W zeszłym roku na półki sklepowe trafiła debiutancka płyta Speculum, supergrupy współtworzonej przez Badheda, Kiwiego i Montera z Creamaster, Dr. Yry, oraz Brata Figo, czyli Piotra Połacia. Mimo tego, że grupa otrzymała nagrodę dla „Najlepszego Zespołu Świata” (a przynajmniej tak mówią -statuetka podobno gdzieś się zapodziała), krążek nie cieszył się popularnością, na jaką zasłużył.

Z Piotrem Połaciem, frontmanem jednego z najpopularniejszych polskich zespołów, czyli post metalowej grupy Bracia Figo Fagot, a zarazem wokalistą Speculum, spotkaliśmy się w mieszkaniu jego dobrego kolegi, gdzie rozmawialiśmy przez bite cztery godziny, popijając przy tym piwko i słuchając ulubionej muzyki Piotra. Atmosfera była bardzo luźna i nie wszystko możemy wam przekazać, ale i tak jest ostro i po bandzie.

Dlaczego „polski rock” jest gówniany? Czy są w Polsce jakiekolwiek porządne media muzyczne? Dlaczego Piotr bronił Behemotha podczas tzw. krucjaty różańcowej? Czy młode zespoły mają jakieś szanse aby się przebić? Dlaczego Metallica skończyła się na „Master Of Puppets”, a Megadeth na „Rust In Peace”? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi znajdziecie poniżej. Zapraszamy!

bff_czyzynalia_990px-0350

HeavyRock: Podobno Bracia Figo Fagot to najbardziej punkowy zespół w Polsce.

Piotr Połać: To chyba powiedział nasz wydawca, Sławek Pietrzak. Coś w tym jest. Undergroundowy jest na pewno, bo nie puszczają nas w żadnych „oficjalnych” mediach – skupia też dużo młodych ludzi, którzy chcą się wywrzeszczeć. Wiecie, jest też takie coś, że Polacy są już sfrustrowani konwencją – masz radio, telewizję i okazuje się, że nawet w tych najbardziej wyluzowanych stacjach nie możesz powiedzieć słowa ”dupa”, nie możesz przekląć – a przecież ludzie tak rozmawiają. Ludzie używają słów „kurwa”, „spierdalaj”. Przecież vulgaris znaczy powszechne. Mało tego, wulgaryzm w języku polskim nie jest błędem, on jest jakby jego funkcją. Mi się wydaje, że wszyscy mają już dość takiego nadęcia, tej formy, że jest dziennikarz, on przeprowadza wywiad z artystą czy kimkolwiek innym i okazuje się, ze nie mogą rozmawiać swoim językiem. Bo jest język, którym się posługujemy i jest język, który jest jak gdyby przyjęty w tej publicznej sferze. I wszyscy wiedzą, że jest to jedna wielka ściema. BFF dlatego jest taki punkowy, bo jest bardzo bezpośredni w swoim przekazie, a zespoły w Polsce boją się tego, bo wiedzą, że nie będą pokazywane w telewizji czy puszczane w radio.

Albo idziesz drogą taką, że chcesz mieć szacunek ludzi piwnicy, albo idziesz drogą jak zespół Video – nagrywasz muzykę, która wiadomo, że się sprzeda. To znaczy sprzeda… Przecież nikt tego, kurwa, nie słucha, ale chodzi o to, ze opierdolisz to do iluś tam stacji radiowych, potem w kwietniu to wrzucisz, przychodzi czerwiec, lipiec, sierpień – dni miast są twoje. To jest chyba największy problem polskiego rynku i nie chodzi o kwestie kolesiostwa, bo ono zawsze występuje, ale to kolesiostwo może być na jakimś poziomie albo na totalnym dnie. Wydaje mi się, że my w Polsce sięgamy poziomu dna, w którym w ogóle nie interesuje nas, co jest grane. Masz znajomości, to będziesz w TV i radiu, ale najlepiej, gdy nie grasz zbyt dobrze. Bo co – ty chcesz się wykazać, chcesz podskoczyć wyżej? To jest smutne.

Co robiłeś przed Kalibrem 200volt, czyli przed serialem, z którego wywodzą się Bracia Figo Fagot?

Rozkręcałem scenę stonerową w Polsce. Miałem taki zespół – Hellbound. Bardzo mocno się wkręciłem, ponieważ Pantera była moją wielką miłością – potem pojawił się jeszcze Down, Superjoint Ritual. Nagle się okazało, że Philip Anselmo robił to od dawna – kiedy patrzysz na nagrywki Superjoint, to tam przecież jest rok 83., 89. – totalny odjazd. No i taką muzykę grałem. Wtedy na scenie królowali jeszcze Frontside i Corruption. Potem przestałem to robić, bo różne rzeczy wydarzyły się w moim życiu – zresztą był taki koncert w Milanówku, który mocno dał mi do myślenia. Dla mnie w takiej muzyce najważniejsze było przekazywanie emocji. Graliśmy bardzo agresywnie, a ja ze sceny sporo tej agresji przekazywałem i zawsze były jakieś awantury – nasz ostatni koncert w Milanówku był taki, że nie wiem, czy jeden chłop nie zginął… Połamali ręce kilku osobom, policja zamknęła ulicę z dwóch stron, przyjechały ze cztery karetki. I to jest taki moment, kiedy zaczynasz myśleć, jaki jest ten kop energetyczny, który dajesz. W sztuce odwołujesz się do jakiegoś tam instynktu. I chyba właśnie wtedy to, co tworzysz, staje się sztuką – kiedy działasz na jakiś bodziec, kiedy uda ci się wpłynąć na jakąś ludzką emocję. A ponieważ agresja jest taką naturalną, prostą emocją, wydaje się, że jest to łatwe do osiągnięcia, a jednocześnie czasami mocno destrukcyjne.

Kiedy poznaliście się z Bartkiem Walaszkiem?

To był jakiś koncert – on grał w TPN 25, a ja w W Jednym Stali Domu oraz Nunczakach Orientu – rok 2002 lub 2003.

Utrzymujesz się teraz z Braci Figo Fagot?

Tak. BFF to jest duży zespół wbrew pozorom. Zabukowane największe kluby, wszystkie bilety wyprzedane. To już jest samograj, instytucja. Myślę, że można nas pod tym względem spokojnie porównywać do T. Love czy Kultu.

Broniłeś Behemotha, HeavyRock również przyłączył się do swego rodzaju protestu, za który nam się nieźle oberwało. Chodzi o tę krucjatę różańcową. Jak tę sytuację odniesiesz do wspomnianej agresji, do tego, że muzyka może kogoś popchnąć do czegoś?

Behemoth nie gra agresywnej muzyki. Sprzeciwiłem się, bo ten protest był kwestią czysto biznesową. Ci ludzie nawet na te jebane koncerty nie chodzą, ale blokują innym możliwość zarabiania kasy. Niektórzy chyba nie zdają sobie sprawy z tego, że jest taka grupa ludzi, jak muzycy, którzy w ten sposób się utrzymują i jeżeli ty zablokujesz taki koncert, bo ci się nudzi, a w życiu byś na niego nie poszedł, to odbierasz tym ludziom pieniądze. Przecież nikt nie zmusza do słuchania Behemoth, bo – nie oszukujmy się – kto tego słucha? Babka głucha. To jest niszowa muzyka. I kiedy prywatny właściciel zgadza się na prywatny koncert, to niech tam, kurwa, będzie cokolwiek. 18-letni ludzie wydają własne pieniądze, przychodzą i w czym problem? Co ty, kurwa, debilem jesteś? Ubezwłasnowolniony jesteś? Należysz do kółka różańcowego i idziesz sobie kupić bilet na Behemoth? Kiedy nie grasz imprezy państwowej, to wara od tego, co tam się dzieje; powiem więcej – według mnie również na imprezie państwowej powinno być „wara od tego”. Inna sprawa, że Behemoth wcale nie jest aż tak bardzo bluźnierczym zespołem – chłopaki jeździli w trasy z wizerunkowo znacznie ostrzejszymi bandami, jak np. Watain. Czy ktoś protestował, kiedy grał Watain?

Wy z BFF również mieliście sporo kłopotów, byliście nawet przesłuchiwani w prokuraturze. Pamiętasz tę rozmowę?

Utkwiło mi w pamięci super pytanie pani prokurator: „No, tak teraz o panu głośno, dziennikarze przyjeżdżają… To chyba fajne jest?” A ja jej powiedziałem: „No jasne. Świetnie jest być ogłoszonym na całą Polskę neonazistą i rasistą”.

Słuchasz czegoś z polskiej sceny rockowo-metalowej?

Przede wszystkim black metalu. Kriegsmachine – znakomita sprawa. Jest też Odraza, jest Mgła – kilka ciekawych rzeczy się u nas dzieje, ale generalnie jakimś wielkim fanem polskiej muzyki nie jestem.

Czyli podziemie. A mainstream? Behemoth?

Behemoth mi akurat nie bardzo pasuje, ale zdecydowanie nie można ich zaliczyć do mainstreamu… W Polsce nie ma mainstreamowej muzyki.

Taka np. Luxtorpeda nie jest mainstreamowa?

Nie i nie jest dobra. Smutne jest to, że są jakieś takie trendy lansowane. Ostatnio z BFF jeździli finaliści Must be the Music – Fairy Tale Show. To bardzo miłe chłopaki, ale nie rozumiem, jak można grać taką tanią wersję Arctic Monkeys. Po co? W Polsce nie ma pomysłu, aby zagrać coś swojego, żeby dać jakąś energię

Żeby nie patrzeć na Zachód…

Oczywiście. Niby mamy jakąś taką scenę – tzw. „polski rock”, twór nie do słuchania kompletnie – rzeczy typu Perfect, Video, Rh+, Łzy – wszystko to co leci w RMF-ie . To coś niesłychanego… Te dźwięki pozestawiane kompletnie z dupy ze sobą, trochę jakiegoś folku, chuj wie czego…

Jakieś konkretne przykłady?

Cokolwiek, te wszystkie zespoły typu Golden Life, Chemia, One. Ja nie mówię, że muzyka musi być trudna, ale tu masz trzy podstawowe akordy i pierdolenie nie wiadomo o czym. Ja się czasami tak śmieję, że w tych polskich piosenkach powinny być jakieś strasznie neonazistowskie teksty, bo przecież nikt by się nie zorientował: „Lalalala kocham dziewczynę swoją, a ona mnie, jebać Żydów!” I to by pewnie przeszło, bo nikt tych tekstów nie słucha. Ja na przykład się kompletnie wyłączam jak słyszę taką muzykę, bo wiem, że oni mi nic ciekawego nie powiedzą.

W Polsce nie ma takiej energii, jak na przykład w Szwecji, gdzie zaczęła się ta cała scena retro rocka – mniej więcej od Graveyard w 2005 r. Nie ma pragnienia, żeby zaproponować coś światu. A przecież mieliśmy dawniej zespoły z takimi aspiracjami – SBB, jakieś stare post-punkowe kapele czy np. Krzycz czy Siekiera, bardzo interesująca muza. Dziwny jest ten rynek muzyczny w Polsce… Zauważcie, że bardzo popularne u nas jest Pink Floyd…

To przez komunizm i Trójkę chyba.

Dobra, ale skoro to jest popularne, to dlaczego nikt tak nie gra? Dlaczego nikt nie uznał, że chciałby coś podobnego robić? Dlaczego wolą zagrać „Każde pokolenie ma własny czas”? Kurwa, co to jest za melodia z kosmosu w ogóle.

I jeszcze grają to z playbacku.

To już jest wtedy opcja na 100 % – gram gówno i gram z playbacku. Chociaż grałem z nimi ostatnio na dniach miasta i grali 100% live więc szacun.

Jaką rolę w tym wszystkim odgrywają polskie media muzyczne?

Ale jakie są media muzyczne w Polsce? Jest Noise Magazine, teraz wy przychodzicie… To się wszystko dopiero zaczyna. Jechałem kiedyś w jakąś trasę i wszedłem na stację benzynową, która miała salonik prasowy, a w nim było sześć gazet o bieganiu i ani jednej o muzyce. O co chodzi? Co jest takiego skomplikowanego i zajebistego w bieganiu, ze musi być aż sześć czasopism, które o nim traktują? Biegam, to po prostu biegnę. Porównajcie sobie polski Metal Hammer z niemieckim czy brytyjskim. Nasz to jest gazetka jak wiadomości wędkarskie, a niemiecki ma ze 3 cm grubości. Polski rynek jest dziwny… W Niemczech, Szwecji, Anglii, jeżeli jesteś muzykiem, który nawet nie jest gwiazdą, to grając od czwartku do niedzieli te 2000 euro zarobisz, bo po prostu zapłacą ci za to, że będziesz robił coś, co przyciąga ludzi do pubu. W Polsce nie ma takiej możliwości. Przyjeżdżasz i absolutna kapa. Albo jesteś gwiazdą, albo hobbystą.

Wy na Speculum zarabiacie?

Coś tam zarabiamy. Speculum miało kiepską promocję – MetalMind się nie popisał za bardzo, a jednocześnie debiutancki krążek był wydany w tym samym czasie, co „Discochłosta” BFF – było wiadomo, ze to zostanie nieco w cieniu. Ja tego zespołu nie przekreślam, bo to jest po prostu dobra muzyka – przyzwoity, zagrany z jajem rock and roll. Powstanie nowa płyta i również taka będzie.

Macie już napisane jakieś kawałki na tę płytę?

Chłopaki mają. Zresztą w środę (dwa dni po naszym spotkaniu – przyp. red.) nagrywamy kawałek z Kazikiem. Krążek ukaże się w październiku i zatytułowany będzie „Gdzie Jest Twoje Królestwo?”. Idziemy bardziej w klimaty noise’owe – Killing Joke, jeszcze więcej ściany gitarowej, te sprawy. Ta płyta będzie spokojniejsza, jeśli chodzi o kwestie wokalne – nie będzie czegoś takiego, jak na „Brak CD”, czyli np. ‚Święconka’ zaśpiewana normalnym głosem, a ‚Polska B’ wysokim, heavy metalowym wręcz. Będzie jeden ustalony wokal. To sprawi, że płyta stanie się cięższa. Jeśli chodzi o teksty, to będą one jeszcze bardziej pesymistyczne.
Nie wiem zresztą w jaką stronę pójdą chłopaki – ja na nowej płycie nie wystąpię. Ale materiał słyszałem – jest dobrze.

kazik

W tekstach nadal będą w nich odwołania do polskiego społeczeństwa?

Teksty bardziej będą odnosiły się do natury ludzkiej, do tych demonów, które w nas siedzą i popychają nas do robienia różnych rzeczy. Tak przynajmniej planowałem, a teraz nie wiem – Krzysiek Radzimski jest sprawnym tekściarzem. Myślę, że będzie dobrze.

Brzmi interesująco. Dobrze, że nadal coś kombinujecie, bo niewiele jest w Polsce zespołów grających bez zadęcia i patosu, podchodzących do rocka z dystansem.

Zabawne jest to, że dostajesz łomot, kiedy nagrywasz płytę rockową z luźnymi tekstami. Chociaż te teksty w Speculum wcale takie luźne nie są. Dotykają głębszych problemów i mają drugie dno – są przygnębiające generalnie. Często spotykałem się z jakimiś dziennikarzami i oni mi mówili: „Nie możesz tak grać rocka w Polsce”. ”Dlaczego?” „Bo to nie jest godne”. A ja im mówię: Ale czy rock to jest coś godnego? To jest muzyka do kotleta, ja pierdolę, chłopie, grają sobie faceci na gitarach i tyle. Posłuchaj sobie tekstów Faith No More, Red Hot Chilli Peppers czy Primus, gdzie chłopaki robią sobie jaja – coś ich rozbawiło, to sobie o tym napisali piosenkę. A tu się nagle okazuje, ze w Polsce rock and roll to musi być walka o niepodległość, Smoleńsk, że musisz być mędrcem, że musisz mówić młodzieży, co ona ma robić, a to nie o to chyba chodzi.

Tym bardziej mnie dziwi, kiedy ci sami redaktorzy puszczają w radio utwory RHCP czy Faith No More, skoro Patton przecież sam mówił, kiedy ktoś w Ameryce zarzucił mu, że jego teksty są bez sensu, że dla niego zgłoski są jedynie dźwiękami. On przede wszystkim robi linię melodyczną, a teksty pisze po to, żeby mu zagrały dźwięki, żeby fraza się zgadzała, a nie żeby to miało sens. On nie jest żadnym mędrcem czy filozofem. To chyba taka polska specyfika. Zresztą zauważcie, że kiedy pójdziecie do studia, aby nagrywać muzykę, to realizator od wokalisty wymaga przede wszystkim przejrzystości wokalu. Co ja, kurwa, Krystynę Prońko śpiewam? Przecież jak posłuchasz kawałków Pattona, to tam nie zrozumiesz praktycznie nic, bełkot. U nas jest jakiś taki dziwaczny puryzm, że ma być wszystko czytelne, łącznie z growlami i screamami. Ja najbardziej lubię nagrywać w Hertzu u braci Wiesławskich, bo tam najważniejsze jest to, czy „siądzie”. Po prostu. Generalnie, przy pierwszym przesłuchaniu piosenki i tak nie będziesz się skupiał na tekście, zwłaszcza w przypadku rocka. To hip-hop jest niby od tego, aby robić tzw. przekaz.

Jak wygląda proces pisania numerów w Speculum? Spotykacie się na próbach, czy każdy osobno coś dłubie?

Robimy to zdalnie, co bardzo mi się podoba, bo w wielu zespołach mam tak, że poza melodią wokalną muszę jeszcze napisać muzykę , a w tym przypadku w ogóle w to nie ingeruję. Dostaję muzykę i mam napisać linie wokalne oraz tekst. To jest bardzo wygodne. Na pierwszej płycie i kawałku z Kazikiem zawsze robiliśmy to wspólnie z Krzysztofem.

Masz jakiś problem z tym, że ludzie ściągają twoją muzykę z internetu?

Żadnego.

Sam ściągasz?

Nie, ja kupuję. Ale to nie wynika z tego, że jestem jakimś prawnym zboczeńcem. Ja po prostu lubię mieć, jestem z tej grupy, powiedzmy, melomanów-kolekcjonerów – chcę posiadać, w sensie fizycznym, muzykę, która mnie interesuje.

Ale z drugiej strony – nowe Faith No More oficjalnie ukaże się w połowie maja, a płyty można posłuchać już od dwóch tygodni (rozmowa odbywała się pod koniec kwietnia – przyp. red.).

No właśnie. Bardzo dobrze, że ta płyta wyciekła, bo teraz wiem, że jest tak chujowa, że nie muszę jej kupować. Jeżeli czekasz na album 20 lat, to ten album mógłby być dobry. A ten kawałek z początkiem „Go, go, go, go, go, go”…

‚Superhero’.

Nie rozumiem tego kompletnie. Po co to tam jest zrobione? Słyszę tam coś takiego: „A no wiesz, to nagraj… Zróbmy coś, będzie hajs”. Jeżeli 20 lat czegoś nie robisz, to mógłbyś zrobić coś w porządku. Kawałek ‚Superhero’ to według mnie gówno.
Tym bardziej, że Patton nagrał masę zajebistych projektów. Mr. Bungle na przykład.

„California” to jedna z moich ukochanych płyt. Ever. Natomiast nigdy nie jest dobrze, kiedy robisz coś na siłę, a z tego co słyszałem – bo nie znam jeszcze całej płyty – to ten nowy Faith No More jest strasznie na siłę zrobiony. Brakuje flow. Porównajcie sobie ‚Superhero’ z ‚Evidence’.

Inna liga.

Zespół, który wychodzi z klasą z takich sytuacji, to np. Killing Joke. Nagrywają płytę raz na 10 lat i zawsze jest to dobry materiał. Nic na siłę. Są takie zespoły, które nie muszą już płyt wydawać i Faith No More takim właśnie zespołem jest. Patton powiedział kiedyś: „Nagrywam płytę wtedy, kiedy nic mi się nie podoba.” To dobre podejście. Kiedy słucham muzyki, to nie muszę nagrywać płyt i jestem zadowolony. A kiedy jestem wkurwiony, bo nic mi się nie podoba, to chciałbym coś nagrać.

Jakiś udany powrót z ostatnich lat?

Black Sabbath. „13” to wyśmienita płyta. Oni nie musieli tego robić. Kiedy Black Sabbath w tym składzie rusza w trasę, to są sold outy od razu. Bilet na koncert w Łodzi dostałem tylko dzięki temu, że jestem w miarę popularnym muzykiem, bo po dwóch godzinach wszystko było już wyprzedane.
Z takich powrotów, to chyba AC/DC coś tam wydało, ale ja tego zespołu nie lubię, nie szanuję, dla mnie to jest hamburger. Podobnie Judas Priest – nie lubię tego zespołu po prostu. „Jebcie mnie w dupę, przyjaciele”. Może dla kogoś, kto jest fanem heavy metalu, ten nowy krążek jest dobry – dla mnie nie. O niemieckim Ascension nie można chyba mówić jak o powrocie, bo to są chłopaki, którzy nagrywają po prostu rzadko, ale robią to rewelacyjnie.

Jaki zespół, który nagrywa od wielu lat, który lubisz od wielu lat, trzyma według ciebie fason, zarówno na płytach, jak i na koncertach?

Nie zespół, ale osoba – Philip Anselmo, jako instytucja. Anselmo Illegalls bardzo mi się podoba. Informację o tym, że Superjoint Ritual znów będzie koncertował, przyjmuję z największą aprobatą. Czekam również na nowy Crowbar – ta poprzednia płyta była świetna. A jeśli chodzi o coś, co chciałbym, żeby powstało, to na pewno solowa płyta Karla Sandersa. „Saurian Meditation” była zajebista i kompletnie odmienna, od tego co robi z Nile. A jeżeli death metal jest wymierającym gatunkiem, to Nile jest tam jedynym zespołem, który trzyma jakiś poziom. A super sprawa to także solowa płyta wokalisty Sleep – on robi takie rzeczy w stylu Marka Lanegana.

Rozmawialiśmy o stonerze, teraz wspomniałeś Lanegana… Co sądzisz o Joshu Homme?

To jest taki bardziej komercyjny stoner.

Mówisz o Queens Of The Stone Age?

Kyuss również. Z takich stonerowych rzeczy, które mi się podobają, to Electric Wizard i Mastodon. Chociaż tych drugich trudno jednoznacznie zaszufladkować. Moja ulubiona płyta to „Blood Mountain”.

Nowa również zajebista.

Piosenkowa bardziej.

Ta płyta to jest to, czym miało być „The Hunter”.

Dokładnie, te dwa ostatnie albumy są bardzo podobne, generalnie takie piosenkowe opcje. A wracając do „Blood Mountain” – to jest trochę coś takiego, jak w moim przypadku – jestem już stary i wiem, co chciałbym zagrać. I oni też zagrali będąc dojrzałymi mężczyznami, nie chłopcami. Podoba mi się to, że nie ma takiego paradygmatu, że tylko piękni i młodzi 18- latkowie osiągają sukces.

A gdzie widzisz szansę dla młodych zespołów, takich, które dopiero próbują się przebić?

Nie widzę w ogóle. W Polsce musi zrobić się tzw. scena, czyli coś, czego u nas nie ma tak na dobrą sprawę. No bo co masz za scenę w Polsce? Black metalową? Poszarpaną, szczującą się nawzajem i lansującą kolegów? Nie ma koalicji, takiego wzajemnego wspierania się. Wydaje mi się, że nie ma też tradycji grania. W Polsce jest naprawdę zły klimat dla muzyki. Właściciel klubu czy pubu nie rozumie tego, że zagrasz w tym jego przybytku w piątek wieczorem i… wiecie, 500 zł to nie jest dużo pieniędzy. Kiedy sobie policzysz piątek, sobota, niedziela po 500 zł – zespół jest zadowolony, a klub nic nie stracił. Oni tego nie rozumieją. „Nie jesteś znany, to spierdalaj”. To jest głupota przecież. Brak jakiegoś takiego poszanowania. To się zresztą przejawia często – brak poszanowania dla pracy architektów na przykład. Więcej jesteś w stanie zapłacić parkieciarzowi, który ci ułoży parkiet, bo tego sam nie umiesz zrobić, niż kolesiowi, który zaprojektuje ten parkiet. To jest takie trochę polskie myślenie. Nie powinno być grania za darmo, trzeba tym ludziom płacić. Sam mam kolegów z Niemiec, ze Szwecji, z Norwegii, którzy mają zespoły grające „po piwnicach za pizzę”, ale oni za takie koncerty mają płacone po 500 euro. Na Zachodzie po prostu regułą jest, że jeśli grasz koncert, to dostaniesz za niego pieniądze.

Czego brakuje w polskim „muzycznym” internecie?

Dużych serwisów jedynie. Moim zdaniem łatwiej będzie w naszym kraju stworzyć dobry portal, niż pismo. Chociaż, paradoksalnie, również i to jest łatwe, ponieważ tych pism zwyczajnie nie ma. Chodzi o szukanie luk – kiedy znajdziesz jakąś niszę i ją wypełnisz, to masz sukces. Spójrzcie na Popka. Hip–hop jest w Polsce strasznie nadęty, taki „poważkowy”. Popek zrobił sobie hip–hop po prostu dla beki i wygrał tym internety.

Słyszałeś już nowy kawałek Slayera, „When the Stillness Comes”?

Jeszcze nie, ale podobno nie ma co tego słuchać.

Nie ma Jeffa.

No właśnie, a przecież Hanneman tam komponował głównie. Już dawno o tym rozmawialiśmy z chłopakami w różnych kręgach, że jak w końcu to się stanie i Jeff umrze, to będzie kapa, bo grać sobie może ktokolwiek, ale pisać nowe numery już nie do końca. Dla mnie – jeżeli w ogóle można klasyfikować Slayera jako thrash metal – 1986 rok to jest taka cezura trochę. Może jeszcze 88.. Na przykład płyty „God Hates Us All” słuchać nie mogę. Nie lubię jej. Niby spoko, ale to już nie to samo. Chociaż teraz trochę sram we własne gniazdo, bo razem ze Zbyszkiem Promińskim robimy pewien projekt i Matt Hyde (producent „God Hates Us All – przyp.red) będzie nam produkował tę płytę.

Co to za projekt?

Zbyszek Promiński na perkusji, Heinrich z Vesanii na basie i Piotrek Rutkowski na gitarze. Nic więcej nie powiem.

speculum

Ok. Zmieniając temat – co sądzisz o opiniach nt. Dave’a Mustaine’a. Niektórzy uważają, że jest zarozumiałym dupkiem, szczególnie w kontekście roszad w składzie Megadeth.

On jest teraz biznesmenem przede wszystkim. Ta jego autobiografia, którą napisał z Laydenem – bardzo fajna książka, w której ten facet mówi o tym, jak on to wszystko postrzega. Jest kierownikiem w swoim zespole i ja pięknie rozumiem sytuację Dave’a, który po „The System Has Failed” chciał wrócić do klasycznego składu, ale nie wyszło, bo się chłopcy o pieniądze pokłócili.

Podobnie jak teraz.

Ale wiecie… Dlaczego on ma im płacić nie wiadomo jaką kasę, skoro to on opłaca światła, transport i tak dalej. To on ich ściąga, on do nich dzwoni. W pewnym momencie kończy się rock and roll i musisz zastanowić się, co dalej, co z twoją przyszłością. Jeżeli masz w zespole taką bardziej kierowniczą funkcję, to nagle okazuje się, że musisz robić znacznie więcej, niż tylko pić wódę i ruchać dupy.

A propos biografii muzycznych. Czy jakieś jeszcze – oprócz tej Mustaine’a – rozjaśniły ci pewne sprawy, zrobiły na tobie wrażenie?

Trudno powiedzieć. Przeczytałem tamtą książkę, bo ja po prostu Megadeth bardzo lubię – jestem jedną z tych osób, które uważają, że Metallica nigdy nie powstała. Zresztą zobaczcie na moje ramię. A co do tych książek… Generalnie, niespecjalnie takie rzeczy lubię. Są chyba jeszcze trzy osoby, które miały na mnie duży wpływ i o których mógłbym ewentualnie poczytać – może i coś tam się ukazało, ale nie za bardzo bym po te pozycje sięgnął, bo istnieją bardziej wartościowe rzeczy do czytania, niż książka o jakimś kolesiu.

Kim są te trzy osoby?

Tom Waits, Mike Patton i David Sylvian.

A jako wokalista wzorujesz się na kimś?

Nie, nie. Są oczywiście ludzie, którzy mi bardzo imponują i to nie jest wcale kwestia rozpiętości skali głosu, bo – nie chwaląc się – mam ogromną rozpiętość i super śpiewam oraz growluję, więc nie mam kompleksów w tych kwestiach, ale podoba mi się na przykład wokal gościa z niemieckiej grupy Ascension – ma świetną barwę. Akerfeldt również.

Podobają ci się dwie ostatnie płyty Opeth?

Bardzo mi się podobają. „Heritage” jest trochę nudna, ale „Pale Communion” jest świetne. Na początku byłem zdania, że jest gorsza od „Heritage”, ale z czasem zyskała w moich oczach. Mam swoje zastrzeżenia – nie podoba mi się to wpierdalanie na siłę całej masy riffów, takiego trochę stułbiowania. Masz stułbię i ona tak te swoje wici wyciąga – oni robią tak samo. Nie mają pomysłu, jak połączyć dwa riffy, no to wezmą tam wpierdolą jakąś ciszę, ambient jakiś, chwilę tam sobie ten ich gitarzysta poplumka i następny riff.

A jak oceniasz ostatni krążek Megadeth? On spolaryzował dość mocno.

Kocham ten zespół miłością bezgraniczną do płyty „Rust In Peace”.

Nawet „Countdown To Extinction” się nie łapie?

Nie. Podoba mi się pierwszy kawałek – on jeszcze daje radę i ma swój stadionowy wydźwięk. No, jest tam jeszcze taki jeden utwór – strasznie amerykański, rockowy, z takim przekąsem. Lubię to jako taki eksperyment muzyczny, ale „Countdown To Extinction”, „Youthanasia” to już droga, która mnie nie interesuje. I nie ma to nic wspólnego z nawróceniem Mustaine’a, bo niektórzy tak tę zmianę tłumaczyli.

Nawrócił się 10 lat później.

Oczywiście. No, ale jakbym miał tak porównywać do Metalliki, to Mustaine upadł lepiej od nich.

Nie przepadasz za „Load” i „ReLoad”?

Dla mnie Metallika kończy się na „Master Of Puppets”.

Dość wcześnie.

Ale jednocześnie uważam, ze „Master Of Puppets” to jedna z najlepszych płyt thrashowych ever. Bez dwóch zdań. Ta płyta rekompensuje wszystko to, co zrobili później. Zresztą ja rozumiem dlaczego oni to zrobili. Show business potrzebował takiej gwiazdy rockowej – zauważcie, że natychmiast, jak Metallica złagodziła brzmienie, to zaraz za nimi pojawiły się takie gówna, jak Korn, Limp Bizkit – na których to tle Meta wypadała naprawdę nieźle. Ale te wcześniejsze płyty są znakomite i tego już nikt im nie odbierze. W latach 80. było coś takiego, jak ‚speed wars’ – im szybciej tym lepiej. Teraz, kiedy słuchasz sobie „Master Of Puppets”, to to jest strasznie wolne. Ostatnio siedzieliśmy z chłopakami, piliśmy wódę, graliśmy te kawałki i tak sobie mówimy: „To jest to, co nas tak jarało 20 lat temu? To jest to?” Zresztą 1986 to był zajebisty rok dla muzyki. Oprócz „Master Of Puppets” ukazała się wtedy „Reign in Blood” Slayera, czy „The Legacy” Testamentu – o której nieco mniej się mówi.

Wspominałes, że Patton to jeden z twoich ulubionych muzyków. Speculum nieco przypomina nam Faith No More. Podobne wibracje. Muzyka, którą trudno jakoś jednoznacznie określić, zaszufladkować, zrobiona „z jajem”.

Trochę w taką stronę uderzaliśmy, ale z drugiej strony chcieliśmy zrobić coś swojego – odgrywanie rzeczy, które już ktoś nagrał, jest bez sensu. To jest właśnie plaga europejskich kapel, które niestety muszą powielać brytyjskie, szwedzkie i amerykańskie patenty. Chcieliśmy zrobić coś innego. Cóż… Nie zostało to zrozumiane. Dla mnie największą satysfakcją jest to, że Wiesio Weiss napisał, iż jest to najlepsza płyta rockowa od dawien dawna i wielka szkoda, że nie będzie to krążek szerzej znany.

Jakieś płyty z 2015 r. które, zrobiły na tobie wrażenie?

Na pewno Ascension. Ich jest sześciu – to dużo jak na zespół black metalowy i to robi robotę. W dzisiejszych czasach w modzie jest „minimal”- maksymalnie dwóch.

Lubisz Gojirę?

Tak. Dwie pierwsze płyty to było jakieś, kurwa, olśnienie. Natomiast później chłopacy się trochę pogubili – „L’Enfant Sauvage” to totalne nieporozumienie. To podobna droga do tej, którą poszła Metallica, ale trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Behemoth, Cannibal Corpse czy Carcass to są zespoły znane na całym świecie, ale tak na dobrą sprawę to niszowa muzyka. Sukces to odniósł George Michael albo Muse. Kiedy robisz to, co zrobiła Gojira, zagrałeś kilka razy na Hellfescie, to nie rób teraz płyty rockowej, bo jesteś nikim. Te 60 tysięcy na Hellfeście to są wszyscy Europejczycy, którzy chcieli tu przyjechać. I nie nagrywaj nagle płyty rockowej, bo się robisz śmieszny dla swojej publiczności, a nic nie osiągniesz. Idzie ci dobrze w metalu, to graj tę muzykę, nie idź w pop.

Teraz grają na Impakcie.

Razem z zespołem One!

Zespół One?

Nie znacie? To jest piękna sprawa, kochani. Są w Polsce takie zespoły, gdzie bogaci chłopcy wykorzystują swoje koneksje żeby grać. Na przykład Chemia czy One. Teraz wzięli wokalistę Golden Life i udało im się załapać na Impact.

Polski rock pełną gębą.

A o Comie co sądzisz?

Podobnie jak Kat, mają sznyt do grafomaństwa. Ale Kat akurat uwielbiam. Zresztą z Romkiem Kostrzewskim przypomina się fajna anegdota. Przyjechał na Metalfest – a ma młodą żonę, może z 22 lata, z którą ma dziecko. Był Romek, byłem ja, był Poli z lokalu Rudeboy i Philip Anselmo, siedzimy, leje się wóda, a dziecko Romka daliśmy kelnerkom, żeby sobie spało. Po jakimś czasie dziecko się obudziło, płacze, do naszego stolika podchodzi kelnerka i mówi: „To ja może dam dziecko… dziadziusowi!” I wręcza je Romkowi.

Jakie plany na przyszłość?

Mogę zdradzić, że nie będzie w tym roku nowej płyty Braci Figo Fagot. Chyba…teraz to już nic nie wiadomo! Ale to nie znaczy, że ja płyt nie będę wydawał, bo ukażą się dwie – Proces (wkrótce więcej informacji) i Schadenfreude (Zbyszek Promiński na perkusji, Heinrich z Vesanii na basie i Piotrek Rutkowski na gitarze). Myślę też nad płytą w stylu lat ’80 – zespół nazywa się Galaxian i sądzę, że do września się wyrobię. Nie ma miejsca na odpoczynek… To też jest trochę smutne. Ale z drugiej strony… sami tego rock and rolla chcieliśmy.

Rozmawiali: Paweł Drabarek i Tomasz Podgórski

6 Komentarze Piotr Połać (Speculum, Bracia Figo Fagot): „Sami tego rock and rolla chcieliśmy” – WYWIAD

  1. Przemek

    Szkoda chłopa. Po płycie „Brak CD” myślałem że coś wyskoczy rockowego z nową jakością na nasz rynek, a tu dupa. Fajnie zagrane, fajnie zaśpiewane, ale słuchaczy nie ma. Dalej Coma i Pidżama Porno będą sztandarem polskiego rocka, kiedy w ich utworach dosłownie nic się nie dzieje. Co gorsza, mówiąc to publicznie stajesz się heretykiem którego wrzucają do disco-plebsu, albo pseudointeligenta który po prostu się wymądrza. Jedyne co mogę zrobić, to życzyć powodzenia.

    Reply
    1. peter

      taaa, kompleksy wywalił nic więcej. Nie ma kompletnie nic do zaprezentowania oprócz tego, co reprezentuje, ale zwyzywał pół sceny. Może za dużo chlania, a na pewno za mało polotu na takie mądrosci.

      Reply
  2. peter

    co za idiota… przecież tu jest pełno zaprzeczeń. Artysta cynicznie wykorzystujący niskie trendy, nie grający niczego istotnego z zerową ambicją obraża wszystkich wokół. Żenujący, zakompleksiony pan…

    Reply
  3. Pavulon

    O muzyce wypowiada sie gwiazda disco polo. Bo chyba z tego ten pan jest znany najbardziej, tak ?

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *