Ostatnie dni roku, czas podsumowań… Z tegorocznymi faworytami redakcji portalu w kategorii „najlepsze płyty 2018” zapoznacie się w odpowiednim artykule, jednakże nie można zapominać, że te dwanaście miesięcy wypełniały nie tylko krążki z nowym studyjnym materiałem, ale również wszelkiej maści inne płyty zawierające demówki, różne rarytasy, a także koncerty. Tak się składa, że zawsze przyciągają mnie te ostatnie. Często słyszę głosy, jakoby koncertówki były aktem desperackiego wyciągania rąk po pieniądze słuchaczy. Możliwe, że tak jest, osobiście mam jednak zupełnie inne zdanie na ten temat. Dla mnie to świetny sposób na zrozumienie muzyki wykonywanej przez danego artystę, szczególnie jeśli do czynienia mamy z koncertem zarejestrowanym przez telewizję lub radio, gdy tuszowanie wszelkiej maści wpadek jest niemożliwe. Tak właśnie ma się sprawa z „Glastonbury 2000” Davida Bowie’ego.

Czytając o Bowiem odnoszę wrażenie, że jest z nim jest trochę jak ze Słowackim u Gombrowicza. „Bowie wielkim artystą był”, „Zachwyca, bo ja mówię, że zachwyca”. Ale nic poza tym. David Jones oblepiany jest każdą możliwą etykietką, szczególnie tymi głoszącymi jego boskość i geniusz. Wiecie, co o tym myślę? Że każde z tych pustych i prostackich wręcz stwierdzeń napawałoby go obrzydzeniem. Że wolałby być zmieszany z błotem, ale na swój sposób zrozumiany (choć w tym przypadku o to akurat raczej niezwykle trudno), niż robić za napompowany balonik, na którym napisano kilka doniosłych haseł, ale który traktuje się bardzo powierzchownie. U nas Bowie to spacerujący po Warszawie gość, który kiedyś namalował sobie błyskawicę na twarzy i zachwyca. Bo musi zachwycać. Napisałem „u nas”? Och, przepraszam, na szczęście nie u mnie.

Mój Bowie to Bowie z Glastonbury w 2000 roku.

Ostatnio jesteśmy nieco rozpieszczani koncertowymi albumami legendy rocka, na szczęście do tej pory są one bardzo przemyślanymi wydawnictwami i najnowsze z nich nie stanowi tutaj wyjątku. Obrazuje nowy-stary rozdział w karierze muzyka. Słowem wstępu należy napisać, iż artysta w latach dziewięćdziesiątych starał się nie grać utworów, z których najbardziej słynął. Bez wątpienia to odważne posunięcie, ale mowa w końcu o człowieku, który zawsze robił to, co mu się podobało, często na przekór wszystkiemu i wszystkim. Występ podczas festiwalu Glastonbury (drugi, bo David pierwszy raz pojawił się tam w ramach pierwszej edycji festiwalu w 1971 roku) jest o tyle ciekawy, że leci tu szlagier za szlagierem. Był to jeden z pierwszych od dawna koncertów Bowie’ego, podczas których artysta sięgnął po wiele rozpoznawalnych hitów. Tak na dobrą sprawę, to omawiane przeze mnie wydawnictwo można nazwać składanką „the best of”. Skoro tak, to czy warto w ogóle się w nie zagłębiać? W końcu fani rocka „Changes” słyszeli już milion razy, a to można powiedzieć o większości zgromadzonych tu numerów. Możecie być pewni, że warto.        

Bowie kupuje słuchacza już w pierwszym numerze, pięknej kompozycji „Wild Is The Wind”. Otwieranie koncertu balladą to niekonwencjonalna metoda, ale jemu wyszło to całkiem dobrze. Później jest już dużo inaczej – ze sceny energia tryska co chwilę, a to za sprawą „China Girl”, „Rebel Rebel” czy też „Hello Spaceboy”. Słuchając „Glastonbury 2000” możemy się też przekonać, jak charyzmatycznym frontmanem był Bowie. Publika zdaje się jeść mu z rąk, chociaż muzyk tak naprawdę nie wchodzi z nią w żadną głębszą interakcję, której świadkami jesteśmy czasami podczas mniejszych koncertów. Dla niej źródło tego całego zamieszania mogłoby tam po prostu stać i śpiewać kolejne wersy piosenek, a i tak byłoby otoczone kultem. To o tyle ciekawe, że festiwalową publikę stanowiły pewnie w dużej mierze osoby, które podczas premiery „Life On Mars?” nie były jeszcze na świecie. To bardzo wiele mówi o wykonawcy.

Pisząc o najnowszej koncertówce sygnowanej nazwiskiem człowieka, który spadł na Ziemię, po prostu trzeba pochwalić zespół towarzyszący ikonie muzyki. Pomimo tego, że David zebrał go niedługo przed trasą, to brzmi on bardzo dobrze i nawet jeśli zdarzają się mu jakieś pomyłki, to są one nieznaczne i nie mają wpływu na odbiór całości. Tak naprawdę, to najwięcej zalicza ich tu…Sam Bowie. Czasami słychać, że wokalista nie do końca daje sobie radę z klasycznym repertuarem. Mimo tego jestem daleki od krytykowania go, w końcu swoje partie zaśpiewał bez większych zgrzytów – że w wieku pięćdziesięciu lat bardzo trudno odtworzyć wszystkie wokale nagrywane dekady wcześniej, to już oczywistość. Tak, „Starman” i „Station To Station” nie brzmią idealnie, jednakże dzięki temu wiem, że nie mam do czynienia z koncertem nagrywanym w studio, ale organicznym występem, który trafił do mych rąk w swojej pierwotnej postaci. Dzięki takim smaczkom zwyczajnie nie nudzi, a to czasami jest problem dotykający wypolerowanych i idealnych koncertówek.

Same dobre słowa mogę natomiast napisać o wokalach basistki Gail Ann Dorsey, która wspiera Bowie’ego w niektórych utworach, jak na przykład „Under Pressure”. Przyznam, że prawdopodobnie jest to moja ulubiona wersja przeboju, który David nagrał z zespołem Queen. To samo tyczy się „Ashes To Ashes”. Dodatkowe, nawet subtelne partie wokalne sporo dodają ogranym numerom. Za to właśnie lubię wydawnictwa koncertowe, a tutaj takich urozmaiceń mamy sporo. Weźmy takie „Let’s Dance” – przecież każdy to zna i kiedy po raz pierwszy spojrzałem na tracklistę albumu, nastawiłem się na zwykłe odegranie hitu. Cóż, takie myślenie w przypadku Bowie’ego jest głupie, bo muzyk niejednokrotnie zaskakiwał aranżacjami, ale przerabiając fragment starego radiowego przeboju na balladę, przebił samego siebie. No i wielki finał w postaci „I’m Afraid Of Americans”, które w wersji gitarowej brzmi niemalże…metalowo! Otworzenie koncertu balladą, a zakończenie nowością (utwór miał wówczas zaledwie trzy lata, co na tle muzycznej historii naszego kosmity jest niemalże niczym) to odważne posunięcie, ale jeśli działa, to świadczy to tylko o tym, że setlistę układał ktoś z głową na karku. Nawet podejrzewam kto.

Zwyczajnie musiałem napisać o „Glastonbury 2000”. Czuję, że gdybym tego nie zrobił, popełniłbym grzech zaniedbania, a to niewskazane, kiedy weźmiemy pod uwagę obecną porę roku. David Bowie z przełomu tysiącleci wydaje się być już kimś, kto niczego nie potrzebował udowadniać. Po prostu wychodzi na scenę i robi swoje w piękny sposób. Chyba właśnie dlatego warto sięgnąć po ten koncert, wolny od awangardowych eksperymentów, a pełen żywej muzyki, która broni się sama. Ten materiał to kolejna odpowiedź na to, dlaczego światu brakuje Gwiezdnego Człowieka. A kim on był? Cóż, napisać „geniuszem” to jakby niczego nie napisać. Bowie był człowiekiem, który zagrał na Glastonbury w 2000 roku. A lepszą odpowiedź (jeśli jeszcze jej nie znacie) poznacie sami, kiedy zapoznacie się z tym koncertem.

Ocena: 8,5/10

CD 1
1. “Introduction (Greensleeves)”
2. “Wild Is The Wind”
3. “China Girl”
4. “Changes”
5. “Stay”
6. “Life On Mars?”
7. “Absolute Beginners”
8. “Ashes To Ashes”
9. “Rebel Rebel”
10. “Little Wonder”
11. “Golden Years”

CD 2
1. “Fame”
2. “All The Young Dudes”
3. “The Man Who Sold The World”
4. “Station To Station”
5. “Starman”
6. “Hallo Spaceboy”
7. “Under Pressure”
8. “Ziggy Stardust”
9. “‘Heroes’”
10. “Let’s Dance”
11. “I’m Afraid Of Americans”

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *