DevilDriver nigdy nie uchodziło za grupę, której albumy kandydowały by do miana kultowych.  Dez Fafara i jego ekipa nie dorobili się swojego Master of Puppets, Reign in Blood czy Roots. Kierowca Diabła przyjął jednak inną taktykę – za każdym razem nagrywa krążki równe, solidne i z porządną dawka czadu. Jednak pomimo trzymania tego równego poziomu zaryzykuję stwierdzenie, że wydane właśnie Winter Kills zdaje się być najlepszym jak do tej pory wydawnictwem tej formacji.

Nim przejdę do albumu musze wyrazić po raz kolejny swój podziw. Doprawdy nie wiem skąd gardłowy DevilDriver czerpie energię, sugerując się nazwą zespołu chyba rzeczywiście zaprzedał duszę diabłu. W jego wieku uznani muzycy w większości odcinają już jedynie kupony od sławy, gibają się niemrawo na scenie, a od czasu do czasu nagrywają jakby to powiedzieć bezpieczny album. Fafara, prywatnie przykładny mąż i kochający ojciec trójki dzieciaków, dobijając do szacownych pięciu dych zdaje się przeczyć tak swojej metryce jak i prywatnemu obliczu. Na każdym kolejnym albumie wykrzykuje wersy z wściekłością godną energii i buntu osiemnastolatka, a na scenie miota się jakby przed każdym występem wypijał wiadro napoju energetycznego. I nawet jeśli panowie nie dorobili się dotychczas swojego Master of Puppets, to wydany niedawno Winter Kills z pewnością zaczyna niebezpiecznie krążyć w tych rejonach.

W muzyce DevilDriver nie ma miejsca na zbędne niuanse. Nie znaczy to, że muzykom brakuje talentu, wręcz przeciwnie. Po prostu natężenie dźwięków jakie panowie serwują sprawia, że nie ma tu miejsca na to aby wcisnąć choćby przysłowiową szpilkę. Już pierwszy Oath of the Abyss potwierdza wspomnianą teorię, króciutkie intro i perkusista swoim wejściem udowadnia, że w zamian za pakt z diabłem otrzymał kilkanaście dodatkowych par kończyn, sekundę potem wściekle atakują gitarzyści, a wszystko dopina wokal, panowie nie oszczędzają nas już w pierwszym kawałku – jest moc, agresja, melodyka. Kończący pierwszy numer elektroniczny motyw to tylko krótka chwila na złapanie oddechu. Następny Ruthless nie ustępuje poprzednikowi – otwierająca miarowa gitara, do tego podbijająca zagrywkę stopa. Można by się rozmarzyć o hicie, taktowo, miarowo rozbujać, ale nie ma na to czasu – Fafara „przecina” zagrywkę głębokim wokalem i przypomina dlaczego pod pewnym dokumentem podpisał się własną krwią.

Jeśli wrzuciliście to wydawnictwo do waszego mp3 na poranny jogging, to prawdopodobnie większość niewprawnych biegaczy już przy trzecim Desperate Times czeka zawał. Tu nie ma miejsca nawet na jakiś choćby krótki wstęp, następuje dźwiękowy blitzkrieg.

Znamiona oddechu wykazuje tytułowy Winter Kills, o ile oczywiście w przypadku DevilDriver możemy mówić o chwili oddechu czy zwolnienia. The Appetite to koń pociągowy tego krążka, nie ma się czemu dziwić. Chwytliwa zagrywka i zgrabny choć nie pozbawiony pazura wokal jakim raczy nas Fafara, to doskonale zwiększa szanse na przyciągnięcie uwagi tych, którzy nazwę zespołu póki co znają jedynie ze słyszenia. Dodatkowym smaczkiem jest mocno ironiczne video nakręcone do tego numeru, świetnie że panowie mają do siebie dystans.

httphd://www.youtube.com/watch?v=YweHmu4Jh7U

Czy zdołaliście odpocząć? To dobrze, Kierowca Diabła znowu wciska gaz do dechy, oto kolejny Gutted, gdzie szarpane riffy łączą się idealnie z krótkimi przejściami prowadzącymi po raz kolejny do bujającego refrenu. Następne Curses and Epitaphs jak i Carings Overkill  choć nie cierpią na brak dźwięków, to  zdają się mieć nieco wolniejsze tempo. Ale spokojnie bo Haunting Refrain przywraca wszystko do normy, a Tripping Over Tombstones zdaje się wręcz jeszcze bardziej podkręca szalone tempa DevilDriver. Jeśli ktoś ma ponownie stan przedzawałowy to mam dobre wieści, w następnej kolejności czeka na nas smaczek w postaci przeróbki znanego numeru grupy Awolnation Sail. Panowie, jak możecie się domyślać, przearanżowali ten numer na gitarowe granie, wyszło im to całkiem nieźle, sami zresztą posłuchajcie.

httphd://www.youtube.com/watch?v=-tP_I2q3zDY

Jako smaczki mamy dwa numery bonusowe Shudder i Back Down To The Grave. O ile ten drugi brzmi klasycznie, to Shudder wykazuje pewne tendencje pokroju Meshuggah, szczególnie otwierający riff może przywodzić na myśl styl Skandynawów.

httphd://www.youtube.com/watch?v=9s5f_PJAsdc

Cóż można rzec na podsumowanie ostatniego wydawnictwa DevilDriver. Dez Fafara jest jak wino czyli im starszy tym lepszy. Panowie mają wyraźnie tendencje zwyżkową, a Winter Kills powinien przysporzyć im kolejnych fanów. Cieszy to, że w odróżnieniu od niektórych ekip (patrz Avenged Sevenfold) nie napinają się twierdząc, iż są nowymi zbawcami gatunku – po prostu nagrywają najlepszy album jaki nagrać mogą, całkiem przypadkiem okazuje się, że jest to wydawnictwo znacznie lepsze niż wspomniany Avenged Sevenfold. Więc kto jeszcze nie miał okazji przesłuchać tego krążka, powinien zdecydowanie to nadrobić zamiast dawać się nabierać na sztuczne pompowane płyty stulecia.

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *