Jestem typem słuchacza, którego uszy są częściej skierowane na północ i zachód od rodzimego przemysłu muzycznego, który zazwyczaj poznawałem od intensywnego wpatrywania się w mroki undergroundu. Jestem miłośnikiem charyzmatycznych, damskich wokali, które kojarzę prędzej z takimi nazwiskami jak Doro Pesch, Lzzy Hale i Fernandą Liarą niż Edytą Bartosiewicz, Agnieszką Chylińską czy Kasią Nosowską. Jestem też zwolennikiem energicznych i ciężkich brzmień, których raczej nie znajdziemy kręcąc radiową gałką. Tym bardziej pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że muzyka Black Ball Suzi stała się w moim przypadku pomostem pomiędzy tymi dwoma światami, który skupia w sobie pozytywne cechy ich obojga. Jestem zdecydowanie za „Jestem”.

Recenzja płyty Black Ball Suzi - "Jestem"

OGÓLNE WRAŻENIE

Od momentu obejrzenia klipu do „Upadku” i wyczytaniu na profilu facebookowym zespołu, że Black Ball Suzi para się „rockiem eklektycznym”, naprawdę nie miałem pojęcia czego spodziewać się po tym krążku. Jednak podobnie jak w przypadku debiutanckiego teledysku, pierwszy album kapeli wzbudził we mnie jak najbardziej pozytywne odczucia, wśród których królowało zaskoczenie, uznanie i… duma, że posiadamy w kraju tak oryginalnych artystów ze świeżym podejściem do muzyki. Bo już od początkowych kawałków, „Jestem” wita nas oldschoolową elektroniką, wielogatunkowością brzmieniową oraz niesamowitym głosem Zuzy Baum, która wysuwa się na prowadzenie w moim osobistym rankingu damskich wokali z pazurem. Eklektyzm jest jak najbardziej obecny zarówno w muzyce, jak i międzynarodowym składzie Black Ball Suzi.

INSTRUMENTARIUM

Wspomniana różnorodność stylowa jest obecna przede wszystkim w instrumentarium BBS. Zespół nie obawiając się krytykowanego dość często w rocku użycia elektroniki, otwiera oraz zamyka płytę modemowo brzmiącym ‚Intrem’ oraz ‚Outrem’. I o ile drugi ze wspomnianych kawałków jest jak na mój gust nieco zbyt długi, to widać ogólną tendencję zachowania umiaru w stosowaniu keyboardowych wstawek wykonanych przez Jacka Bojarskiego. Mamy zatem w całości elektroniczne utwory, ale również i takie w których jest ona praktycznie nieobecna (‚Siewcy’), bardzo dyskretna (‚Endo’), czy też bez której po prostu czegoś by w kompozycji brakowało tak jak w ‚Deszczu’ i ‚Upadku’.

Recenzja płyty Black Ball Suzi - "Jestem"

Podobny umiar jeżeli chodzi o stosowanie efektów, jest słyszalny w grze gitary Staszka Nowaka, która bardzo efektownym sprzężeniem rozpoczyna następujący tuż po ‚Intrze’ tytułowy kawałek ‚Jestem’. Podoba mi się fakt, że wiosło potrafi być zarówno spokojnym i melodyjnym, by nie rzec typowym, jak w balladowo-radiowym ‚Kim’, ale również energicznym, ciężkim i gęsto przesterowanym motorem napędzającym utwór jak to ma miejsce w ‚Upadku’. Ponadto wioślarz nie boi się rozkręcania potencjometrów swojego flangera ani zabawy z wahem, dzięki czemu brzmieniem przypomina mi Metallikę z hard rockowych czasów „Load” i „Reload”. Nie sposób też nie zauważyć prostych, lecz niesamowicie klimatycznych smaczków, takich jak symulowanie gitarą spadających kropel w ‚Deszczu’. Na pochwałę zasługuje również zabieg zastosowany w ‚Hiszpanie’, gdzie gitarzysta wykorzystując rytmikę przypominającą coś z pogranicza funku i reggae, pozostawia pole do popisu basiście, który oczywiście skrzętnie to wykorzystuje,  wprowadzając płynącą i łagodną melodię.

I jako basista mogę przyznać, że Tomek Gruszka doskonale wykonał swoją robotę na debiutanckim krążku Black Ball Suzi, bo nie tylko doskonale spajał wraz z perką całość zespołu, ale i przejmował niejednokrotnie inicjatywę jak choćby w ‚Hiszpanie’, czy też z prostego podkładu wchodził na riff gitarowy w ‚Bezwonnej’. Tomek też nie obawia się przesterowania, co na pewno pomaga w utrzymaniu odpowiedniego brzmienia podczas występów na żywo, gdy Staszek Nowak nie ma możliwości wsparcia się dodatkową ścieżką gitary.

Nadmieniony już eklektyzm objawia się również w dwójnasób jeżeli chodzi o sekcję rytmiczną, ponieważ perkusistą zespołu jest pochodzący ze Słowacji Maroš Janček. To co zwróciło moją uwagę w bębnieniu Maroša to przede wszystkim pulsujący i synkopowy timing który najlepiej słychać w ‚Kim’ oraz – ponownie – umiar, lecz tym razem w stosowaniu podwójnej stopy. To właśnie perkman sprawił także, że głębiej wgryzłem się w samą kompozycję utworów, zauważając, że Maroš zawsze w odpowiednim momencie rozrzedza akcentacje, by dać kawałkowi przestrzeni oraz pole do popisu wokalistce Zuzie. I w tym miejscu ponownie chylę czoła przed głównym kompozytorem BBS, Staszkiem Nowakiem, który w prostych i chwytliwych riffach oraz wyraźnym zaznaczaniu i narastaniu przejść pomiędzy wersami a refrenami sprawił, że całość twórczości debiutującego zespołu jest przyjemna w odbiorze.

WOKAL

Na sam koniec pozostawiłem sobie to, co gra główne skrzypce w Black Ball Suzi, czyli elektryzujący i zadziorny wokal pełnej energii Zuzy Baum. Głos frontmanki jest o tyle ciekawym zjawiskiem, że pomimo iż skupia w sobie wiele charakterystycznych dla innych artystek cech, to posiada swoje unikatowe i oryginalne brzmienie, które ciężko będzie pomylić w przyszłości z jakimkolwiek innym wykonawcą. „Suzi” potrafi śpiewać nisko niczym Agnieszka Chylińska, czysto i kobieco jak Anita Lipnicka, potępieńczo i gardłowo niczym Olga Rembecka z Żywiołaka, a także recytować z dziewczęcym urokiem Katarzyny Groniec. Ponadto Zuza potrafi grać głosem, potrafi go dramatycznie załamać, by podkreślić liryczność ukrytą w tekście, lecz także groteskowo, wręcz kpiarsko go zabarwić. Umiejętności wokalistki są imponujące, są talentem w czystej postaci i pomimo że sama nie pisze, to oryginalne i teatralne interpretacje tekstów Staszka Nowaka mówią jedno – Zuza potrafi śpiewać całym sercem i przekonać do siebie nie tylko wrażliwego, ale i gruboskórnego słuchacza.

PODSUMOWANIE

Podsumowując, „Jestem” to zdecydowanie udany i mocny debiut Black Ball Suzi, który sprawił, że kupiłem tą kapelę i połknąłem ich twórczość w całości! Z niecierpliwością będę oczekiwał na kolejne wydawnictwa oraz koncerty tego bandu, licząc, że może na kolejnym krążku usłyszymy więcej gitarowo-basowych instrumentali.

Moja ocena to solidna i czarna ósemka ze snookerowej bili, bo zespół Black Ball Suzi ma niesamowity potencjał i zdziwiłbym się, gdybym w przeciągu najbliższych lat nie usłyszał ich kawałków w radiu.

Najlepszą rekomendacją z mojej strony może być fakt, iż pomimo swoistej alergii na teksty śpiewane w ojczystym języku, to właśnie „Upadek” przemawia do mnie bardziej, niż jego angielska wersja „Downfall”.

Tracklista:

01. Intro
02. Jestem
03. Hate
04. Hiszpan
05. Krzyk
06. Milion
07. Kim
08. Siewcy
09. Upadek
10. Bezwonna
11. Cztery
12. Endo
13. Deszcz
14. Outro

Utwór bonusowy:

15. Downfall

Ocena: 8/10 (Bardzo solidny debiut!)

Autor: Mateusz Sendecki

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *