Rok 2019 nie był zbyt udany dla fanów Magnum. W czerwcu zupełnie niespodziewanie spadła na nas wiadomość o odejściu basisty Alana Barrowa, świetnego muzyka oraz niezwykle sympatycznego człowieka. Na szczęście, jego następcą został nie byle kto, bo sam Dennis Ward, znany chociażby z Unisonic i Pink Cream 69.

Listopad zakończył się natomiast publikacją pierwszego utworu z nadchodzącej płyty. Miałka i nijaka kompozycja Not Forgiven zawiodła, niestety, oczekiwania. Nie ma w niej nawet dobrej solówki. Najgorsze jednak, że partie perkusji przywodzą na myśl słusznie minione czasy Harry’ego Jamesa. Smutnego obrazu dopełnił bardzo kiczowaty klip.

Na płytę czekałem więc ze sporym niepokojem. Na szczęście, podobnie jak w przypadku Lost On The Road To Eternity, do promocji albumu z jakichś względów wybrano zdecydowanie najsłabszy utwór. Już pierwsze, pobieżne przesłuchanie The Serpent Rings całkowicie mnie uspokoiło, a kolejne tylko utwierdzały w przekonaniu, że zespół znajduje się obecnie na fali wznoszącej. Ogólna droga obrana w ostatnich latach została niezmieniona. Tym razem także otrzymujemy sporą dawkę melancholii, z tym że muzycznie całość jeszcze bardziej przesunęła się od hard/heavy w stronę art rocka. Właściwie jedynym ostrzejszym rockerem na płycie jest You Can’t Run Faster Than Bullets, jednak on także zawiera kilka lirycznych wstawek. Szczególnie podobają mi się w tym utworze gitarowe ozdobniki, utrzymane w nieco orientalnym stylu oraz wokal. Trzeba stwierdzić, że głos Boba Catleya jest jak wino, z biegiem lat nie stracił nic ze swojej mocy a patyna starczej chrypy jedynie dodaje mu uroku. Równie świetnie wypada w wersji z zadziorem, jak i w lirycznych, czy kantylenowych fragmentach, gdzie wokalista z gracją przeciąga dźwięki lub ozdabia je subtelnym vibrato.

Lider grupy, Tony Clarkin, także jest bardzo dobrej formie. W jego solówkach zdecydowanie króluje melodyka. Grając nie popisuje się zbytnio muzyczną ekwilibrystyką, raczej niespiesznie smakuje pojedyncze dźwięki. Taki styl wynika z ogólnej koncepcji albumu. Wszystkie utwory utrzymane są w wolnych lub średnich tempach. Nie znajdziemy tutaj szybkich killerów w stylu Great Disaster, ani chwytliwych przebojów, takich jak Days Of No Trust. Kompozycje urzekają natomiast swoim wdziękiem i melodyką.

Wymiana perkusisty na zdecydowanie bardziej sprawnego Lee Morrisa również wyszła grupie na dobre. Bębniarz z Paradise Lost potrafi w interesujący sposób wzbogacić swoja grę  dyskretną przednutką czy innym ozdobnikiem.

Z kolei Rick Benton ograniczył ornamentację do minimum, pomimo znacznego wyeksponowania klawiszy na albumie. W wielu fragmentach słyszymy nawet nałożenie na siebie ścieżek syntezatorów. Dość dużo mamy imitowanych orkiestracji, co może przywodzić na myśl Avantasię albo tytułowy utwór z Lost On The Road To Eternity. W kompozycji The Serpent Rings warto zwrócić uwagę na piękny, muzyczny pejzaż przed solówką, w którym przeplatają się dźwięki harfy i fletu.

Myślę że zbyt duże nasycenie szybkiego legato klawiszy zwyczajnie popsułoby subtelne piękno kompozycji. Jeśli mówimy o Ricku, koniecznie trzeba wspomnieć najbardziej intrygujący utwór tego albumu, czyli House Of Kings. To swoiste novum w twórczości zespołu. Obfite okraszenie utworu dźwiękami instrumentów dętych kojarzyć się może z Chameleon Helloween. Benton zagrał tu też swoja jedyną na płycie solówkę! Stylistycznie nawiązuje ona do tradycyjnego jazzu. Jest to też jeden z niewielu momentów, w którym wyraźnie do głosu dochodzi Dennis Ward, wdając się w muzyczny dialog z klawiszami. Bas na The Serpent Rings gra dość oszczędnie, poza tym, instrument ten został schowany w miksie. Nie mam o to pretensji, bo całość brzmi dobrze. Zastanawia mnie tylko, jak ułoży się współpraca nowego członka Magnum z pozostałymi muzykami na kolejnych albumach, gdyż na pewno zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Na zakończenie warto wspomnieć, że za okładkę odpowiada niezastąpiony Rodney Matthews. Jak zwykle, stworzył on barwny, bogaty w szczegóły obraz z pojawiającymi się gdzieniegdzie nawiązaniami do innych jego dzieł. Muszę jednak przyznać, że okładka Lost On The Road To Eternity spodobała mi się bardziej. Nie zmienia to jednak ogólnego, bardzo pozytywnego wrażenia, jakie wywarł na mnie dwudziesty pierwszy studyjny album Magnum. Fani grupy będą więc mieli co opijać karnawale. Płyta roku 2020? Całkiem możliwe!

(9/10)

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *