Recenzowanie albumów ulubionych artystów to trudne i męczące zajęcie. Czytający to górnicy pewnie teraz pukają się w głowę (kilofem), a aktorzy porno pukają (nie kilofem), ale tak, tak panowie – to nie jest łatwy kawałek chleba. Kiedy jeszcze dodatkowo na krążek czekałeś tak długo, jak na „Sol Invictus”, kiedy budzi on tak sprzeczne emocje, robi się jeszcze trudniej.

Faith-No-More-Sol-Invictus

Na początku uporządkujmy pewne fakty. Lepszego powrotu sobie Faith No More wymarzyć nie mogło – „Sol Invictus” to płyta genialna. Oczywiście możecie się z tym nie zgodzić i powiedzieć, że to nudny, nagrany na siłę krążek. Możecie.

Podobnie jak możecie stwierdzić, że wibrator to idealny prezent na Dzień Matki.

Niezrozumienie tego albumu wynikać może z faktu, że nie jest on łatwo przyswajalny. To nie blondynka z długimi nogami, a raczej cicha myszka siedząca w kącie, nie wiedząca nawet, że jeśli się umyje i pójdzie do fryzjera, będzie ładnie wyglądać. Słowem – płycie tej należy poświęcić trochę czasu, ponieważ ma w sobie ogromny potencjał, który ujawnia się dopiero po kilku przesłuchaniach.

Nie ma tu takich oczywistych hitów jak ‚Digging The Grave’ czy ‚Evidence’, które momentalnie wwiercają się w głowę i zostają w niej na zawsze. Najbardziej radiowym kawałkiem jest zdecydowanie ‚Sunny Side Up’, a mimo to singlami były utwory ‚Motherfucker’ oraz ‚Superhero’. Ten pierwszy, wiadomo, nazwa. Idealna na singiel. Ale ‚Superhero’?

Te dwa utwory to najgorsze momenty na płycie. Gdyby ktoś w marcu napisał gdzieś w sieci, że nowy krążek Faith No More zbliży się poziomem do największych osiągnięć tego zespołu, wysłałbym do ministerstwa zdrowia petycję o ograniczenie dostępu do internetu w szpitalach psychiatrycznych. A teraz? Nie jest to poziom „Angel Dust”, czy „King For A Day”, ale brakuje niewiele, bardzo niewiele.

Spokojna jest ta płyta, sporo tu leniwych momentów, brak agresji i zadziorności znanych z poprzednich wydawnictw – panowie są już 20 lat starsi, przytyli i jakoś pasuje mi ta muzyka do ich wizerunku. A jak już o wieku mówimy. Patton…

Nie wiem, czy jest na świecie lepszy wokalista w kategorii muzyka rozrywkowa. To już nawet nie chodzi o rozpiętość głosu czy inne techniczne duperele – chociaż czysto „warsztatowo” Patton bije na głowę 99% rockowych śpiewaków – ale mało kto potrafi tak przekazywać emocje jak frontman Faith No More. Dodatkowo jego głos nabrał większej głębi, brzmi dostojnie, po męsku, co najbardziej słychać w zamykającej album kompozycji ‚From The Dead’.

Tak. Mike Patton potrafi śpiewać.

Najlepszym kawałkiem na płycie jest ‚Separation Anxiety’. Pierwsze dwie minuty to budowanie nastroju. Intrygująca pulsacja basu, śpiewający szeptem (trochę oksymoron) Patton i tajemniczo brzmiące klawisze. Wraz z wyśpiewaną przez Mike’a frazą:

I can’t let you go
Cause you’re a part of me
Not apart from me

Zaczyna się jazda bez trzymanki, wszystkie emocje, które kumulowały się przez te 2 minuty mają teraz ujście, Patton szepcze jeszcze głośniej, potem szept przeradza się w dziki krzyk rodem z ‚Cuckoo For Caca’, aż nagle… Koniec. To nie tylko najlepszy numer na „Sol Invictus”. To jeden z najlepszych utworów Faith No More.
www.youtube.com/watch?v=vrOpK9x5V14

Tak, panie i panowie. Faith No More powróciło w wielkim stylu. Może i ta płyta miała być tylko pretekstem do ruszenia w kolejną trasę koncertową i była nagrana na siłę… Nie wiem i nie interesuje mnie to. Jeżeli jednak tak było to cóż… nie od dziś wiadomo, że pieniądze inspirują do tworzenia rzeczy wielkich. „Sol Invictus” to kapitalny album. Czy płyta roku? Do tego pytania powrócimy za pół roku. Na dziś ścisła czołówka. A w poniedziałek widzimy się na koncercie.

9,5/10

Paweł Drabarek

1 Comment Recenzja: Faith No More – „Sol Invictus”

  1. Tomson

    Dla mnie to jest solowy projekt Pattona. To mógł nagrać Mr Bungle/Fantomas/Tomahawk. Brak przede wszystkim rozmachu kompozycyjnego, czystych partii wokalnych, świetnych riffów, selektywnego brzmienia i przede wszystkim pomysłowych dobrych melodii czyli tego wszystkiego czym charakteryzowało się zawsze FNM nawet na w połowie dobrym Album of the Year (patrz Collision, Last Cup of Sorrow, Stripsearch, Ashes to Ashes – każdy z tych utworów bije na głowę te z nowej płyty). Powtarzam jako projekt solo Pattona ok – ale nie jest to poziom FNM – niestety ….

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *