą się Halfordowi oraz producentowi muzycznemu (w tej roli Mike Exeter) ogromne brawa.

Niestety po tak znakomitym rozpoczęciu z wysokiego C trudno było chyba utrzymać chłopakom z Judas Priest odpowiednie tempo i energię, bo następne kawałki tak dobre nie są, a momentami robi się nawet nużąco. Widać, że muzycy starali się uatrakcyjnić ten album różnymi wplatanymi tu i ówdzie sposobami grania i śpiewania, ale nie zawsze te rozwiązania są niestety trafione. Przykładem takich kawałków jest np. ,Cold Blooded’, który jest zwyczajnie nudny i do którego nie planuję prędko wracać.

Wina tych elementów dłużyzn i odrobinę większej nudy leży, tak mi się wydaje, w fakcie, iż „Redeemer of Souls” cierpi na chorobę wszystkich nowych albumów muzycznych – jest po prostu za długi. Największe, najważniejsze, najlepsze dzieła Judas Priest (pisząc to mam na myśli przełomowe dla tej grupy „Sad Wings of Destiny” czy znakomite „British Steel”, ale także kilka innych świetnych płyt) trwają około 40 minut. Tymczasem „Redeemer…” w wersji podstawowej (o wersji „Deluxe” wspomnę za chwilę) trwa nieco ponad godzinę, przez co album ma problem z utrzymaniem odpowiedniego powera i tempa oraz uwagi słuchacza do samego końca. Gdyby płytę skrócić o 15, nawet 20 minut, to sytuacja wyglądałaby o niebo lepiej.

Judas_Priest

Chociaż elementy słabsze na tej płycie się zdarzają, to jednak to, co zostało zrealizowane dobrze jest naprawdę bardzo fajne. Pomijając kilka udanych kompozycji mam tu na myśli m.in. jakość nagrania. Chociaż zwykle narzekam na ten aspekt, szczególnie w muzyce metalowej, tutaj sprawa rysuje się inaczej. Naturalnie nie jest to szczególnie mistrzowski poziom realizatorski, ale widać, że za konsolą do miksowania siedział facet z głową, który dobrze uchwycił klimat zespołu.

Brzmienie jest bowiem gęste i nasycone. Gitary brzmią odpowiednio ciężko, podobać się może także jakość dźwięku perkusji oraz wokalu, którym chociaż tym razem Rob nie „szpanuje” buduje fantastyczny klimat. Na dodatek wszystkie instrumenty są od siebie w dobry sposób odseparowane, pozostawiając innym odpowiednio dużo miejsca, przez co jak nigdy można docenić to charakterystyczne brzmienie podwójnych gitar Priestów.

Na sam koniec warto również pochwalić wydawcę za umożliwienie fanom nabycia „Redeemer of Souls” w kliku różnych edycjach. Można więc kupić ten album jako pojedyncze CD, edycję „Deluxe” wzbogaconą o dodatkowy krążek z pięcioma kolejnymi kawałkami (kilkoma naprawdę ciekawymi, jak ,Snakebite’, który momentami przywodzi na myśl szybkie, zapiaszczone granie w stylu Motorhead, lecz także jednym wyjątkowo paskudnym i słabym), wersję na podwójnym winylu. Dla tych zaś, którzy nie czują potrzeby posiadania fizycznej kopii tego krążka pozostaje jeszcze dystrybucja plików.

„Redeemer of Souls” jest krążkiem dobrym. Po prostu. Daleko mu do klasycznych płyt zespołu, ale nikt też raczej nie nazwie go słabym. W podstawowej edycji zawiera w sobie kilka wyśmienitych kompozycji oraz kilka mniej udanych. De facto na ten krążek kręcić nosem mogą najbardziej zagorzali fani Priestów. Bo chociaż „Redeemer…” jest płytą dobrze przemyślaną, zagraną i nagraną, to zaskakująco mało w niej… Judas Priest. Mnie to jednak nie przeszkadza cieszyć się tym brzmieniem, a Wam?

Ocena: 8/10

Autor: Bartosz Pacuła

Lista utworów (edycja podstawowa):

1. Dragonaut

2. Redeemer of Souls

3. Halls of Valhalla

4. Sword of Damocles

5. March of the Damned

6. Down in Flames

7. Hell & Back

8. Cold Blooded

9. Metalizer

10. Crossfire

11. Secrets of the Dead

12. Battle Cry

13. Beginning of the End

Dodatkowe utwory w edycji „Deluxe”:

1. Snakebite

2. Tears of Blood

3. Creatures

4. Bring It On

5. Never Forget

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *