Od początku w kontekście nowego krążka Behemotha padało wiele wyrafinowanych stwierdzeń. Mówiło się o progresji. Trafiło się kilka stwierdzeń o przekroczeniu rubikonu, a nawet rewolucji w muzyce zespołu dowodzonego przez Adama Nergala Darskiego. „I Loved You At Your Darkest” przyszło na świat w atmosferze wielkiej ekscytacji fanów. Ale nie tylko to towarzyszyło nowemu dziełu Behemotha. W 2014 roku ukazał się „The Satanist”. Album, o którym napisano już wszystko. Współczesny klasyk, którego poziom trudno osiągnąć. Oczywiste więc było, że nowa płyta sygnowana logiem Pomorskiej Bestii ma przed sobą niesamowicie trudne zadanie przekonania do siebie słuchaczy, którzy wymagali bardzo wysokiej jakości materiału. Album musiał być po prostu bardzo dobry. Czy się to udało?

Single nastawiły mnie na krążek, któremu dam 6/10 i do którego wracał będę co kilka lat, by tę notę jedynie podtrzymać. Ani „God = Dog”, ani „Wolves Ov Siberia”, ani „Bartzabel” nie mogły się równać z killerami z „The Satanist”. Różnica poziomów była bardzo łatwa do zauważenia. Stąd też do pierwszego odsłuchu „I Loved You At Your Darkest” zabrałem się ze średnim nastawieniem. I taka też wtedy okazała się być płyta – przewidywanym przeze mnie średniakiem, którego można odpalić raz na jakiś czas.

 

 

Później ponownie nacisnąłem przycisk „play”. Następnie powtórzyłem tę czynność. Przez kilkanaście dni zapoznawałem się z zawartością albumu, bo coś mi w niej nie dawało spokoju. Te kompozycje nie okazały się być przełomowe dla zespołu, ale miały coś w sobie. I po pewnym czasie zauważyłem, że „I Loved You At Your Darkest” to płyta mająca w sobie coś z tej kobiety, która na pozór tylko siedzi i ogląda seriale Netflixa, ale kiedy przekroczy się z nią pewną linię, okazuje się być całkiem rozgarniętą laską, z którą można pośmiać się, porozmawiać, a nawet poromansować.

 

„I Loved At Your Darkest” to płyta bardzo przemyślana. To rzuca się w oczy zaraz po zerknięciu na tracklistę: mamy tu intro i outro, których tytuły odpowiadają nazwom rąk Bafometa. Dynamika albumu rozłożona jest tak, że całość nie nudzi. Utwory bywają dość skomplikowane, ale nie przekombinowane, a tego obawiałem się chyba najbardziej. Obok bardziej rozbudowanych numerów znajdziemy te proste i bezpośrednie, a kiedy będzie trzeba, Nergal i spółka zaskoczą nas bodajże najłagodniejszym utworem w swojej dyskografii. To sprawia, że słuchacz jest zaangażowany w muzykę. Niejednokrotnie słuchając wielu płyt, łapię się na etapie, w którym patrzę się na to, ile utworów zostało do końca odsłuchu płyty. Przy „I Loved You At Your Darkest” nie zaobserwowałem u siebie tego zjawiska. Nie dlatego, że jestem maniakiem twórczości Darskiego – ten album jest zwyczajnie interesujący. Niesamowite jest to, jak dużo lepiej kompozycje opublikowane jako single brzmią wkomponowane w całość. O ile przed premierą płyty uznawałem je za przeciętne, tak teraz uważam je za bardzo dobre. Żeby je poczuć (tak, w kontekście tej płyty trzeba użyć tego słowa), należy się wkręcić w spójną całość i jej charakter. Wyrwane z niej nie robią należytego wrażenia. Na płycie uzupełniają się, każdy z nich nie ma tego, co ma inny. Chociaż jest jeden wyjątek: „Ecclesia Diabolica Catholica”. Dla mnie jest to numer kompletny, który spokojnie trafi do panteonu najlepszych kompozycji Behemotha i z czasem stanie się klasykiem. On sam jest wystarczającym argumentem za przesłuchaniem „I Loved You At Your Darkest”.

Nowa płyta Behemotha ukazała się w odpowiednim czasie. „The Satanist” ukazał nową drogę obraną przez zespół, a na nowym krążku ten nim konsekwentnie podąża. Na szczęście nie można nazwać tego wydawnictwa „The Satanist II”. Ma ono własny charakter, zarezerwowany tylko dla siebie i jest mu z nim całkiem do twarzy. Dobrze, że zespół nie zdecydował się na pójście po najmniejszej linii oporu i nie nagrał czegoś, co może i byłoby niezłe, ale postrzegano by je za odrzuty z poprzednich sesji. Gdyby ukazało się ono na którymś z wcześniejszych etapów historii Behemotha, jego siła rażenia byłaby dużo inna. Czy słabsza? Prawdopodobnie. Na ten materiał należało ludzi przygotować, oswoić ich z odejściem od konwencji, która dawniej wydawała się być tą najlepszą. Myślę, że nagranie go w okolicach „Zos Kia Cultus” byłoby strzałem w kolano, bo słuchacze byliby zwyczajnie zmieszani tą muzyką i nie daliby jej szansy, tylko od razu odrzucili i przypięli etykietę „komercha”. Dziś „I Loved You At Your Darkest” sprawia wrażenie płyty bardzo naturalnej, która po prostu musiała brzmieć tak, a nie inaczej. I naprawdę nie obchodzi mnie, ile kto znalazł w niej zapożyczeń z rodzimego i zagranicznego podwórka muzycznego. Ta płyta broni się sama w sobie i powinno się ją oceniać tylko przez jej własny pryzmat. Nie przez karmę dla psów w kształcie krzyży, nie przez dziwne posty Nergala na Instagramie, tylko przez jej zawartość muzyczną.
No właśnie, co do tego ostatniego…Z powyższych zdań łatwo wywnioskować, że ów krążek całkiem mi się podoba. Ale czy Behemothowi udało się przebić „Satanistę”?

Uważam, że nie.

Nie wiem, czy Behemoth kiedykolwiek tego dokona. Ale to nie AC/DC, którego nowy album łatwo porównać z poprzednim. W jednym z wywiadów Nergal powiedział, że chciał nagrać płytę, która by była „wystarczająco dobra”. I nagrał ją. Dla mnie jest to krążek wystarczająco dobry. Bo nie chciałem, by Darski udowadniał mi cokolwiek. Wymagałem skomponowania materiału, do którego będę chciał wracać i który mi się nie znudzi. Tak naprawdę nie obchodzi mnie, jak ma się on do „Demigod”, „Evangelion” i innych albumów Behemotha. Być może zauważyliście, że w tym tekście oszczędnie używam tytułów utworów. Po prostu nie uznaję tego za konieczne. Dla mnie „I Loved You At Your Darkest” tworzy swój własny, autonomiczny mikroświat, w który trzeba się wgryźć. Nie rozkładać go na czynniki pierwsze, ale wejść do niego i zobaczyć, czy jest to rzeczywistość, która nam odpowiada. Ja nie narzekam.

8,5/10

6 Komentarze Recenzja: Behemoth – „I Loved You At Your Darkest”

    1. heavyrock.pl

      A nie jest tak? W dobie Spotify nie tylko masz wszystko ze świata na wyciągnięcie ręki, ale i liczba zespołów zwielokrotniła się po dziesięciokroć, jeśli nie bardziej, niż w czasach, gdy CD, czy winyl były Twoją jedyną opcją. Wtedy oczywiście, że z większym zaangażowaniem i impaktem słuchało się płyt, bo nie można było po prostu przeskoczyć na kolejną, a i wybór był niewielki – słuchało się więc uważnie. Dziś to jest dosłownie jak menu, z którego – ma się wrażenie – wszystko się już jadło. Żeby coś naprawdę w nas trafiło za pierwszym kęsem, musi się naprawdę wyróżniać.

      Reply
      1. Eter

        Stary, masz totalną rację, tak jest. Może się dojebałem, bo chciałbym żeby tak nie było… albo coś. Takie starcze pierdolenie…

        Reply
      2. Paw

        Kwestia podejścia. Fakt, że realia się zmieniły, nikt natomiast nie zmusza do podążania za nimi. Wolny wybór. Według mnie to słabe podejście, a już tym bardziej po recenzentach spodziewałbym się trochę pogłębionej opinii. No, ale może to za dużo. Niemniej jednak, nie czepiam się personalnie, po prostu jest to kierunek w muzyce, kulturze czy rozrywce po prostu, który mi się nie podoba. Można (i mnie to nie dziwi, bo czemu miałoby być inaczej) mieć w dupie co mi się podoba a co nie, ale nie żartujmy sobie, że takie są czasy i tak musi być. Jest jeszcze sporo słuchaczy i recenzentów z trochę innym podejście. Dla każdego coś miłego.

        Reply
        1. heavyrock.pl

          Pełna zgoda, tzn. nikt nie musi ulegać obecnemu stanowi rzeczy, ale nie można też udawać, że go nie ma i że na nic nie wywiera wpływu. Tzn. jeśli coś z pozoru wydaje się takie, jak 1000 innych rzeczy, to dlaczego o tym nie wspomnieć? Zwłaszcza, że autor podniósł właśnie przecież, że to tylko pozory, że ta płyta naprawdę coś w sobie ma. Więc nie oskarżałbym go o „takie podejście”, gdy właśnie czyni odwrotnie – oddzielił warstwę pozorów od tego, co kryje się pod nimi, czego nie można np. powiedzieć o wielu fanach gatunku krytykującego Behemoth właściwie tylko dlatego, że stał się popularny. Nagle ich optyka stała się taka, że to tylko marketingowa maszyna, a wszystko, co robią, to kopia innych kapel. Z góry dyskredytują kapelę. W tej recenzji tego nie widzę.

          Reply
  1. Piotr

    Sluchalem tej plyty kilka razy i jak dla mnie jest chyba najlepsza w ich dorobku. Jest inna niz The Satanist, bo i chyba co innego chcieli osiagnac. Balem sie tylko czy te solowe wycieczki Nergala z Porterem nie zrobia mu krzywdy ( ha ha ha) ale wbrew pozorom chyba mu pomogly. Mam wrazenie , ze cala ekipa jest jakby inaczej nastrojona . Swietne bebny i gitary. I wyszlo im dodanie tego choru bo nie kazdemu sie to udawalo. Jestem pod wrazeniem i zgadzam sie, ze trzeba jej sluchac w calosci bo to daje niesamowita karuzele emocji.

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *