Pumpkins United to prawdopodobnie jeden z najważniejszych heavymetalowych reunionów ostatnich lat. Powrót Kiske i Hansena implikował wiele trudnych pytań. Czy (stary) nowy skład dogada się na scenie? Czy nie powrócą dawne animozje? Wreszcie, jak ułożą się relacje między obecnym a przeszłym gardłowym Helloween? Nie ma co ukrywać, Dynie dokonały bardzo ryzykownej decyzji. Czas jednak pokazał, że nie było się czego obawiać, a wszystkich fanów niemieckiej grupy z pewnością ucieszy koncertowe wydawnictwo United Alive, które jest wspaniałą pamiątką trwającej 2 lata trasy.

Na początek przyjrzyjmy się okładce. Niestety, nie wywołuje ona najlepszego wrażenia. Mówiąc wprost jest kiczowata. Dobór kolorów oraz czcionki przywodzi na myśl zespoły takie jak Nightwish czy Within Temptation. Jednak książki ani płyty nie powinno oceniać się po okładce, przejdźmy więc do zawartości muzycznej tego wydawnictwa.

Koncert rozpoczyna się znakomicie. Wybór rozbudowanego „Halloween” na otwieracz wydawał się dość nietypowy (chociaż grupa zastosowała podobny zabieg w 2005 roku, gdy koncerty rozpoczynał „King for a 1000 Years”), trzeba jednak przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. „Halloween”, oraz „Dr. Stein” dostarczają słuchaczom wielkiej ilości pozytywnej energii, pokazując przy tym zespół jako perfekcyjną maszynę koncertową.  Jak słychać, Zjednoczone Dynie bardzo starannie przygotowały się do trasy. Deris i Kiske świetnie uzupełniają się wokalnie, Weikath i Hansen perfekcyjnie odgrywają swoje partie. Na pochwałę zasługuje również Dani. Nie przepadamy za jego stylem gry na płytach studyjnych, nie sposób jednak odmówić mu talentu, który pokazał sprawnie i bez potknięć odgrywając partie Ś.p. Ingo.

Kolejny keeperowy klasyk, „I’m Alive”, Michael śpiewa solo. Jest to jak najbardziej zrozumiałe. Głos Andiego kompletnie tu nie pasuje. Ciężko jest więc pojąć, czemu zespół zdecydował się na umieszczanie tego utworu w setlistach poprzednich tras. Deris zawsze kładł go w sposób popisowy. Należy jednak przyznać, że Andrzej ma wielki talent w kontaktach z publiką. W Madrycie zabawiał ją w ich ojczystym języku, nie stroniąc przy tym od brzydkich wyrazów (puta madre!). Idealnym utworem do zabawy z widownią jest „Perfect Gentleman”. Tutaj wyrazy uznania należą się również hiszpańskim dyniogłowym, którzy bez problemu wchodzą w interakcję z zespołem, reagując bezbłędnie, za każdym razem, gdy muzycy oddają im mikrofon. Genialnie jako frontman spisał się oczywiście również Kai Hansen. Jego medley to chyba najbardziej energetyzujący fragment całego koncertu. Tysiące wypalonych z Weikim papierosów zrobiły jednak swoje i jego charakterystyczny głos zaczął marnieć i na części trasy Pumpkins United zwyczajnie nie dawał on rady. Podczas koncertu w Madrycie kogucik z Hamburga (dzięki Bogu) był w bardzo dobrej formie wokalnej. Wielkie brawa dla zespołu za odkurzenie utworu „Rise and Fall”. Nie sposób nie uśmiechnąć się słuchając chórków w refrenie, które jakby nawiązują stylistycznie do rockabilly. Po prostu czuć, iż muzycy bardzo dobrze się bawią. Niestety, to by było na tyle, jeśli chodzi o ewidentne plusy części pierwszej „United Aive In Madrid”. Bardzo chętnie usunęlibyśmy z setu banalne i ograne do nieprzyzwoitości „If I could Fly”, oraz dziwaczne „Are you Metal?”. Największym plusem jest to, że te dwa utwory zostały zagrane obok siebie. Na koncertach była to świetna okazja by pójść po piwo. „Waiting for the Thunder” nie wywołuje emocji ani pozytywnych, ani negatywnych. Ciężko jednak zrozumieć, czemu akurat ten utwór umieszczono w secie. Tak, wiemy, chciano zaprezentować też coś nagranego w ostatnich latach. Ale z nowszego materiału Helloween takie „Straight out of Hell”, „Battle’s Won”, czy „Lost In America” po prostu biją go na głowę! Nawet „When the Sinner”, który pojawił się na kilku koncertach, to lepszy wybór. Wspomnijmy jeszcze o dwóch balladach. Powinno być pięknie i lirycznie, wyszło naprawdę kiepsko. Czemu? Otóż Głosy Kiskego i Derisa, śpiewających unisono w refrenach, zwyczajnie nie współbrzmią. Powiedzmy, że w „A Tale that wasn’t Right” wyszło to jeszcze jako tako, jednak w „Forever and One” jest masakra do tego stopnia, że gdy panowie oddają mikrofon publiczności, czujemy ulgę…

Przejdźmy jednak do CD2, gdzie mamy już stuprocentowy rozpierdól. Płyta rozpoczyna się rewelacyjnie chwytliwym „I Can”. Utwór, który kochaliśmy i kochać będziemy na koncerty nadaje się idealnie. Następnie największe zaskoczenie, czyli „Livin Ain’t no Crime” z kompilacji „Pumpkin Tracks”. Bardzo się cieszymy że muzycy postanowili przypomnieć sobie i nam o tej niezwykle pogodnej kompozycji. Utwór przechodzi płynnie w bardziej refleksyjne „A Little Time”. Szkoda tylko, że Kai nie wplótł tam motywu z „Shine on you Crazy Diamond” Pink Floyd, jak miał w zwyczaju robić na niektórych występach. Dla kontrastu następują potem dwa strzały z ery Derisa, czyli bardzo mocny „Sole Survivior”, oraz bardzo zabawowy „Power”. Według nas tej kompozycji zwyczajnie nie może zabraknąć w secie. Mimo iż zespół gra ją od tylu lat, nie znudziła się ani trochę. Tym razem została wydłużona o główny motyw zagrany kilka razy staccato, co stanowiło dobry pretekst do zabaw z publiką. Wyszło bardzo dobrze, jednak wersja z „High Live” i tak pozostaje niedoścignionym wzorem. W tym miejscu można westchnąć za Rolandem Grapowem. Gdyby  dołączył do zespołu na miejsce Gerstnera, nasza radość byłaby jeszcze większa. Ale i tak nie ma co narzekać, gdyż na „Pumpkins United” dostaliśmy to, co jeszcze kilka lat temu wydawać by się mogło jedynie szalonym snem oderwanego od rzeczywistości fana. 

Ostatnią część koncertu stanowią klasyki z lat 80. „How Many Tears” jest jedynym utworem tego występu, w którym partie wokalne podzielone są między Kiske, Derisa i Hansena. Trzeba przyznać, każdy z nich spisał się tu świetnie. Słuchając mamy wręcz wrażenie, że ta kompozycja oryginalnie została napisana na te trzy głosy.

Na bisy zespół zostawił „Future Word” i „I Want Out”. Pierwszy z nich Kai rozpoczął tak jak w dawnych czasach, słynnym motywem z „W Grocie Króla Gór” Griega. Wyjątkowo przyjemnie słucha się tu Kiskego, który śpiewa z tym charakterystycznym presleyowskim vibrato, wyróżniającym go spośród tłumu innych heavymetalowych wokalistów. Ostatnim „I Want Out” muzycy znów zachęcają publiczność do wspólnej zabawy. Może stylizowanie części utworu na reggae nie było zbyt dobrym pomysłem, jednak na koncertach zawsze fajnie podbijało się wielkie dyniowe piłki, krzycząc razem z Andim, lub Michaelem „I Want Out!”.

Na deser mamy jeszcze trzecią płytę, na niej same smakowite kąski: „March of Time”, „Kids of the Century”, „Why” i oczywiście „Pumpkins United” z koncertów w Santiago de Chile, Pradze, Sao Paulo, oraz Wacken.

Chyba jednak nie będziemy często sięgać po ten dysk z dwóch powodów: po pierwsze, koszmarnie wyciąga się go z tekturowej kieszonki, a po drugie, brzmienie tych utworów jest bardzo płaskie, wręcz bootlegowe.

Wydawnictwo oceniamy jednak jak najbardziej pozytywnie. Cieszy ono nie tylko ze względu na samą zawartość muzyczną, ale również możliwość przypomnienia sobie wspólnych, szalonych wyjazdów na koncerty Helloween w latach 2017 i 2018.

8/10

Janek Mełech i Bartek Szeluga

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *