Epidemia koronawirusa nieźle bruździ w życiu codziennym, ale przynosi też korzyści. W moim przypadku oznacza więcej czasu na zapoznawanie się z kolejnymi płytami. Bywa, że z klasykami, które wypadało znać dużo wcześniej, ale także z nowościami. Jednej z nich wyczekiwałem nastawiony na muzyczną ucztę. W 2018 King Dude pozamiatał świetnym „Music To Make War To”, toteż liczyłem na następny krążek tego pana. Nadszedł więc piątek trzynastego, a z nim „Full Virgo Moon”.

Nowe dzieło T.J. Cowgilla nawiązuje do początków projektu King Dude: kompozycje oparte są głównie na gitarze akustycznej (choć znajdzie się też miejsce na urozmaicenia), a sam album łącznie z intrem trwa zaledwie 30 minut. Błędem byłoby jednak stwierdzić, że Król Koleś powrócił do swojej pierwszej inkarnacji. Chociaż „Full Virgo Moon” i wczesne krążki mają kilka punktów wspólnych, to najnowszy album nie ma już tego charakterystycznego obskurnego charakteru, który znamy z choćby „Tonight’s Special Death”. Sprawia za to wrażenie intymnego. Na pewno poniekąd jest to zasługa kapitalnej produkcji, dzięki której płyta brzmi tak, jakbyśmy byli w studiu nagraniowym razem z Kingiem, ale to także kwestia samego stylu, w którym twórca zdecydował się zachować nowe numery. Minimalizm i brak dynamiki — to pierwsze skojarzenia, jakie przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o „Full Virgo Moon”.  W tym przypadku są powiązane ze sobą, co ma swoje plusy i minusy.

 

Do tych pierwszych na pewno należy spójność materiału, bo płyta nie sprawia wrażenia bycia sklejką pomysłów z różnych sesji nagraniowych, a jest to zjawisko, które mnie bardzo razi. Wspomniany minimalizm często bywa lepszy w przekazywaniu myśli i emocji niż nadmierna ekspresyjność. Tego dowodem są numery pokroju „My Rose By The Sea (Satyr Boy)”, absolutnie rewelacyjny „Forty Fives Say Six Six Six”, czy też niepokojący numer tytułowy. W żadnym nie natkniemy się na objawy eklektyzmu, czy wyrafinowania, ale działa to na ich korzyść. Znający album mogli zauważyć, że wymieniłem trzy pierwsze kawałki z tracklisty. No właśnie, tutaj przechodzimy do minusów. Druga część płyty nie sprzyja w walce z Morfeuszem. Gitarowe piosenki w postaci „The Satanic Temple” i „Make Me Blind” nie mają startu do tego, co znamy z poprzednich krążków T.J. Cowgilla, nie wnoszą niczego nowego do jego dyskografii. Mam wrażenie, że są na tej płycie tylko dla większego zróżnicowania materiału, bowiem na drugą połowę wydawnictwa składają się kompozycje stonowane, miejscami wypełnione dźwiękami pianina, utrzymane w wolnych tempach. Nie jestem wrogiem takich utworów, ale na tym wydawnictwie po prostu nie wyszły dobrze. Przypomnę tylko „God Like Me” zamykający poprzedni album — to był dużo inny, wyższy poziom. Tym razem nie udało się powtórzyć sztuczki.

„Full Virgo Moon” nie stanowi rewolucji w historii projektu T.J. Cowgilla. Płyta mnie zawiodła, bo choć ostatnio King Dude wysoko zawiesił poprzeczkę, to teraz nie zdołał dotknąć jej choćby palcem. Nowe wydawnictwo to niezły materiał, ale nic ponadto. Fani posłuchają i niektórym się pewnie spodoba, osoby niezaznajomione z twórczością Króla powinny sięgnąć po coś starszego, by nie uznać jej za melancholijną wydmuszkę przeplataną ciekawszymi momentami.

Ocena: 6/10

1. Intro (A Shadow’s Theme)
2. My Rose by the Sea / Satyr Boy
3. Full Virgo Moon
4. Forty Fives Say Six Six Six
5. The Satanic Temple
6. Forgive My Sins
7. Make Me Blind
8. A Funeral Song For Atheists
9. Something About You

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *