Choć zabrzmi to dziwnie, ale w osobistym rankingu największych nadziei muzycznych na 2016 r., wcale nie „topowały” u mnie takie rewelacje, jak powrót prawie oryginalnego składu Guns N’ Roses, czy dajmy na to, wyczekiwana premiera nowej płyty Czterech Jeźdźców z Metallica, lub niespełniony sen o reaktywacji oryginalnego składu Sepultury na XX lecie wydania „Roots”. Moje marzenia są o wiele skromniejsze i związane raczej z głodem wymarłego grania, w rytm którego, sam machałem banią parę ładnych lat temu. To oczywiście mrzonki, ale żyję raczej wznowieniem działalności wydawniczej Diabłów z Angelcorpse. Wciąż nie tracę też nadziei, że dziady z Deicide i Morbid Angel obudzą się, wracając stylistycznie do poziomu pierwszych dwóch, trzech płyt. Jak widać nic specjalnego, obecnie już chyba tylko skansen i rezerwat death metalowej przyrody.  Nie dziwię się jednak sam sobie, skoro moda na powroty stylistyczne, jak i resuscytacje dawno wymarłych tematów, trwa w najlepsze. Raz wychodzi to rewelacyjnie i owocuje wznieceniem wypalonego ongiś do cna ognia, raz tragicznie, i przywodzi raczej na myśl doświadczenia Galvaniego z prądem i martwymi płazami. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale to wciąż tylko podrygujący w podobnym rytmie trup. Od tego w zasadzie można wyjść najnowszej propozycji brazylijskiego Rebaeliunn, którego zwycięski, death metalowy, przy tym mocno zainfekowany najlepszymi płytami Morbid Angel i Deicide pochód, zakończył się gwałtownie na świetnej płycie „Annihilation” anno 2001.

rebaelliunalbumjan

Każdemu kto pamięta końcówkę lat 90 – tych, kiedy to w dobie kryzysu mainstreamowego, amerykańskiego deathu, nagle jak grzyby po deszczu, zaczęły się pojawiać zespoły z najbardziej egzotycznych miejsc świata, udowadniając, że „wciąż można”, z pewnością nieobca jest i twórczość Canarinhos. Nie samymi, legendarnymi nazwami: Sepultura, Sarcófago, czy Krisiun, stał bowiem kraj niewolnicy Isaury i Ronaldo Luísa Nazário de Limy. Muzyczną „blasfemię” równie skutecznie krzewili rzeźnicy z Nephasth, Abhorrence, jeszcze dawniej  – Mental Horror, i chyba obdarzony w tym gronie największym talentem mordowania, opisywany właśnie Rebaeliunn. Czego oczekiwałem po powrocie tych ostatnich? Ano tego, że zaczną tam, gdzie skończyli 15 lat temu, czyli oldschoolowego, brutalnego, satanic death metalu spod znaku gwieździstego sztandaru, obficie podlanego egzotycznym sosem melodii prosto z amazońskiej dżungli. Tymczasem… niestety.

Choć Rebaeliun, wraz z płytą „Hell’s Decrees”, reaktywuje się w oryginalnym składzie kompozytorskim i napiera ile wlezie, to jednak w pewnym sensie nie przypomina już tego samego zespołu, który pamiętam z tytułów „Burned The Promised Land”, „At War”, czy wspominanego „Annihilation”. Lustrując ostatnie dokonania ich pobratymców z Krisiun, którzy po latach krytykowania Sepultury, postanowili zostać… drugą Sepulturą, obawiałem się, że podobna niemoc dosięgnie także ekipę Fabiano Penny. Stało się jednak o wiele gorzej, bo Rebaelliun w poszukiwaniu inspiracji zakręcili globusem o jeden raz za dużo i wylądowali w naszych, polskich, skromnych progach. Już pierwsze sekundy trwania „Hells Decrees” trącą na kilometr naszą chlubą narodową, czyli pewnym sławnym zespołem na literę „B”, ze wskazaniem na tytuły „Demigod”,„The Apostasy” i „Evangelion”. Dla wielu nie będzie to jakaś wada. Mocno zagęszczony death metal w takich kawałkach, jak „Affronting the Gods”, czy „Legion”, powala na deski precyzją wykonania, tempami i natężeniem, ale nie sięgam przecież po Rebaeliunn, żeby odświeżyć sobie katalog Behemoth, co nie? Pół biedy, gdybym mógł to nazwać jedynie inspiracją. To po prostu miejscami oczywisty plagiat – zagrywek, rytmów, zmutowanych wokali, a nade wszystko brzmienia zespołu Darskiego. Pewnie! Serce rośnie, kiedy widzisz, że ktoś wisi na plecach rodzimej kapeli, centralnie The Vistula River, ale czy warto zatracać swój własny, „nieoryginalnie – oryginalny” kod genetyczny, narażając się na miano kopisty?  Z całym szacunkiem dla Piewców Lasów Pomorza – nie wydaje mi się. Zwłaszcza, kiedy oznacza to ukrócenie bezkompromisowości przekazu muzycznego, na jakim przecież Rebaelliun zbudowali swoją historyczną potęgę. Dopiero gdzieś na wysokości „The Path Of The Wolf” i Morbidowo kroczącego „Fire And Brimstone” – pojawia się to nieokiełznane „brazylijskie” granie w stylu „all hell breakes loose”, gdzie króluje nie tylko profesjonalizm i technika, ale i totalne, naznaczone chaosem zezwierzęcenie. Czas zasuwa nieubłaganie, bo płyta starym, „śmierćmetalowym” zwyczajem, zakontraktowana jest jedynie na półgodzinne obijanie twarzy. W efekcie dostajemy 15 minut dla fanów Rebaeliunn, i drugie tyle, które równie dobrze może spełniać rolę aperitifu dla fanów „Behe”, zabijającym pierwszy głód przed daniem głównym, czyt. wyczekiwaną płytą swoich „właściwych” ulubieńców.

Być może szukam dziury w całym. W końcu „Hell’s Decrees”, z punktu widzenia formalnego niewiele można zarzucić, bo i brzmi potężnie, i skrzy się przeróżnymi fajerwerkami muzycznymi, przy tym jest bardzo profesjonalnie zaplanowany i wykonany. Niektóre zabiegi, jak choćby czas trwania krążka lub opatrzenie go okładką Marcelo Vasco, którego prace od razu budzą skojarzenia z komputerowymi kolarzami Jacka Wiśniewskiego (twórcy obrazka głównego ostatniej płyty Rebaelliun przed rozpadem), zdają się wprost deklarować: „Yeah! To my, stare, dobre chłopaki, wracamy tak samo zajebiści i zlejemy was okrutnie, jak za Niemca”. Tymczasem wyszło, jak wyszło. Rozumiem, że przez te lata od rozpadu zespołu czas nie stał w miejscu, i to co poczytuję temu materiałowi za wadę, może być po prostu próbą zaktualizowania przekazu zespołu, ale postawiono tutaj chyba o jeden krok za daleko, ostatecznie wylewając dziecko z kąpielą. Z bardzo charakterystycznego, „ofutrzonego”, brazylijskiego masakrowania, pozostało tylko atrakcyjne napierdalanie, którego teraz mamy przecież na tony. Mina przeciwpiechotna miała mi urwać obie giry, a tak dostałem tylko po głowie. Nie po to sięgałem po tę płytę.

Megakruk

7/10

 

Wydawca: Hammerheart Records

Premiera: 13 maja 2016 r.

Twórcy:

  • Sandro Moreira – instrumenty perkusyjne
  • Fabiano Penna – gitary
  • Ronaldo Lima – gitary
  • Lohy Fabiano – gitara basowa, wokale

Lista utworów:

  1. Affronting The Gods
  2. Legion
  3. The Path Of The Wolf
  4. Fire And Brimstone
  5. Dawn Of Mayhem
  6. Rebaelliun
  7. Crush The Cross
  8. Anarchy (The Hell’s Decrees Manifesto)

 

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *