Metal i historia. Podniosłość i swawola. Chwała i mrok. Mrok dziejów i światłość dnia dzisiejszego. Wiele sprzecznych ze sobą elementów tworzy tę płytę. Znajdziemy tu tak ważkość, jak i przygnębienie. Szczęk miecza dawnych bitew i chóralne wezwanie do walki z własnymi demonami. Wydarzenia lat minionych i gwiazdy oświetlające wieczny kosmos. Dawno nie spotkałem płyty tak sprzecznej tematycznie i tak liberalnie (w pozytywnym tego słowa znaczeniu!) podchodzącej do heavy metalu. Ale Porphyra to zrobiła. Połączyła sprzeczności i skrajności. Jak im to wyszło? Sprawdźmy!

Heavyrock Porphyra

6 sierpnia 2014 roku światło dzienne ujrzała debiutancka płyta amerykańskiego zespołu Porphyra, zatytułowana „Faith, Struggle, Victory”. Gdy już przebiłem się przez barierę obrzydzenia jaką postawiła między mną a płytą okładka tego dzieła, było już tylko lepiej. Na samym początku dostajemy w twarz utworem „Dreamkiller” muzycznie przywołującym Accept i Motorhead. Mocne, heavy metalowe brzmienie, całość szybka, refren wyróżniający się nad całością. Krótko mówiąc, dobry „otwieracz” płyty. W pamięci się raczej nie zapisuje. Ale zdecydowanie robi to drugi utwór. Najlepszy na płycie jak dla mnie „The Legend of Alexander”. Tu jest wszystko! Dialog na wstępie utworu po którym następuje melodia grana na skrzypcach, po niej solówka, a potem dopiero wchodzi wokal, zawodzący o czynach Aleksandra Wielkiego dokonanych na ziemiach Persów. I wspaniały refren. Podniosły. Majestatyczny. Melodyjny. Bardzo w stylu niemieckiego power metalu. Solówka. Inna niż cały utwór. Spokojna, stonowana, nieprzekombinowana, a jednak mimo swej inności idealnie pasująca do utworu. To co mogłoby wydawać się anomalią, stało się godnym uwagi zabiegiem. Trzeci utwór noszący tytuł „Rise Up”, bardzo mocno kojarzy się z Manowar z czasów „Louder Than Hell” albo „Fighting the World”. Utwór gęsty, szybki, melodyjny, mający na celu podnieść na duchu. Utrzymany w dobrym guście, bez cukierków i lukru. Następujący po tym utwór „Shine” to idealny materiał na hit radiowy. Co mam im trochę za złe, bo narobili mi smaka na majestat, jaki wprowadzili w czasie „The Legend of Alexander”. A tutaj dostajemy szlagier w stylu Scorpions (nie zrozumcie mnie źle, kocham Scorpions!), melodyjny, niezobowiązujący, krótki, bardzo chwytliwy i śpiewny. Ot dobry kawałek, nie wymagający za wiele od słuchacza. A co jeśli słuchacz wymaga sam z Siebie? No właśnie. Następny utwór „The Last Cosmonaut” to moim zdaniem najsłabszy punkt płyty, chciałoby się rzec pięta achillesowa. Operowy utwór? Serio? Przy 4 poprzednich, machnąć się na coś TAKIEGO? To się aż prosi o pomstę do nieba. Najgorsze jest to, że utwór ma piękne gitarowe intro i naprawdę zapowiada dobry kawałek. Jednak stare powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce”, nie ulega przedawnieniu. Żeby jeszcze wokalistka miała głos jak Doro. To nie. Co ona tu w ogóle robi?

Dobra lecimy dalej. Razem z utworem „No Fear” wracamy do normalności i to takiej w mocno amerykańskim stylu. Pobrzmiewa tu Warrant i Skid Row. Może jestem przewrażliwiony, ale to się po prostu poznaje. Wiecie tę energię i impet połączone z cukierkowością i naiwną melodyjnością. Ale jest w tym coś fajnego! Miło się tego słucha, nawet jeśli trochę to krępuje. A przyznajcie się, słuchacie pewnie kilku kapel, które w sumie wam się podobają, ale kumplom nie powiedziecie. Spokojnie, każdy tak ma. Jeśli ktoś z kolei lubi gdy metal spotyka muzykę orientalną, to odsyłam do numeru siódmego na płycie, zatytułowanego (nie zgadniecie…) „Porphyra”. Jest to jeden z tych utwór do których nie można się przyczepić, ale też nie można jakoś specjalnie ich wyróżnić. Z jednej strony mamy tu rytmiczne, metalowe zwrotki, a z drugiej podniosły, acz łagodny refren oparty na wielogłosie. Towarzyszy mu zresztą przyjemna gitarowa melodyjka, również utrzymana w orientalnej aurze. Wszystko to oparte na „barokowym” kiczu, nadmiarze nachalności i na siłę wprowadzanym przepychu. W pełni rozumiem tych, którzy powiedzą, że to numer robiony na siłę. Ale zrozumiem też tych, którzy pochwalą go za różnorodność. Bo trzeba pamiętać, że taki też ten utwór jest. Fajna sprawa jest z utworem ósmym – „Out of Reach”. To chyba najbardziej heavy metalowy numer na płycie. Oczywiście, niektórych może drażnić, przesłodzone, akustyczne przejście, ale hej! Ta płyta to nie death metal, tu musi być trochę słodyczy. Ale trochę. Bardzo mocno podkreślam. TROCHĘ.

No i ostatni utwór. Dziewiąty. O tytule prawie tak długim jak on sam – „998 AD – In The Time of Basil II Emperor of Byzantium”. Utwór długi, 10 minutowy. I bardzo zróżnicowany. Akustyczne intro, z akompaniamentem skrzypiec i podkreślonej gitary basowe. Monolog prowadzony przez dumny, kobiecy głos, przejście na agresywny, metalowy riff i mocne wejście perkusji. Niestety w moim odczuciu narastający patos niszczy zwrotka, no nijak tu nie pasuje, znowu Porphyra uderzyła tą swoją słodkością, ale przynajmniej dała do niej orientalną nutkę. Sytuacji wcale nie zmienia nadejście kobiecego głosu, który zresztą miesza się przez większą część kawałka z mniej lub bardziej podniosłymi akcentami z wokalem męskim. Aż wchodzi solówka. I to naprawdę dobra! Mega pozytywny akcent w ciągu całego utworu. Ale znów gdy człowiek chciałby chociaż to pochwalić w pełni, to nie. Jest krótka. Za krótka. Te 20 sekund dodatkowych naprawdę by nikogo nie zabiły. Ale kapela ma chyba inne zdanie na ten temat.

www.youtube.com/watch?v=aJ3eFj2F8MI

 

Ufff,  namęczyłem się z tą płytą. Jak pisałem we wstępie, jest ona bardzo skrajna. Ni to dobrze, ni źle, dla mnie dobrze, bo widać, że kapela się starała. Ale z drugiej strony, przesadzali momentami. Przerost formy nad treścią to największy problem tego wydawnictwa. Z resztą, pewnie wielu z was nasunie się myśl, że płyta była robiona pod kątem wystąpienia teatralnego. Jeśli będziecie mieli takie wrażenie, to zróbcie jedno. Poczytajcie trochę o Porphyra i skonfrontujcie to z własnymi przemyśleniami. Ja tymczasem daję im 6-7/ 10. Dobra, niech będzie 7/10, bo to ich debiut, dam fory, niech stracę. Ta płyta jest tak bezpieczna jak tylko może. Z jednej strony ani to wybitne odkrycie, a z drugiej nie posądzi się (chyba….) słuchacza o muzyczne „pedalstwo”. Jest to przyjemna muzyka. Zbyt przyjemna….niczego się od nas nie wymaga….trochę to drażniące.

http://porphyraband.com

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *