Dług, który scena metalowa zaciągnęła u legendarnej kapeli z Kansas – Manilla Road, przez długie jeszcze lata pozostanie niespłacony. Jawili się oni jako źródło inspiracji, a ich muzykę interpretowano już na wiele sposobów, czerpiąc z niej pełnymi garściami. Nie inaczej stało się w przypadku amerykańskiej kapeli z Północnej Karoliny – Dogbane. Należałoby jednak zadać pytanie: Gdzie znika granica między interpretowaniem a kopiowaniem?

dogbane

 

W marcu 2015 roku światło dzienne ujrzało drugie wydawnictwo zespołu Dogbane zatytułowane „When Karma Comes Calling”. Od pierwszych dźwięków otwierającego płytę utworu „Warlord” słychać główne inspiracje zespołu. Wokal Jeffa Neala przywołuje pamięć szczytowych lat Marka Sheltona, jego ciężkie, nosowe śpiewanie i chrypę płynącą prosto z gardła. Łatwo też doszukać się w jego barwie  wpływów Erica Wagnera czy Bobbiego Lieblinga. Niewiele pomylą się także ci, którzy skojarzą Jeffa z Kevinem Heybournem, wokalistą kultowego Angel Witch. Mocną stronę płyty stanowią gitarzyści – Jeff Rinehart i Mitch Allred. W sferze instrumentalnej trzymają się oni standardów wyznaczonych przez kultowe kapele doom metalowe, jak Pentagram czy Trouble, miejscami przywołując także ducha Omen oraz Brocas Helm, tutaj jednak pozostają oszczędniejsi. Istotną rolę w kompozycjach, co szczególnie słyszymy w utworach „Dogbane” oraz „Calm Before The Storm” i „Free Spirit” stanowi zaczerpnięcie pomysłów ze wspomnianego już Manilla Road oraz brytyjskich legend w postaci Iron Maiden i Black Sabbath. Uwagę przykuwa sekcja rytmiczna. Perkusista Jerry Cloer oraz basista Kevin Davis idealnie wpasowują się w doom/ heavy metalowy klimat płyty. Nie uprawiają oni wirtuozerskich popisów i nie udziwniają swoich partii, ale warsztat który sobą prezentują stanowi kwintesencję tego co w rytmice tego gatunku jest najlepsze. Ciężar, rytmiczność i bezkompromisowość. Taka sekcja ma brzmieć jak dobosz wybijający rytm maszerującej armii. I na tej płaszczyźnie panowie się spisują. Cień jeszcze jednej kapeli, a w zasadzie jednej płyty kładzie się na „When Karma Comes Calling”. Mowa tu o nikim innym jak Candlemass i „Epicus Doomicus Metallicus”. Kto ma w pamięci takie dzieła jak „Demons Gate” czy „Black Stone Wielder”, musi się z tym zgodzić. Oddać cześć Leifowi Edlingowi i muzycznej lawinie, którą popchnął.

www.youtube.com/watch?v=2GAj7at6LBQ

 

Wiecie co w tym wszystkim jest najgorsze? Fakt, że my to już znamy. Panowie są dobrymi muzykami, wiedzą czego chcą od muzyki i wiedzą jak ją wykonać, nagrywając przy tym w przyzwoitej jakości. Ale co z tego? Płycie brakuje innowacji, czegoś świeżego. Każdy pojedynczy riff już wcześniej zagrało Black Sabbath, Manilla Road czy Trouble. Przy całym kunszcie jakim dysponują muzycy, brakuje im ducha. Czegoś tylko swojego. Jednak są oni kapelą z potencjałem, i coś mi mówi, że jeśli się nie rozpadną, najlepsze lata przed nimi. W porównaniu z innymi odmianami muzyki metalowej, kapel doom metalowych jest mało, choć potencjał rośnie. Ale nie jest to jeszcze powód, by wpadać w euforię z powodu każdego wydawnictwa. A wręcz przeciwnie. Dogbane skopiowało wiele dobrze znanych w tej muzyce schematów, wykonując je w sposób słuszny. Ale zapomnieli przy tym dać coś od siebie.   Na tę chwilę daję im 7/10. Czekam jednak na kolejne płyty, oby było bardziej świeżo!

 

https://www.facebook.com/Dogbane

 

Jeremi „Jerry” Kołecki

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *