Kiedy w latach 70-tych XX wieku na scenę muzyczną wkroczyła Nowa Fala Brytyjskiego Heavy Metalu, jasnym się stało, że pękła pewna bariera. Coś się skończyło i coś się miało zacząć. Poszczególne zespoły z Iron Maiden, Grim Reaper i Angel Witch przecierały trakt dla mających przyjść po nich gigantów sceny metalowej. I na zawsze zapisali się na kartach historii Heavy Metalu jako królowie. Jednak wraz z upływem czasu NWOBHM odchodziła w cień, przyćmiona przez nowo powstałe podgatunki muzyki metalowej. Dziś pamięć o tamtych dniach wraca, i to w niesamowitym stylu. Jedną z kapel, której duch został wykuty na kowadle brytyjskiej legendy jest Mad Parish.

madparish

Na początku lipca 2014 roku ukazało się debiutanckie wydawnictwo kanadyjskiego zespołu Mad Parish zatytułowane „Procession”. Ekipa z Quebecu od samego początku daje nam jasno do zrozumienia, w jakim klimacie płytę nam zaprezentują. Pierwsze dźwięki otwierającego „Darkness Befalls This Cursed Land” nasuwają na myśl Running Wild. Pamiętacie płytę „Black Hand Inn” i „otwieracz” zatytułowany „The Curse”? Jeśli tak to doskonale wiecie o czym mówię, pod kątem kompozycji i melodii. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Płyta nieodzownie przywołuje pamięć brytyjskich gigantów z Iron Maiden, Grim Reaper, Saxon i Angel Witch na czele. Charakterystycznym elementem kapeli jest gitarowe trio. Trzech heavy metalowych gitarzystów. Skądś to znamy prawda? Matt Harbour, Neuromancer oraz Bob Eaglesham w godny podziwu sposób wybrali to co najlepsze w scenie brytyjskiej, nagięli pod własne potrzeby, nadając muzyce melodyjność, rytmiczność i niesamowity wigor. Panowie na wzór wzięli sobie Saxon i Iron Maiden, dodając szczyptę Diamond Head. Cichym echem wybrzmiewa także UFO. O poziomie muzyków świadczą ich solówki, melodyjne, dopasowane, techniczne, ale nie przekombinowane. Każdy z trzech gitarzystów w nienachalny sposób daje popis swoich umiejętności, oddając jednocześnie hołd swoim idolom. Kolejnym aspektem decydującym o wysoko postawionej przez zespół poprzeczce jest ich wokalista –  Josh McConnell. W jego głosie mieszają się dwa żywioły – żywioł Iron Maiden i żywioł Grim Reaper. Josh genialnie miesza  manierę Bruce’a Dickinsona z czasów „The Number Of The Beast” czy „Powerslave”, z akcentami Steve’a Grimmeta. Tytułowy utwór „Mad Parish” czy rozpędzony „The Rite Of Belonging” są tego najlepszym świadectwem. Miejscami przebija się także lekko melancholijna maniera właściwa Kevinowi Heybourne’owi z dwóch skrajnych wydawnictw „Angel Witch” oraz „As Above, So Below”. Słuchając utworu „Doppleganger” doskonale to słychać. Od klimatu nie odstaje także sekcja rytmiczna prezentowana przez perkusistę Bobbiego Girarda oraz basistę Maxa Canuela. Wzorce są w zasadzie oczywiste. Bobby odebrał niebanalną lekcję gry w czasie śledzenia muzycznej kariery Nicko McBraina, Max z kolei czerpał ile tylko się dało z stylu grania Steve’a Harrisa. Tak dopasowana sekcja nie może zawieść w tego typu muzyce, co słychać w zasadzie w każdym poszczególnym kawałku. Jednak na tej płaszczyźnie na wyróżnienie zasługuje utwór „Without Chains”. Od szybkiego po umiarkowane tempo Bobby i Max ani na chwilę nie tracą impetu w rytmicznym natarciu. Duch Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu na wskroś wypełnił dusze i warsztat muzyczny tego sekstetu.

www.youtube.com/watch?v=Dr1U7VWH2LY

Przy całym warsztacie muzycznym jaki posiadają muzycy i talencie jaki przekuli w swoją muzykę Mad Parish, trzeba sobie zdać sprawę z jednej rzeczy. Muzyka przez nich grana, nie jest ani odkrywcza, ani nowa, ani innowacyjna. To już było. Ale nie o to w ich muzyce chodzi. Mad Parish mają do spełnienia pewną funkcję, mają odegrać pewną rolę. A jest nią ożywienie ducha heavy metalu, starego heavy metalu prosto z Wysp Brytyjskich. Pełnego melodii ale i surowości. Nawet jakość w jakiej została nagrana debiutancka płyta, przypomina stare surowe nagrania metalowych „nowofalowców”. Rolę tę odgrywają świetnie. W świecie gdzie panuje metalowy kicz oni razem z innymi heavy metalowymi kapelami wracającymi do korzenia gatunku stanowią prawdziwe perełki, które mam nadzieję w przyszłości przyczynią się do ponownego powrotu do łask czystego heavy metalu. Płyta otrzymuje ode mnie 8/10. Nie, nie dlatego że czegoś im ujmuję. Ale dlatego, że zdaję sobie sprawę, że panowie jeszcze w pełni nie rozwinęli skrzydeł. Pozostaje tylko czekać na kolejne wydawnictwa, i mieć nadzieję, że kolejne płyty, jeśli wyjdą, będą reprezentowały jeszcze wyższy poziom. Kanadyjscy Mad Parish to rarytas dla osób, które z tęsknotą spoglądają na lata 70-te i 80-te.

 

http://www.madparish.com

 

Jeremi „Jerry” Kołecki.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *