Wydany na koniec października „Upon Desolate Sands“ to już siódmy długograj autorstwa Hate Eternal. Nagrany po raz kolejny przez trio muzyków album kontynuuje ścieżkę obraną przez zespół na „Infernus“ z 2015 roku. Poprzedniego perkusistę zastąpił Hannes Grossmann znany z Obscury i to świeże paliwo w składzie Hate Eternal bardzo dobrze zrobiło tej płycie. Trwający blisko 39 minut pełniak przesiąknięty jest technicznymi zagrywkami wszystkich instrumentów, co słychać od początku krążka.

Wypuszczone krótko przed premierą single: „What Lies Beyond“, „Nothingness of Being“ oraz „All Hope Destroyed“ doskonale przepowiedziały co w ręce fanów oddadzą deathowcy pod przywództwem Erika Rutana. Dostaliśmy techniczny death metal w starym, dobrym stylu i mimo kierunku znanego już z albumu „Infernus“, kapela powraca do takich osiągnięć jak „I, Monarch“ czy „King Of All Kings“.

Co dostali fani? Dostali osiem pełnych utworów pięknie brzmiących, miażdżących gitar, mnóstwo blastów oraz genialnie zaaranżowanych ścieżek bębnów idealnie uzupełnionych przez bas. Utwór dziewiąty, to instrumentalna kompozycja zamykająca utwór, o wiele spokojniejsza, wyciszająca album. Ciekawy zabieg biorąc pod uwagę gatunek muzyki, z jaką się tu stykamy. Wokal Rutana jest nieco ciszej przez całą długość płyty, jego głośność jest niewiele niższa, niż głośność instrumentów. Mały minus, choć ciut więcej wokali na pewno by nie zaszkodziło przy odsłuchu.

„The Violent Fury“, utwór rozpoczynający „Upon Desolate Sands“ bardzo trafnie opisuje pierwszą część albumu, bo uderza w nas brutalna furia gitar, perkusji i partii wokalnych. Trzeba nadmienić, że single promujące płytę zostały bardzo dobrze wybrane, są to niewątpliwe najmocniejsze strzały z tego wydawnictwa, wystarczy dorzucić wcześniej wspomniane „The Violent Fury“ oraz utwór „Vengeance Striketh“ i pół albumu za nami. Stylistyka tych utworów jest bardzo podobna: szybko, agresywnie, ale z polotem i finezją. Następna część dzieła serwuje już więcej klimatu, kompozycje zawierają trochę więcej melodii, płyta zaczyna zwalniać, zamiast pędzącej lokomotywy, pojawia się tutaj majestat, większa dojrzałość, prawdziwa potęga brzmienia. Atmosfera stworzona przez trzy kolejne utwory zwieńczona jest „For Whom We Have Lost“, w pełni instrumentalnym kawałkiem. Bez krzyków, bez niesamowitego tempa, stanowi on element solidnie kończący płytę.

Czy znane z brutalności Hate Eternal wróciło? Wróciło i udowodniło, że ta nienawiść w nazwie zespołu nie wzięła się z nikąd, dalej dzieli i rządzi, a kopie, aż miło. Ścieżka, jaką obrał zespół na swoim poprzednim dokonaniu, dalej wiedzie ich i dodaje ich muzyce melodyjnego uroku.
Rzecz stanowczo polecam fanom Morbid Angel z okresu Formulas Fatal to The Flesh czy Gateways to Annihilation, Malevolent Creation oraz ostatnich płyt naszego rodzimego Lost Soul.

Autor: Szymon 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *