Choć oficjalna premiera płyty dopiero 18 listopada, wielu fanów miało ją już okazję słyszeć dzięki uprzejmości zespołu. Słyszeliśmy już nowy album Metallici – Hardwired… To Self-Destruct w całej okazałości wielokrotnie i chętnie przekażemy na gorąco dobrą nowinę wszystkim fanom zespołu, a i znajdzie się coś dla tych, dla których Metallica skończyła się w 1991 r., bądź wcześniej. Przejdźmy więc od ogółów do szczegółów.

Ktoś spekulował, że wydanie tego albumu na 2 kompaktach (pomimo łącznego czasu trwania poniżej 80 minut) wynika z tego, że te CD-ki będą się diametralnie różniły stylistycznie. Niestety koncept taki nie jest (łatwiej byłoby wtedy słuchać wybranego krążka w aucie), ale coś jest na rzeczy, ponieważ ten album jest bardzo spolaryzowany i gdyby zsekwencjonować go inaczej, to uzyskalibyśmy właśnie tego typu podział. Zasadniczo kawałki podzielić można bowiem na 2 rodzaje: na dojrzałe, utrzymane w poważnym tonie, ciężkie kompozycje i na utwory mające raczej wpadający w ucho charakter, ale bez większej głębi. Tych drugich jest nieco mniej i gdyby je po prostu wywalić z płyty, to prawdopodobnie nikt by po nich nie płakał, a album stałby się znacznie bardziej spójny i 2x cięższy.

Niestety po Black Albumie Metallica bez większej refleksji zaczęła publikować dosłownie wszystko, co zarejestrowała w studio, i stąd mamy osobne LOAD i Re-load zamiast jednej płyty (co sami przyznali, że było błędem), stąd mamy „The Unforgiven III” na Death Magnetic (którego uparcie chciał tam wbrew wszystkim jedynie Hetfield, a które kompletnie przełamuje ten album stylistycznie niczym „Nothing Else Matters” wstawione na …And Justice For All), stąd mamy Beyond Magnetic z niedokończonymi odrzutami zaserwowanymi jako pełnoprawne kawałki, a na to wszystko niepotrzebnie rozwlekłe struktury utworów, które po raz pierwszy odczuliśmy na St. Anger. Hardwired… of Self-Destruct także pada ofiarą tych grzechów.

O ile Death Magnetic definiowano jako brakujące ogniwo pomiędzy …And Justice For All a Czarną Płytą, ten album spokojnie można umiejscowić gdzieś w 1994 r. Mamy tu dużo mocy, dojrzałości i przestrzennego brzmienia TBA, ale nie brakuje też reloadowych klimatów, a nawet paru utworów, niemal wyjętych z 1997 r. Trzeba jednak dodać, że całościowo bynajmniej chodzi tu o bluesowe granie, albowiem takie numery jak „Carpe Diem Baby”, czy „Slither” ówcześnie w recenzjach opisywano właśnie jako wyjęte z eponimicznej płyty z 1991 r. I taką mieszankę Black Albumu i Reload właśnie tu dostajemy. W paru momentach zaledwie zahaczamy o Kill’em All. Dobrze wnioskujecie już zatem, iż nie jest to album thrashowy i fanom „starej Metalliki”, z wyjątkiem ostatniego utworu, więcej się tu prawdopodobnie nie spodoba. Chyba, że są fanami Black Sabbath, bo kilka numerów przywodzi na myśl ostatnią płytę BS. To nie jest album thrashowy, ale bardzo heavy-metalowy i bardzo hard-rockowy w najlepszym tego słowa znaczeniu. Heavyrockowy po prostu. No to po kolei…

„Hardwired”

Ten utwór był dla mnie źródłem pierwszych obaw, że nowy album Metalliki będzie kolejnym „powrotem do korzeni”, który na siłę będzie chciał coś udowodnić – że będzie to Death Magnetic II, które mniej lub bardziej udolnie skopiuje wiele motywów z przeszłości (zamierzenie lub nie), zamiast być autentyczną Metallicą, która w 2016 r. gra to, co w niej naprawdę siedzi, z pełnym feelingiem i samoświadomością. Można nie lubić Loadów, czy St. Anger, ale te płyty były przynajmniej unikalne, czego nie można już powiedzieć o przekombinowanej i odgrzewanej produkcji z 2008 r., którą jednak wielu fanów, w tym my, przyjęliśmy za dobrą monetę na przyszłość. I oto jesteśmy – 8 lat później.

Gdy po raz pierwszy włączyłem ten otwieracz w dniu premiery spodziewałem się wszystkiego, tylko nie tego, co usłyszałem. Pierwsza połowa – wow. To absolutnie nie jest thrash, jaki dają nam obecnie Death Angel, Testament, czy Slayer. To raczej energiczny, minimalistyczny groove metal, co przyjąłem z ogromnie miłym zaskoczeniem, bo trącało to wręcz punkowym nastawieniem, którym panowie z Bay Area uraczyli nas ostatnio w coverach takich jak „So What?” i „Free Speech For The Dumb”. Tak przynajmniej ja odebrałem przekleństwa w refrenie i pozbawioną fajerwerków aranżację. Mój chory umysł na chwilę podsunął mi skojarzenie z Panterą, ale to zapewne był tylko efekt brzmienia, które nieco ją tu przypomina (pominąwszy wciąż zbyt słabe do takiego grania gitary). Natomiast problem zaczął się od połowy utworu. Przejście w riff wyjęty rodem z „Metal Militia” mnie odrzuciło. Nie potrafię znieść, kiedy tak utalentowani muzycy po prostu kopiują siebie samych bez krzty autocenzury. W dodatku wiemy z zakulisowego wideo, że słuchali Kill’em All przed nagraniem tego kawałka (potrzebowali „czegoś krótkiego i szybkiego” do otwarcia płyty). I co? Nie skojarzyli, że to jest prawie to samo? Jeszcze gorzej, jeśli skojarzyli, ale i tak zostawili to w ten sposób. Dla mnie to jest po prostu robienie czegoś „na odpierdol”, a to oznacza zmarnowany potencjał. Już chyba wolałbym w tym miejscu usłyszeć po prostu 0-0-0-0, co pewnie dodałoby jeszcze więcej poweru. Nie wnikając zbyt dokładnie w zapis nutowy, brzmi to po prostu jak kultowy riff sprzed 33 lat i nie mogę tego przeboleć. Gwóźdź do trumny wbił Hammett, którego solówka tutaj jest zlepkiem wstępnej progresji jego partii prowadzącej z „All Nightmare Long”, a potem bliżej nieokreślonego fragmentu z TBA i Reload („Of Wolf And Man”? „Carpe Diem Baby”?). Różne osoby podawały różne skojarzenia, ale w jednym chyba wszyscy się zgadzali: to solo słyszeliśmy już wcześniej i zamiast w tym momencie rozpocząć prawdziwą jazdę bez trzymanki, weszliśmy w zakręt przed ostatnią prostą tak książkowo i odtwórczo, jakbyśmy bali się, że obleje nas siedzący obok egzaminator. W dodatku ta wtórna „szarża” kończy się zdecydowanie przedwcześnie – zamiast depnąć do dechy Hammett odcina zapłon. To chyba najkrótsza jego solówka w historii.

Gdyby więc oceniać ten utwór samoistnie, to jest zadziorny, krótki, szybki i na temat. I fajnie. Jednak pochylając się nad nim bardziej widzimy te durne błędy, którym można było zapobiec na 1 dodatkowej sesji w studio. Czuję niedosyt, ale i tak sobie podśpiewuję.

„Atlas, Rise!”

„Hej! Nagrajmy coś dla zabawy. Np. jakby to było, gdybyśmy nazywali się Iron Maiden?” Tak to właśnie brzmi. Jak utwór nagrany dla hecy w stylu, który znamy tylko ze słyszenia. Podoba mi się w nim refren, bo ma w sobie coś uskrzydlającego, ale to chyba jedyny pozytyw, jaki umiem znaleźć. Już w samym intro utwór cierpi na wspomniany wcześniej grzech nadmiernego kombinowania. Całość mogłaby spokojnie być o 2 minuty krótsza (powstały już w sieci takie przeróbki), zaś w gitarowym graniu nie ma tu w zasadzie nic ciekawego, a co dopiero pamiętnego. Riffy są po prostu cienkie jak barszcz. Wiele osób zwraca uwagę, że panowie zerżnęli jeden motyw z Iron Maiden właśnie (o ironio to jedyny wyróżniający się tu instrumentalnie fragment), natomiast trzeba pamiętać, że roboczy tytuł tego numeru brzmiał „NWOBHM”. Oni dokładnie wiedzieli więc, co nagrywają i wszelkie podobieństwa są prawdopodobnie swoistym hołdem dla ich brytyjskich idoli, tudzież całego nurtu, na którym się wychowali. Zapomnieliście już, że np. w „Welcome Home (Sanitarium)” mamy motyw wprost skopiowany z Rush? Robili to już wcześniej. W tym wypadku całość brzmi jednak, jakby to nie był utwór Metalliki, ale jakiejś kapeli NWOBHM… podrzędnej i masturbującej się gitarowo na siłę. Bardzo dziwnie się go słucha nawet za 20. razem. Niby to Metallica, ale jednak nie Metallica. I właśnie ta niespójność czyni go w moich oczach najsłabszym ogniwem albumu. Być może powiesz, że dla Ciebie „to najlepszy z całej trójki” (oficjalnie opublikowanych). To dlatego, że nie słyszałeś reszty płyty, w porównaniu do której to jest artystyczne dno.

Z tym kawałkiem jest jeszcze jeden problem. Komu strzeliło do głowy, żeby umieszczać go na pozycji #2? Zwykle to miejsce zarezerwowane było albo dla epickiego utworu tytułowego („Ride The Lightning”, „Master Of Puppets”, „…And Justice For All”), albo dla cięższego numeru zwalniającego po pędzącym otwieraczu („The Four Horsemen”, „Sad But True”, „The Memory Remains”). Ten nie wpisuje się w żadną z tych kategorii i przejście do niego z „Hardwired” brzmi nienaturalnie. Powinni go byli zamienić miejscami z „Moth Into The Flame” (które sami nam w sieci zaserwowali jako drugie)… a najlepiej skasować plik i problem 2 płyt zamiast 1 mielibyśmy z głowy.

„Now That We’re Dead”

Po jego przesłuchaniu morda mi się ucieszyła. Witamy na Reload. Mega proste, hardrockowe riffy. Melodyjny refren. Wokal niemal wyjęty z tamtych lat. Solówka podobnie. Ktoś więc zapyta, „I z czego się tu kurwa cieszyć?”. Otóż z tego, że ten utwór – z solo włącznie – jest unikalny. Nie przypomina mi niczego konkretnego z ich (bądź czyichś) przeszłych dokonań, nie ma tu autoplagiatu, który jeszcze parę razy zaliczymy. Mamy tu czystą frajdę z grania i to się czuje. Dostajemy spontaniczne granie spod palców, mamy nieznaną wcześniej melodię wokalną – mamy muzykę, której należy spodziewać się po 50-letnich panach, którzy zrobili już swoje. Gdyby Hetfielda nie potrzepało na początku nowego tysiąclecia, pewnie to byśmy właśnie dostali razem z „I Disappear” na czymś w rodzaju Re-reload.

Trzeba jednak powiedzieć, że ten kawałek jest trochę za bardzo na luzie i jest banalnie prosty. Będzie dobrym singlem radiowym, jak już go skrócą o 2-3 minuty (co nie powinno być problemem, bo moment tuż po solówce w 5. minucie brzmi jak idealne zakończenie), ale to tyle – fajnie się słucha, ale nie powala.

„Moth Into Flame”

Z tym utworem mam trochę jak z „Hardwired”. Są w nim podobające się, świeże motywy, ale mieszają się z wwierconymi już głęboko w podświadomość fana zespołu motywami. Intro krzyczy „Hej, mało Ci chuju jeszcze harmonii podążających za bezpłciowymi garami z Death i Beyond Magnetic? To masz, zapchaj się jeszcze dziesięcioma.” Następujący po nim riff to samo. Słyszałem jego 15 wariantów na poprzedniej EP-ce i LP. I, kurwa, ile razy można wykorzystywać szablon zwrotki na zasadzie „Wykrzyczane słowo -> zdanie rozwinięcia”? No do porzygania. To się świetnie sprawdzało w „The Four Horsemen”, „Creeping Death”, albo w bridge’u w „Blackened”, ale jak Hetfield zaczął sięgać do słownika po inteligentnie brzmiące rzeczowniki w „The End of The Line”, to po prostu było komiczne. To chyba najbardziej przeintelektualizowany tekst w jego dorobku. I tutaj jest to samo. Zwrotka jest po prostu kalką z tamtego utworu. Na szczęście teraz melodia jest O WIELE bardziej chwytliwa, jednak warstwa liryczna jest równie przedobrzona. Przekaz o goniących za sławą gwiazdach korzystających z mediów społecznościowych, podany niemal dosłownie, nie podoba mi się. To czyni z tego utworu właśnie takie „pop queen” na tej płycie, z którego może być fajny „viral”. Muzycznie robi się jednak ciekawiej przed i w samym refrenie, bo tego jeszcze od Metalliki nie dostaliśmy – bardzo prosta, ładna, zapadająca w pamięć partia prowadząca i niemal popowy, chóralny refren. Nie bardzo słucham Avenged Sevenfold, ale tak sobie wyobrażam, że grają tego typu kapele. W wykonaniu Metalliki to jest bardziej do przełknięcia i ogólnie kawałek odhaczam na plus z uwagi na element zaskoczenia.

ALE… ja bym go widział na pozycji #2 na Death Magnetic zamiast kiepskiego „The End of The Line” właśnie, a nie tutaj. Dlaczego?

Bo w tym momencie rysujemy zajebiście grubą, czarną kreskę, która oddziela kolejne 8 utworów od w/w „przebojowej” czwórki. Czwórki, która w porównaniu do tej ósemki jest wtórna, niedorobiona i co tylko jeszcze złego o niej napisałem wyżej. Czwórka, która ma swój urok, ale której nie sposób traktować do końca poważnie po przesłuchaniu tego, co ma nastąpić dalej. Jak w ogóle można zestawić obok siebie pop-metalowe „Moth Into Flame” z „Dream No More”, o którym zaraz? To tak, jakby napisali te 2 części albumu w zupełnie innych okresach, choć wiemy, że tak nie było. To, co nas teraz czeka, to spójne 8 utworów, które brzmią jakby opowiadały jedną historię. Jedne z nich staną się kultowe, innych będziemy słuchali tylko przy okazji słuchania całości od deski do deski. Niektóre mogą nie pojawiać się na gigach przez brak tego „X-Factora”, który mają obecne single, ale ja jednak nie tego szukam w Metallice. Chcę usłyszeć, kim naprawdę są teraz, a nie kim byli kiedyś, albo kim inni chcą, żeby byli. I mam wrażenie, że dopiero od tej chwili to właśnie dostaję. Autentyczną Metallicę.



„Dream No More”

Najlepszy numer na płycie. Później będziemy mieli jeszcze 2 takie perły – razem to być może najlepsza trójka, jaką Metallica nagrała od 1991 r. Ten tutaj to prawdziwy walec. Co tu się w ogóle odpierdala? Nigdy nie słyszałem tak śpiewającego Hetfielda. Powróciło szaleństwo, powróciła opowieść o czymś strasznym. Utwór buja przy tym jak Black Sabbath, ale waży 3x ciężej. Jezu, jak bardzo im brakowało czegoś takiego… klimatu i prawdziwego ciężaru.

Uchylę rąbka tajemnicy:

And he haunts you. And he blinds your soul. And he loathes you. And reclaims it all.

(…)

Sanity taken, seeding damnation, Chthulhu awaken…

Wszystko w temacie.

„Halo On Fire”

Piękny, emocjonalny rollercoaster. Majestatyczny, wspaniały, 8-minutowy – jak gdyby był to instrumental (którego nie ma na płycie). Gdyby to się nazywało „Unforgiven IV”, to byłaby to zdecydowanie godna kontynuacja podróży napoczętej w oryginale, miażdżąca II i III pod każdym względem. Od razu mówię jednak, że nie jest to ballada per se (takowej także nie ma na płycie).

Utwór, niczym rockowa suita, składa się z 3 aktów. W akcie I zachodzi wewnętrzna, bolesna walka. Zwrotka jest wprawdzie łagodna i przywodzi delikatnie na myśl „Unforgiven III”, ale jesteśmy w mid-tempo i nie jest tu tak cukierkowo i melancholijnie, jak w 2008r. Ze zwrotką kontrastuje refren – jest ciężki i ma w sobie potężny ładunek emocjonalny. W II akcie opowieści nieco przyspieszamy, robi się ciut spokojniej i melodyjniej w miarę jak – niczym po moście – przechodzimy z ciemności ku światłu, co zwieńczają piękne licki Hammetta. Nagle wszystko milknie. Jest akustycznie. Cisza. Cisza. Cisza. Huk. Niebiosa rozstępują się i zaczyna się coś cudownego. Chwytająca za serce podróż na poetyckim riffie, który przyprawia o dreszcze. Całość przyspiesza, długie solo wypełnia ostatnią minutę. Lecimy i nie zwalniamy. Finałowy riff wita nas u celu. Hetfield kończy swoją udrękę, godząc się ze swoimi demonami, uwalniając się od nich raz na zawsze ze spokojną odwagą w głosie, powtarzając:

„Hello darkness, say goodbye.”

To 2 z 3 najlepszych numerów na płycie. Kurwa, czy oni nie mogą tak już zawsze pisać?

„Confusion”

Ten utwór również należy do kategorii „muzycznych opowiadań”. W tym momencie zaczyna się mieć wrażenie, że słuchamy jakiegoś albumu koncepcyjnego, jakby to było przedłużenie poprzedniego utworu. Nie wiem jednak, czy usłyszymy go kiedykolwiek na jakimś koncercie. O ile poprzedni był bardzo epicki, rozłożysty i serwował całą gamę doznań, przez co na żywo sprawdziłby się świetnie, tutaj dostrajamy się do bardziej jednolitego marszu żołnierskiego. Ta dojrzała kompozycja porównuje bowiem życie do zagubienia się podczas wojny i próby powrotu do domu. Tu nie chodzi o rozrywkę, tutaj chodzi o historię, tutaj liczy się tekst, dla którego muzyka jest tłem. Bardzo luźne skojarzenie struktury całej kompozycji i riffu z „Eye of The Beholder”, który miał także podobną długość i tempo, ale wokalnie nie był tak melodyjny.

Confusion.
All sanity is now beyond me.
Delusion.
All sanity is but a memory.
My life, the war that never ends.

Father, please come home.
Shellshock, all I’ve known.
Father, please come home.

„ManUNkind”

Opowiadania ciąg dalszy. Podobnie jak poprzedni utwór i ten ciężko mi jakoś sklasyfikować. Nikt go nie pisał, żeby skakało się do niego fajnie na koncercie, ani żeby bolał nas od niego kark od machania łbem w domu. To utwór do słuchania. Buja jednak zdecydowanie bardziej niż poprzedni za sprawą podszytego południem riffu, do którego wprowadza nas bardzo delikatne intro. W połowie dostajemy interesujące przejście z niespotykanymi wcześniej w Metallice elementami (efekt wokalny i przywodzące na myśl progresywne kapele zagrywki). Duże bogactwo dźwięków, pokręcona solówka. Bardzo ciekawa sprawa. Niepotrzebnie już potem jednak przedłużają całość powrotem do riffu z początku, 3. zwrotką i refrenem.

Blind lead blind.
Quest to find.
Faith in manunkind.

„Here Comes Revenge”

Mam bardzo mieszane uczucia, co do tego kawałka. Po pierwszych przesłuchaniach miałem pozytywne wrażenia, ale po 20. razie zmieniam zdanie i przepisuję ten fragment recenzji. To chyba najsłabszy numer na płycie (tak, wiem, oskarżyłem o to wcześniej „Atlas, Rise!”, powody są tu jednak zupełnie inne i mamy na tej pozycji oba kawałki ex aequo). Jeśli słuchasz tego bezkrytycznie to bardzo dobrze wchodzi do zwrotki włącznie, ale po pewnym czasie dociera do Ciebie, że coś w tym wszystkim nie gra. Słyszeliśmy wcześniej fragment refrenu w wycieku z ESPN i brzmiało to jak jakieś gówno idealnie nadające się właśnie na przerwę w meczu, żeby zmotywować lokalną drużynę hokejową, ale tak, żeby przy tym przypadkiem nie pokaleczyć uszu wpieprzających hot-dogi Amerykanów, tolerujących co najwyżej „Enter Sandman”.

Intro do tego kawałka jest złowieszcze. Kroczy, trzęsie ziemią, rozwija się w naprawdę fajny, ciężki riff. Bardzo dużo po sobie obiecuje. Potem rozwija się ok, ale właśnie w refrenie nagle to wszystko bierze w łeb, charakter całości zmienia się w coś, co klimatycznie stanowi miksturę czegoś z St. Anger i czegoś z Death Magnetic, ale ciężko powiedzieć, czego tak naprawdę. Wszystkiego po trochu chyba.  To istna incepcja. Zaczynasz zastanawiać się, co poszło nie tak i dostrzegasz więcej problemów. Wiele zagrywek bardzo przypomina pewne starsze rzeczy, ale tak to jest jakoś wymieszane, że Cię to nie wkurza, nie rzuca Ci się od razu na uszy. Ostatecznie jednak całość jest bardzo mdła i nijaka. Brzmi to jak odrzut, albo raczej zlepek odrzutów z lat 2003-2008. Poza refrenem brzmi fajnie, ale wszystko to już było. Trochę do tego tu kombinują za bardzo i w efekcie dostajemy takiego angerowo-magneticowego Frankensteina. Ble.

„Am I Savage?”

Wracamy na właściwe tory. Łagodne intro nie zdradza, czego mamy się spodziewać. Napięcie narasta i ponownie atakuje nas riff pełen groove’u. Tony Iommi byłby dumny. Nie tylko on, bo tuż przed refrenem mamy motyw gitarowo-wokalny żywcem wyjęty z twórczości Megadeth. Całość oczywiście bardzo buja, a w drugiej połowie jeszcze zyskuje na ciężarze i serwuje nam solo, pod którym riff zmienia się jeszcze dwa razy, by tradycyjnie powrócić do zwrotki, refrenu i ciężkiego outro. Po prostu solidny kawał mięcha.

„Murder One”

I znów riffy i tempo przywodzą na myśl Black Sabbath. Utwór ten upamiętnia jednak Lemmy’ego, co mocno czuć w tekście („One man does not give a damn”, „Aces wild, aces high”, „Born to lose, livin’ to win”). Refren trochę mało zapadający w pamięć, ale dobrze komponuje się z całością. Znów mamy więc kawał porządnego hard-rocka, którego słucha się z przyjemnością – ciężko powiedzieć coś więcej. Myślę, że bardzo wielu fanów będzie wolało coś z pierwszej czwórki utworów od tego, czy nawet poprzedniego, ale to tutaj mamy rock’n’rollowy brud, a tam nie. Lemmy by się zasłuchiwał.

„Spit Out The Bone”

To trzeci najlepszy numer na płycie. Utwór ostatni i zarazem pierwszy, w którym u Hetfielda słychać autentyczną agresję w głosie, zwłaszcza, gdy wykrzykuje tytuł. Takiej mocy nie było u niego od 1991 r. 7-minutowy killer, jak przystało na zamknięcie płyty, który zarazem nie przypomina niczego z katalogu Metalliki. Bardzo interesujący mariaż motywów heavy-metalowych i thrashowych. Black Album + Kill’em All. Do tego bardzo złożona struktura – utwór z minuty na minutę przechodzi ewolucję, którą często stosuje np. Slayer. Po zamknięciu jednej części już do niej więcej nie wracamy (lub co najwyżej tylko na chwilę), bo gramy zupełnie nową część i potem znowu inną, i znowu. W efekcie brzmi to jak galopujący medley z kilkoma różnymi zwrotkami, kilkoma różnymi solówkami (również basową), różnymi tempami (również z podwójną stopą), w którym prawie nic się nie powtarza. Robi skurwiel wrażenie. Bardzo dobry, niszczycielski finał.

Long live machine!
The future’s a frame.
Man overthrown.
Spit out the bone!

Reasumując, tak powinno się tego słuchać:

1. Hardwired
2. Dream No More
3. Confusion
4. Halo On Fire
5. ManUNkind
6. Am I Savage?
7. Murder One
8. Spit Out The Bone*

Czyli oficjalne utwory #2, #3, #4 i #9 do kosza (albo na płytę bonusową jako odrzuty), do tego mała zmiana miejsc i mamy album na 8.5, choć co by nie było zbyt powolnie przydałyby się jeszcze ze 2 takie utwory jak „Spit Out The Bone” w miejsce tych wyrzuconych numerów i album byłby absolutnie legendarny. Ale zejdźmy na ziemię. Z kompaktu nie możemy niczego sobie wyrzucić ot tak i dodatkowych killerów też z kapelusza nie wyciągniemy. Dlatego za te 4 „hity” powinno być max. 7.5/10 (co w mojej skali i tak jest o punkt wyżej od Death Magnetic), ale te dobre utwory robią znacznie więcej, niż tylko równoważą problem, więc będzie taryfa ulgowa. One są tak dobre, że dostarczają na nowo radości ze słuchania zespołu, który – jeszcze niedawno wydawałoby się – nie miał już nic ciekawego do powiedzenia i umarł w niejednym sercu.

* Jeśli oczekujesz wyłącznie „starej Mety”, słuchaj tylko tego utworu

Ocena: 7.5 8/10. Witamy z powrotem, grająca po swojemu Metallico.
Płytę możecie wygrać u nas tutaj.

metallica hardwired to self-destruct

22 Comments Metallica – „Hardwired… To Self-Destruct”: RECENZJA

  1. fcuk

    Apel! Nie czytajcie tego zanim sami nie przesłuchacie tego albumu.
    Gónwo warte wypociny.
    Koleś chyba bez uszu.

    Reply
  2. Mario

    Metallica powinna zakończyć karierę po czarnym albumie i odejść w szacunku…Od ostatniego albumu-8lat ZATWARDZENIA a teraz wypuszczają rozciągnięta na dwie płyty ŚMIERDZĄCĄ KUPĘ!!!!Metallica już nie istnieje!!!

    Reply
  3. Km

    Fajna, konkretna recenzja. Mam troszkę odmienne zdanie odnośnie poszczególnych kawałków, ale przypuszczalnie wyszedł Metallice najlepszy album od „Reload”, czyli od blisko 20 lat!

    Reply
  4. Marcin

    Kto to pisał? Niech się ujawni. Zapewne ten co to pisał wychował się na Metallice Load/Reload. Bo prawie cała płyta jest w takim klimacie. Totalny gniot, zapewne Rudy nieźle się z nich śmieje, że kolesie już nic nie potrafią. Myślę, że jakby pozbyli się Urlicha, to może lepiej by było, aczkolwiek ten zespół nie powinien nagrywać płyt. Powinni się rozwiązać i nie naciągać ludzi na kasę. Dziwne to jest, że wszystkie udostępnione kawałki przed premierą, nijak się mają do całej płyty. To był ich gwóźdź do trumny. Niestety, choć miałem pewne nadzieje

    Reply
  5. konrad

    Zrobię eksperyment i wypale sobie taki album jak napisałeś :

    1. Hardwired
    2. Dream No More
    3. Confusion
    4. Halo On Fire
    5. ManUNkind
    6. Am I Savage?
    7. Murder One
    8. Spit Out The Bone*

    Reply
    1. h-a-r-v

      Jeśli podoba Ci się „Moth”, to wstaw go sobie gdzieś w środku dla urozmaicenia i dodania szybkości, jako nr #5, ale jeśli podzielasz zdanie, że jest zbyt popowy do reszty i nie przeszkadza Ci 80% płyty w mid-tempo, to zostaw go na inne okazje i ciesz się spójnym brzmieniem :)

      Reply
  6. demon

    Nie posiłkujcie się powyższą recenzją, absolutnie!!! Jest tendencyjna!!! Gość/goście/ sam sobie układa płytę na zasadzie wyroczni, gdzie ogólnie, w wielu opiniach, można usłyszeć, że jest bardzo zróżnicowana. Lekka przesada…i to jeszcze przed światową premierą. Śmiech.

    Reply
  7. Paza_dem

    Szanowny autorze!!! czy chcesz więcej kawałków w stylu Dream No More??? proponuję odpalić The Devil Put Dinosaures Here – Alice in Chains lub jaką kolwiek ich pierwszą lepszą płytę. faktycznie u Metaliki czegoś takiego nie uraczysz. I jeśli w Atlas Rise! panowie nagrali „hołd Iron Maiden” to tu mamy z pewnością kolejny „Hołd” tymrazem dla Alice in Chains.

    Reply
  8. Pila

    To jest bardzo dobra płyta. Z częścią recenzji się nie zgadzam, szczególnie z „wywaleniem” „Atlasa” i „Moth”. Ale też i część (dość sporą) recenzji szanuję. Dla mnie to płyta 9/10. Do tego mocne 9/10. Bardzo polecam.

    Reply
    1. h-a-r-v

      Moth złym utworem absolutnie nie jest, ale klimatem mocno odstaje od reszty, dlatego uważam, że powinien znaleźć się na jakimś innym wydawnictwie.

      Reply
  9. Łukasz

    Po przesłuchaniu kawałków z płyty stwierdzam, że recenzent chyba słuchał fake’owego albumu, a nie właściwego.

    Reply
  10. Jakub

    „Nothing Else Matters” na …and Justice for All? Ktoś tu się nie przygotował. Nie zgadzam się z tym, że Spit Out the Bone nie przypomina żadnego utworu Metallici. Refren to ocjazywista zrzynka z „Whiplash”. I o ile tamten utwór uwielbiam, tak ten nie robi takiego wrażenia, choć to nadal jeden z najlepszych utworów na płycie i prawdopodobnie od 25 lat.

    Reply
    1. h-a-r-v

      Chodzi o hipotetyczną sytuację – gdyby NEM wstawić na AJFA. Akurat ich tracklisty znam na pamięć mimo upływu lat :) Co do Spit Out The Bone – chodzi o cały utwór, jego strukturę itd., nie o dowolny fragment, bo w ten sposób przy katalogu ponad 100 utworów na pewno znajdziesz podobieństwa.

      Reply
  11. Magic

    Recenzent chyba nadmiernie rozbijał na atomy każdy dźwięk, że umknęła mu całość. Płyta Metalliki w czasach, kiedy zespół był absolutnym zjawiskiem na scenie, nie podlegała dywagacjom. Najpierw był szok, potem zasysała i człowieka nie było. Po ośmiu latach (mniej, bo po drodze był jeszcze niedorobiony album z Lou Reedem) od średnio-słabego „Death Magnetic” jest kolejny album z ohydną okładką, z mnóstwem muzycznych nawiasów, cudzysłowów, założeń, konwencji… itd. itp. jakby Metallica sama nie potrafiła nic zaproponować, jakby nie miała za wiele do powiedzenia. Płyta o piętnastu stylistykach, a każda nieudolnie naśladowana. Zupełnie jakbyśmy kibicowali jakimś niewydarzonym debiutantom. Prawie cały „Hardwired… sprawia wrażenie wymęczonego, wygniecionego, zlepionego z lepiej lub gorzej naśladowanych stylów, które mgliście nawiązują do grania Metalliki w dodatku z jej najgorszych czasów. Kopa daje uznawany za zbyt popowy (?) „Moth…”, który jako jedyny epatuje wściekłą radością grania i sprawia, że tej muzyki chce się słuchać. Reszta jest przedumanym Load-Reload bez wyraźnego tempa, energii, kierunku. Ja tam nie zamierzam się brandzlować Black Sabbath czy Iron Maiden.

    Reply
  12. Maqnat

    Not quite my tempo :)
    Ilu ludzi tyle gustów i opinii. Będąc fanem ciężkiego brzmienia urodzonym w latach 70-tych, śmiem twierdzić, że trafiając przypadkiem na tą płytę nie powiększyłbym swoich zainteresowań o Metallice. Niestety będąc zakochanym w Mecie dzięki takim albumom jak Master, Ride, Kill, Black (kolejność nie przypadkowa) oczekuję od nich kostkowania z góry, agresji w wokalu bębnach i solówkach. Dostaję to tak naprawdę w 3-4 utworach w tym dwóch singlach promujących płytę i jednym kończącym płytę, który chyba nie ma przeciwników.
    Reszta wtapia się w nurt Mety jaką znamy właśnie z Loadów i Magneticów.
    4 utwory na 8 lat. Trochę mało, ale też nie można wymagać aby cała płyta była hitem. Choć spójnie brzmi nieźle.
    Ku chwale Mety.

    Reply
  13. metko

    „I z czego się tu kurwa cieszyć?”. Otóż z tego, że ten utwór – z solo włącznie – jest unikalny. Nie przypomina mi niczego konkretnego z ich (bądź czyichś) przeszłych dokonań, nie ma tu autoplagiatu, który jeszcze parę razy zaliczymy.

    Jeśli chodzi o ‚Now that we’re dead’ to, ktoś tu  nieuważnie słuchał Judas Priest.
    Swoja droga plyta bdb.

    Reply
  14. Kuba

    Zawartość płyty przypomina mi wyciskanie dość już tłamszonej cytryny. Coś jeszcze kapie, ale smak żaden. Nazwę to ‚męczeniem rifów’ i bębnów. W wydaniu premium są na CD3 covery kapel z lat 70-80 np. Deep Purple oraz nowe wersje starych nagrań Metallicy. O dziwo tam zaistniała dawna (mająca energię, lekkość grania czy entuzjazm) Metallica.

    Reply
  15. K

    Dla mnie, gdyby nie było czarnego, byłaby dobrym łącznikiem and j. i load, brzmienie od re load najlepsze, zróżnicowana, są ciary momentami, jest dobrze. Preferuje osobiście Ride, spodobało mi się brzmienie, muzyka, do tekstów nie mam zdania, ja łykłem :P

    Reply
  16. creeping bed

    Metallica od bardzo dawna nie jest Metallicą. Zaczęli nie być sobą od Load, który moim zdaniem, był pierwszym krokiem do self-destruct

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *