Dwudniowy spęd w Goleniowie to kolejne w naszym kraju podejście do stworzenia letniego festiwalu z prawdziwego zdarzenia. Podziwiając zapał i ambicje organizatorów, ochoczo włączyliśmy się w promocję. Przed wyjazdem nie wiedzieliśmy jednak, czego się spodziewać. Na wszelki wypadek nie spodziewaliśmy się niczego.

Piątkowe popołudnie, upał już zelżał. Przybyliśmy do Goleniowskiego Parku Przemysłowego trochę spóźnieni, ale w sam raz by rozbić obozowisko i przeprowadzić jedyny tego dnia wywiad. Na małej scenie, obok której przyszło nam biwakować, grał akurat jakiś przeraźliwie słaby czeski zespół. Grali tylko dla siebie, nikogo to nie interesowało. Nienajlepszym było to prognostykiem przed dniem drugim w tym samym miejscu.

Obejście terenu pozwoliło wychwycić mocne i słabe punkty lokalizacji. Dużo miejsca, świetny backstage, strefa żarełkowa i strefa alko, czyste kibelki i… a gdzie prysznice? Okazało się, że brak. Minus. Metaluchy tym się różnią od brudstokowiczów, że nie lubią capić w 30-stopniowym upale.

Na szczęście duża i głośna scena główna robiła odpowiednie wrażenie. Zwłaszcza, gdy zainstalowali się niej Niemcy z Primal Fear. Niedawno wrócił do nich współzałożyciel, Tom Naumann, mieli więc jeszcze więcej energii i radości z grania, niż uprzednio. Znakomity występ. Po nich scenę szykowano dla Behemotha, więc oddaliłem się w celach konsumpcyjnych. Sam występ zaś obserwowałem z bezpiecznej odległości. Było jak zwykle. Fani musieli się dobrze bawić, ja zaś czekałem na gwiazdę wieczoru, czyli…

Candlemass. Szwedzi, którzy przed rokiem zawładnęli Brutal Assault, tu zaliczyli odrobinę mniej udany występ. Bardzo dobry, ale nie genialny. Być może to efekt kolejnej zmiany w składzie. Zastępczego (z powodu choroby Leifa Edlinga) basistę zmienił kolejny zastępca. Nic to, fenomenalne kawałki mistrzów heavy/doom metalu robiły niesamowitą robotę. Śpiewając pod sceną i machając kufelkiem, oblałem się piwem kilkakrotnie i wyglądałem niczym menel. Niska to cena za uczestnictwo w doomowych misteriach.

Po koncercie – tańce, hulanka, swawola. Ilu znajomych, a było ich sporo, tyle wychylonych kubków piwka. Wreszcie, około godziny 3, ostatnie zombiaki przybrały pozycję horyzontalną.

Poranek był ciężki, bo już o 7:15 temperatura w namiotach wynosiła jakieś 40 stopni Celsjusza. Wyniósłszy materac do przedsionka, ukradłem Heliosowi dobre 3 godziny. Po rytualnych ablucjach nadszedł czas na przygotowania do otwarcia małej sceny. Miast w południe, ruszyła o 13.40. Efekt? Na próbie dźwięku było sporo ludzi, którzy następnie udali się do centrum w celu oglądania meczu Polska – Szwajcaria. Gdy Deathinition zaczynało właściwy koncert, nieliczni ludziska chronili się pod parasolami. Upał był niemożebny! Czterdziestominutowa dawka energetycznego thrashu rozbujała grupkę pod sceną. Po nich na scenie zainstalował się niezwykle liczny Merkfolk. Sympatyczna ekipa, ale ich muza wygnała mnie na obiad. Cepeliozy nie trawię. W międzyczasie pogoda zmieniła się diametralnie. Pociemniało i  Divine Weep powitała ulewa i wichura. Świetny heavy/power metal białostocczan słuchać dało się tylko pod dachem, w efekcie pod sceną znów garstka. Następnie na deski wkroczyła Rockasta. Zespół charyzmatycznego… akordeonisty. Pozostali muzycy stanowili tylko tło do popisów Przemka Nowaka. Co ten gość wyczynia, głowa mała. Zupełnie niemetalowy instrument wykorzystuje arcyciekawie.

Przy wciąż nieciekawej aurze ruszył koncert Chainsaw na dużej scenie. Chcąc zobaczyć bydgoszczan, musiałem odpuścić opóźniający się występ Exlibris. Efekt mego niezdecydowania? Ci drudzy jeszcze nie zaczęli, gdy pierwsi skończyli. Trudno, dotarłem na maltański Forsaken. Klasyczny doom, który na wielkiej scenie traci jednak część magii.

Bardzo ciekaw byłem koncertu wschodzącej gwiazdy heavy metalu, Night Demon. Trio, dowodzone przez śpiewającego basistę Jarvisa Leatherby, zagrało porywająco. Ich muza, głęboko zakorzeniona w latach 70-tych, kojarzy się z NWOBHM. Na scenie bawili się świetnie, publika kupiła ich od razu.

Ludzi przybywało. Kolejny zespół w swej 42-letniej karierze nigdy dotąd w Polsce nie grał. Raven! Bracia Gallagher (ci właściwi!) wraz z Joe Hasselvanderem udowodnili, że tylko oni wykonywać mogą Athletic Rock. Po zejściu ze sceny wyglądali jak wyczynowi sportowcy po morderczych zawodach. Choć nigdy nie dorobili się wielkich hitów, zaprezentowali mnóstwo wyśmienitych kawałków. Heavy metal!

Przerwa po Raven była nieco dłuższa (w tym czasie miałem okazję porozmawiać z Biffem Byfordem, wywiad wkrótce!), nadchodziła bowiem pora na gwiazdę festiwalu. Brytyjska legenda, Saxon, wyszła na scenę i zawładnęła publiką. Chóralne śpiewy i totalne szaleństwo. Biff w znakomitej formie. Nie tylko śpiewał, starał się być wszędzie. Reakcja ludzi tak mu przypadła do gustu, że postanowił ją… nagrać. Nie mogło zabraknąć „Broken Heroes”, czyli wielkiego przeboju z 1986 roku, gdy Angole pierwszy raz odwiedzili nasz kraj. Niezapomniane wrażenia.

Koniec występu gwiazd nie oznaczał końca imprezy, bowiem czekały mnie jeszcze wywiady z ekipami Raven i Night Demon. Okazali się mili, gadatliwi i rozrywkowi. Czyli w sumie norma. Nabzdyczonych buców na scenie klasycznego metalu nie ma zbyt wielu i oby tak pozostało.

Koniec! Pora się zwijać. Spośród wszystkich ludzi, z którymi miałem okazję rozmawiać, deklaracja ponownego przyjazdu do Goleniowa padała każdorazowo. Każdy też ma zamiar namówić na wyprawę kolejnych uczestników. Było bowiem bardzo dobrze z minusem. Duża scena, dobór gwiazd, obsługa prasy – nie mam pytań. Mała scena potraktowana trochę po macoszemu, brak pryszniców i niezwalczona plaga kleszczy – za to minus. Są to jednak kłopoty, z którymi organizatorzy powinni sobie poradzić. Udały im się znacznie większe sprawy. Wielkie brawa za to!

Vlad Nowajczyk

Zdjęcia: VSpectrum (więcej na http://vspectrum.blogspot.com)

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *