Rebel Riot to kwartet z Rygi, działający od roku 2007. Do tej pory wydali trzy albumy. Jak sami określają, ich muzyka to „hard rock, inspirowany latami 70 i 80, charakteryzujący się ostrym i mocnym wokalem, oraz złożonymi partiami gitar”. Jak jest w rzeczywistości? Sprawdźmy.

Rozpoczynający album utwór ”Big Fat City” to szybki i dynamiczny rockandrollowy strzał, dobry na otwieracz. Szczególną uwagę warto zwrócić na solo. Wyraźnie czuć inspiracje starą szkołą Chucka Berry’ego. Moim zdaniem stanowi ono idealną bazę pod koncertowe zabawy z publicznością. Kolejny utwór ”Lucifer” utrzymany jest w podobnym muzycznym klimacie. Znów dostajemy ostrą jazdę bez trzymanki. Solówka w dużej mierze oparta na powtarzaniu dwóch trioli, ale po prostu przyjemnie się jej słucha.

Czy taka jest cała płyta? ABSOLUTNIE NIE.

Bardzo odmiennie przedstawia się chociażby ”Preachers of Lies”. Rozpoczyna go powolne unisono gitar, a tle bęben basowy wybija nam marszowy rytm. Kompozycja obfituje w zmiany tempa, oraz niebanalne pomysły aranżacyjne. Szczególnie ciekawie wypada tu dialog wokalisty z chórkami w refrenie. Jest to ponad sześciominutowa suita, która nie nudzi ani przez chwilę! Jeszcze bardziej zainteresował mnie ”Green Dragon”. To również rozbudowane dzieło, przenoszące słuchacza we wczesne lata 70. Wstęp znów powolny, tajemniczy, jakby lekko psychodeliczny. Wokalista chyba chce nawiązać do szaleństwa a’la Ozzy, czy Ian Anderson. Następnie gitarzyści raczą nas trzema akordami zakończonymi ozdobnikiem – no kurcze, toż to tytułowy utwór z pierwszej płyty Black Sabbath! Kompozycja jednak przyspiesza znienacka, zachęcając tym samym do headbangingu. Przed solówką dostajemy jeszcze kolejne mrugnięcie okiem do fanów starego hard rocka, w postaci nawiązania do ”Children of the Grave”. Podobny klimat czuć w ”Dark Wizard”. Z tym że tu jest ciężej, bardziej doomowo. Mroczny efekt podkreślić mają jeszcze chóry wygenerowane za pomocą syntezatora (co, niestety, nie brzmi zbyt dobrze), oraz przesterowany wokal, tym razem ewidentnie nawiązujący do Osbourne’a. Kompozycja niewątpliwie fajna i wysokoenergetyczna, moim zdaniem jednak mniej udana niż dwie opisane wcześniej.

Radosnego rockandrolla odnajdziemy znów w ”Walk it Like You Talk It”. Moim zdaniem ten utwór jeszcze lepiej pasowałby jako otwierający płytę; mocny riff, nieskomplikowana, motoryczna sekcja, do tego szybkie, melodyjne solo. Po prostu dwie minuty dobrej zabawy. Nic tylko wsiąść na choppera i odjechać! Na płycie pozytywnie wyróżnia się również ”When The Stars Align”, będący czymś w stylu półballady, utrzymanej w bardziej marzycielskim klimacie, jednak z pazurem! Słychać tu jeszcze echa starego bluesa.

Niestety, utwory ”Lightworker”, oraz ”Legacy” to zwyczajne wypełniacze, utrzymane bardziej w stonerowym klimacie. Moim zdaniem, lepiej jest je po prostu przewijać. Szczególnie wokal sprawia negatywne wrażenie. Momentami wręcz meczący; przywołuje na myśl Jamesa Hetfielda i jego niesławne „YEAH!!!”.

Na pochwałę zasługuje natomiast brzmienie. Mocne, selektywne, z basem wysuniętym niczym na albumach Iron Maiden. Podoba mi się to, gdyż Kaspars Petersons jest niewątpliwie sprawnym muzykiem z wyobraźnią.

Podsumowując, płyta ”The Good, The Bad, and The Heavy” to ciekawy album, zabierający nas w podróż przez muzykę rockową poszczególnych dekad, dając tym samym słuchaczowi sporo przyjemności. Trzymam więc kciuki za kolejną płytę, nad którą ponoć pracuje teraz zespół!

7,5/10

 

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *