fot. Earth

Mija 30 lat od założenia przez Dylana Carlsona formacji o nazwie Earth. Jest to zespół, który na przestrzeni lat modyfikował swoje brzmienie w mniejszym, lub większym stopniu, ale idea raczej spokojnych, niespiesznie płynących i dość długich kompozycji pozostała niezmienna.

Do Earth jako protoplastów drone metalu przylgnęły różne dodatkowe etykietki, raz był to stoner, innym razem doom, albo dość kuriozalny ambient metal. Wszystkie te nazwy pojawiają się niebezpodstawnie, ale spina je razem coś, co mógłbym nazwać klamrą post-rockowego minimalizmu. Tak, Earth to nie jest zespół charakteryzujący się efektownymi solówkami, szalonym tempem metalowych „patatajek”, czy wbijającą w ziemię podwójną stopą. To muzyka instrumentalna lubiąca wolne (i bardzo wolne) tempa, ulepiona z delikatnych plam dźwiękowych i operująca psychodelicznym, eterycznym klimatem.

Czymże w takim razie jest Full Upon Her Burning Lips i jak silne są związki najnowszego albumu z poprzednimi wydawnictwami Earth?

Pierwsze skojarzenie i zarazem słowa klucze, to wymieniony w drugim akapicie „post-rockowy minimalizm”. Najnowsza płyta Earth to instrumentarium ograniczone do perkusji Adrienne Davies i gitary Carlsona. Trudno powiedzieć co stało za taką decyzją, być może pozbycie się wszystkich dodatkowych dźwiękowych „ozdobników” miało pomóc w wyciągnięciu z zespołu muzycznej esencji. Nie zawsze tak było, bo przykładowo płyta z 2009 r. pt. The Bees Made Honey In The Lion’s Skull została „wyposażona” dodatkowo w dźwięki organów Hammonda
i dwóch rodzajów pianin elektrycznych. Czy to diametralnie zmieniło brzmienie Earth? Nie, jedynie dodało całości smaku.

Full Upon Her Burning Lips stało się (jak sądzę) przez decyzję Carlsona płytą surowszą. Czy to źle? Cóż, zależy czego od najnowszego krążka oczekujemy. Sporo wcześniejszych albumów zawierało dodatkowe instrumentarium, które chcąc nie chcąc miały wpływ na końcowy odbiór całości. Pierwszy utwór – Datura’s Crimson Veils zdaje się początkowo potwierdzać pewne braki kompozycyjne. Zastanawiam się jakby ten utwór zabrzmiał z wiolonczelą, albo Moogiem. Chwilę potem okazuje się, że 12 minut minęło nie wiadomo kiedy. Tak właśnie działa magia Earth, w mgnieniu oka potrafi zabrać słuchacza w niespodziewaną podróż. Formę zespołu zdaje się potwierdzać niezwykły Cats on the Briar, który bardzo umiejętnie operując chwytliwymi dźwiękami gitary subtelnie wprowadza odbiorcę w delikatny trans. To co proponuje w tym utworze Earth jest mieszaniną silnych skojarzeń generowanych przez nasz mózg. W moim przypadku dotyczyły one zapachów (!) ze sklepiku zielarskiego i sielskich klimatów wiejskich. Cóż, przynajmniej ja mam takie skojarzenia, choć nazwy roślin przewijające się w poszczególnych utworach nie są przecież przypadkowe. Łatwość kreowania przez Carlsona i Davies stosunkowo prostymi środkami całych magicznych krain jest doprawdy zdumiewająca.

Następne utwory raz budzą skojarzenia z Black Sabbath (The Colour of Poison), a innym razem przyjemnie kołyszą (Descending Belladona). Pewnym wyzwaniem jest za to ponad 11-minutowy She Rides an Air of Malevolence, który wymaga od odbiorcy pełnego poddania się transowej powtarzalności. W podobnym baśniowym klimacie utrzymane są siódmy Maiden’s Catafalque i osmy z kolei An Unnatural Carousel. Przedostatni utwór (The Mandrake’s Hymn) może pochwalić się ciekawym riffem, natomiast 10, – A Wretched Country of Dusk – wyjątkowo sugestywnie zbudowaną atmosferą faktycznie kojarzącą się z malowniczym zachodem słońca.

Można by było spróbować zażartować i powiedzieć, że 9. album Earth ze względu na powtarzające się nawiązania do motywów roślinnych jest płytą skierowaną do działkowiczy, ewentualnie botaników. Warto jednak spojrzeć na to w szerszym kontekście. Wspomniane motywy roślinne, oraz inne skojarzenia słowne są ściśle związane z warstwą dźwiękową. Nie chcę przez to powiedzieć, że Carlson zrealizował na tym albumie jakiś niezwykle misterny plan, ale te drobne wydawałoby się niuanse działają tylko na korzyść Full Upon Her Burning Lips.

Umiejętność pisania nieskomplikowanych utworów, które wytwarzają specyficzną, niemalże mantryczną atmosferę, to znak firmowy Earth. Ciepły, organiczny i wyjątkowo analogowy charakter tego krążka udało się osiągnąć poprzez użycie bardzo ograniczonych środków wyrazu. Upada więc teza jakoby bogactwo instrumentarium miało decydujące znaczenie w sferze budowania kompozycji i wytwarzania niepowtarzalnej atmosfery. Co prawda najdłuższym utworom na tym wydawnictwie przydałoby się jakieś „wypełnienie”, by nie były w efekcie aż tak surowe, ale po to drone istnieje jako gatunek, by mu się poddać bez reszty. Jednych on znudzi śmiertelnie, dla drugich będzie niezapomnianym doświadczeniem.

Z jednej strony najnowszemu Earth można zarzucić brak chwytliwości jaki obecny jest chociażby w utworze Cats on the Briar, z drugiej nie jest to płyta do słuchania analitycznego i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze. Full Upon Her Burning Lips to krążek nie wymagający maksymalnego skupienia podczas odsłuchu. To przede wszystkim muzyka tła. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie jest angażująca, po prostu świetnie pasuje do wykonywania innych czynności w trakcie jej odsłuchiwania. Płyta powinna się spodobać osobom, które szukają odskoczni, chcą przenieść się na chwilę do innego świata, poczuć nowe zapachy, kolory, faktury i zwyczajnie odpłynąć. Chwała wyobraźni!

AUTOR: Lemur80
7,5/10

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *