Ampacity, Entropia, Merkabah. Jeśli pobawimy się w szufladki – każdy zespół z innej parafii. Space rock, black metal i awangardowy post-rock. Prawda jest jednak taka, że żadna z wymienionych kapel ni cholery do tych szufladek się nie mieści. Co więcej, te zespoły mają ze sobą naprawdę wiele wspólnego – przede wszystkim chęć, aby stworzyć nową jakość i wymykać się utartym, bezpiecznym schematom.

Z Paciorem, gitarzystą trójmiejskiego Ampacity, porozmawialiśmy m.in. o zbliżającej się trasie, polskim undergroundzie, popularności stonera oraz kontrowersyjnych praktykach niektórych zespołów. Zapraszamy!

Ampacityfot. Oskar Szramka

Tak sobie myślę, że ta Wasza trasa z Entropią i Merkabah to znak czasów. 20 lat temu taki mariaż gatunkowy raczej nie byłby możliwy.

Raczej nie. Na pewno nie w Polsce. 20 lat temu nasza scena była zabetonowana i zespół, który gra black metal, nie mógłby koncertować z zespołami rockowymi. Już pomijając to, że gdyby Entropia powstała 20 lat temu, to grałaby zupełnie inaczej. No ale fakt, ostatnia dekada to wysyp eklektycznej muzyki. Chociaż w Polsce już wcześniej były składy, które wyprzedzały swoje czasy, jak np. Kobong, który ani nie był specjalnie popularny, ani nie zdobył uznania, na które zasłużył.

A czy ten eklektyzm i mnogość gatunków powoduje, że brak już postaci takich jak Jim Morrison czy Kurt Cobain?

Myślę, że przyczyny są inne. Raz, że mamy kryzys urodzaju, jeśli chodzi o muzykę, a dwa, że postacie, o których wspomniałeś, kreowane były przez duży muzyczny biznes, który takie talenty wyłapywał i promował. W dzisiejszych czasach mało kogo to obchodzi.

Żeby być legendą, trzeba także życ jak legenda, a tamtym gościom to się udało. Mieli dużo kasy, talentu i mogli sobie pozwolić na bycie ekscentrycznymi. Dzisiaj, nawet jeżeli jest sporo osób o równie dużych zdolnościach, nie uda im się osiągnąć takiego poziomu popularności.

A może nie ma się już przeciwko czemu buntować, bo oni to za nas zrobili?

Coś w tym jest. Dla mnie to na Cobainie skończyła się taka epoka totalnej sinusoidy, on był jej ostatnim szczytem, który zakończył definitywnie lata 80. W latach 90. to wszystko się rozmyło, nie było jakiegoś buntu – z tego co kojarzę, nikt nie zbuntował się przeciwko grunge’owi. Był jakiś tam nu metal, ale nic na miarę rewolucji z Seattle.

Jakie są twoim zdaniem największe bolączki polskiej sceny?

Jeżeli definiujemy scenę, jako grupę ludzi, no to mamy w Polsce kompleksy w stosunku do Zachodu. Objawia się to np. tym, że zespoły bardziej koncentrują się na dopieprzaniu sobie nawzajem i krytykowaniu, niż na tym, żeby jakoś się wyróżnić, stać się oryginalnym i być na jednym poziomie z zespołami z zagranicy. Wytykają sobie typowo polskie przywary, zamiast przekuwać je w coś ciekawego. Są oczywiście zespoły, którym się to udaje i odnoszą sukces, jak np. Mgła, która sporo na black metalowej scenie namieszała, a ten polski pierwiastek mocno u nich słychać.

Tak poza tym, nasza scena ma w sobie zadęcie i traktuje wszystko zbyt poważnie. Niektórzy ludzie są pozbawieni samokrytyki i bardziej skupiają się na tym, że w ogóle nagrywają i koncertują, niż na tym, co nagrywają i jak koncertują. Ale sporo jest naprawdę dobrych ekip i sądzę, że jeśli chodzi o Europę, jesteśmy w czołówce.

Stoner znowu strasznie popularny się u nas zrobił. Przy czym od razu mówię, że moim zdaniem go nie gracie.

Kiedy w 2006r. zaczynaliśmy wspólnie grać, jeszcze jako Broken Betty, uważani byliśmy za zespół stonerowy. Jeden z nielicznych w Polsce. Były to dosyć niszowe sprawy – 70, 80 osób na koncercie – a w tej chwili, po upływie 10 lat, jest totalny szał. Ta scena to teraz samograj. Wynika to trochę tego, że stoner, podobnie jak blues czy punk, wydaje się mieć dosyć sztywne, nieformalne reguły. Same te nazwy – przecież od razu wiadomo jaką muzę będzie grał zespół Weedbong. Ta formuła gatunku jest dosyć klarowna, szczególnie jeśli mówimy o takim typowym graniu pod Electric Wizard czy Sleep, a tego chyba dziś najwięcej. Dzięki temu ludzie, którzy idą na taki koncert, nawet jeśli nie znają zespołu, wiedzą, co dostaną. Są tacy, którym się to podoba. Byłem niedawno na gigu Stoned Jesus – były tłumy, bo każdy wiedział, czego się spodziewać. Ludzie nie bali się, że przyjdą i będą totalnie zaskoczeni. Inna spawa, że moim zdaniem Ukraińcy wypadli słabo, szczególnie w porównaniu do Dopelord i Sunnaty. Pomimo tego na koncercie było 600 osób. Pełna sala.

Kojarzysz może zespół Elder?

Oni chyba z Niemiec są…

Ze Stanów. Pytam, bo czuję w waszej muzyce podobne wibracje.

Nazwa gdzieś obiła mi się o uszy, ale nie słuchałem póki co. Tej scenie zaszkodziło też trochę to, ze powstało tak wiele zespołów – zbyt wiele, mam wrażenie. Wszystkie mają podobne nazwy, obracają się w podobnym klimacie… Ja na przykład w pewnym momencie przestałem to śledzić, bo mi się przejadło. No ale jak widać nadal są kapele, które starają się robić coś oryginalnego, tylko trochę trudno je wyłowić.

Stoner to dosyć odtwórcza muzyka.

Niestety tak, chociaż zupełnie inne założenie było na początku.

Josh Homme za czasów gry w Kyuss inspirował się głównie punkowymi załogami, a za Black Sabbath nie przepadał.

Kyuss to w ogóle grał zupełnie inaczej od tego, co dzisiaj uważa się za stoner – teraz to są bardziej klimaty Electric Wizard albo Sleep, a zespołów grających jak Kyuss jest naprawdę niewiele. Szkoda, bo to jeden z moich ukochanych zespołów, a mało która kapela zbliżyła się do ich poziomu.

Strasznie niedoceniany wydaje mi się też Monster Magnet.

Oni pisali po prostu fajne, dobrze skomponowane i zaśpiewane piosenki. Monster Magnet to dobry rockowy zespół, a takich kapel jest naprawdę niewiele. A stoner, ten w stylu Electric Wizard, nie wymaga specjalnych umiejętności – ani kompozytorskich, ani wokalnych. Można to robić bardzo oszczędnymi środkami.

www.youtube.com/watch?v=1-tzGLy0ggw

Masz jakieś ulubione zespoły grające muzykę instrumentalną?

Sporą inspiracją dla mnie jest Causa Sui. Bardzo lubię też polskie Tides From Nebula, w szczególności pierwszą płytę. W ogóle tych załóg post-rockowych to mógłbym wymieniać w nieskończoność, chociaż ostatnio mi się to trochę przejadło.

Wasza ostatnia płyta jest bardzo ładnie wydana, a mam wrażenie, że to dzisiaj rzadkość. Szczególnie w mainstreamie. Np. ostatni krążek The Cult nie ma nawet pudełka, a tekturkę.

My nie wychodzimy z założenia, że na tej muzyce zarobimy jakieś pieniądze. Jeżeli jednak ktoś chce trochę grosza przytulić – czy to zespół, czy wytwórnia – to tnie koszty. Biznesowe podejście. Dla nas wydanie płyty to zajawka i chcemy, żeby to po prostu ciekawie wyglądało. Zależało nam na tym, żeby płyta miała fajną okładkę – zaprojektował ją więc gość, który się ceni. Nie jest nie wiadomo jak drogi, ale nie zrobiliśmy tego za 3 paczki fajek i piwo. Nie ma mowy o żadnym oszczędzaniu. Ale też nie mamy problemu tym, że ktoś słucha sobie naszych płyt przez YouTube, czy ściąga je z ruskich torrentów. Proszę bardzo. Ale jak już robimy ten krążek, to robimy porządnie. To też dowód uznania dla tych, którzy wydają na naszą muzykę własne pieniądze. Tym bardziej, że to nie jest album, który kupisz w Empiku czy Media Marktcie. Musisz zadać sobie ten trud i poszperać w sieci – to jest nasze podziękowanie.

Czy nagranie „Superluminal” kosztowało was 60 tysięcy złotych?

(śmiech) Nasze nagrania nie są drogie – Dziablas jest realizatorem, więc spory koszt odchodzi. W studio spędzamy bardzo mało czasu, bo nagrywamy wszystko na setkę – w zasadzie 2, 3 dni i muzyka gotowa. Wiadomo, że dochodzą jeszcze koszty poligrafii itd., ale taką płytę spokojnie za kilka tysięcy można wydać, i to w naprawdę dobrej jakości. Oczywiście można zapłacić za mix i mastering znacznie więcej, ale mówienie, że nie da się tego zrobić za mniej niż 30 tysięcy – a takie hasło często na portalach crowdfundingowych widzę – to bzdura. Moim znajomym z zespołu grającego szeroko pojętego hardcore punka płytę zmiksował Jack Endino, producent „Bleach” Nirvany, i zrobił to za, o ile dobrze pamiętam, 900 dolców. I to nie są wcale duże pieniądze ani dla polskiego, ani dla zagranicznego zespołu. Te ogromne kwoty to ściema. Chodzi chyba o to, żeby zebrać jakąś część sumy, dopłacić resztę, żeby projekt się zrealizował i mieć dużo kasy. Wydaje mi się, że takie jest podejście kapel, które to robią. My z crowdfundingu korzystać raczej nie zamierzamy.

Ale jeżeli te kapele rzeczywiście robią tak, jak mówisz, to one w zasadzie okradają fanów.

Mocno naciągają. Sama idea crowdfundingu nie jest zła. Bardzo dobrze ją rozumiem w odniesieniu do jakichś innowacyjnych produktów, których twórcy nie chcą rezygnować ze swojej niezależności. Ale w naszych realiach bardzo szybko doszło do tego, że kapela, która bez problemu mogłaby sama uzbierać pieniądze na demo, zaczyna od akcji crowdfundingowej, bo niby potrzebują nie wiadomo jakich pieniędzy. To bzdura. Demo możesz nagrać za 3 tysiące. Kiedy jednak zespoły zobaczyły, że to działa, że ludzie dają kasę, zaczęli przewalać w drugą stronę i naciągać fanów. To jest dla mnie żenujące.

Żenujące jest też wkupywanie się na suport?

Jest takie zjawisko, które polega na tym, że jeśli jakiś zespół chce pojechać w zagraniczna trasę z bardziej znaną kapelą, płaci odpowiednią stawkę. Są ekipy, które to robią i traktują jako inwestycję. Raz, że mają dzięki temu okazję pokazać się publiczności, która chodzi na undergroundowe koncerty, a dwa, że łapią masę kontaktów z lokalnymi promotorami i mogą wpaść w oko agencji koncertowej. Po jednej czy dwóch udanych, sponsorowanych trasach, mogą załapać się na kontrakt z taką agencją, a to otwiera przed nimi mnóstwo nowych możliwości. Jeżeli zespół jest dobry i pracowity, taka inwestycja mu się opłaci.

Jeżeli jednak mówimy o zespołach, które płacą duże pieniądze, żeby zagrać jednorazowy gig przed mega gwiazdą – a wiadomo, że suporty na takich koncertach wszyscy mają w dupie – to jest to bez sensu. Byłem na AC/DC a przed nimi grał Dżem, po co to komu?

Inna sprawa to robienie z tego nie wiadomo jakiego sukcesu. Że niby oni są jakoś nobilitowani, że Lemmy czy inny Kerry King sami ich wybrali, bo są tacy wspaniali. To jest żenujące. Zapłacili za to, a próbują przedstawiać jako kamień milowy swojej kariery.

Niewielu polskich muzyków jest zaangażowanych politycznie. Myślisz, że to się zmieni?

Mam nadzieję, że w przypadku zespołów, które lubię, to się nie zmieni. Ci ludzie mają często odmienne poglądy nawet w obrębie jednego zespołu, ale działają dla muzyki, a politykę traktują jako coś brudnego, coś, co powinno dotykać się lewą, a nie prawą ręką.

Wiadomo, że w mainstreamie to się zmienia. Mnie to bawi, bo rządy PIS póki co nie przekładają się na problemy w działalności muzyków – zakazy grania czy coś w tym stylu. No ale fakt, jeżeli zespół Contra Mundum – koszmarny, kwadratowy heavy metal – jest puszczany na TVP1 bo śpiewa o żołnierzach wyklętych, to jest to śmieszne. Mamy parę miesięcy nowych rządów, a materiału na memy na lata.

Trójmiasto to teraz stolica Polskiej muzyki?

Wydaje mi się, że jednak Warszawa, ale Trójmiasto ma scenę, która się mocno wyróżnia. Nie ma zawistnej konkurencji. Zespoły z innych miast skarżą się, że brak tam wzajemnego wspierania się – u nas to jest. Wszystkie kapele się znają, pomagają sobie i współpracują na wielu płaszczyznach. Jest klimat, który sprzyja graniu, ale stolicą Trójmiasta bym nie nazwał. Czołowe zespoły polskiego undergroundu są rozsiane po całej Polsce.

Czego słuchasz ostatnio?

Często wracam do starszych rzeczy, np. Anathemy. Słuchałem też niedawno Tame Impala – to takie moje guilty pleasure, ich ostatnia płyta to w zasadzie pop, dosyć dziwnie się czuje słuchając tego mając brodę – chociaż to po prostu dobrze skomponowana i zagrana muzyka.

W ubiegłym roku słuchałem sporo black metalu. Nigdy wcześniej tego nie robiłem i postanowiłem to zmienić. Zacząłem od Mgły, których ostatnia płyta rozwaliła mnie kompletnie, potem zagłębiałem się w inne, głównie polskie, kapele i w sumie zima minęła mi pod znakiem tego gatunku.

A gdybyś mógł ruszyć w trasę, podobną do kwietniowej, z dwoma dowolnymi zespołami, co by to były za kapele?

Cholera, to w sumie ciekawe pytanie, bo my jesteśmy dosyć specyficznym zespołem i nie wiem, do kogo byśmy pasowali. Fajnie byłoby zagrać z Causa Sui – myślę, że byłoby to dość zbieżne. A ten drugi zespół… Może Mars Volta? Piszemy teraz nowy materiał i jest w nim taka marsvoltova energia.

Co z tym nowym materiałem? I jakie macie plany na przyszłość?

Pracujemy nad nim, na najbliższej trasie zagramy 2 nowe kawałki. Na jesieni zamierzamy ruszyć w kolejną trasę – w ogóle ten rok będzie znacznie bardziej koncertowy dla nas. Mam nadzieję, że uda nam się zagrać koncert w radiu, bo jesteśmy do tego od jakiegoś czasu namawiani. Mamy zamiar przygotować na tę okazję specjalny materiał – nie chodzi nam o to, aby po prostu odegrać nasze piosenki. No i chcemy wydać nowy album – Epkę, lub pełnoprawny krążek. Strasznie długo komponowaliśmy ostatnią płytę, sporo perturbacji było, ale teraz idzie nam naprawdę sprawnie, mamy kompozytorski flow i mam nadzieję, że uda się szybko przekuć to w spójną całość.

Rozmawiał Paweł Drabarek

1 Comment Piotr Paciorkowski (Ampacity): „Mamy w Polsce kompleksy w stosunku do Zachodu” – WYWIAD

  1. kec

    co do tytułowej wypowiedzi. To jest w tym sporo prawdy ale nasz rodzinę kapele też mają jakiś problem z mediami społecznościowymi i ogólnie wszystkim w okół muzyki. Obecnie przy tej ilość kapel trzeba cały czas o sobie przypominać. Nawet największe zespoły prowadza videoblogi (np Machine Head) każdy zespół nagrywa już to co się dzieje ze studia, nie wspominając już o nagraniach playthrough różnych instrumentów czy przesadnie wykorzystywanych lyric video. Niestety (albo i nie) takie mamy czas że trzeba słuchaczowi co chwila przypominać o swoim istnieniu. Nawet takie rzeczy jak design zespołu ma znacznie. Nie bez powodu takie Trivium przy ostatnich albumach zmieniało swoją stylizacja ubioru do konceptu albumu. Czasami mam wrażenie że polskie zespoły nie do końca to rozumieją i nadal sadza że jak będą grać co tydzień koncert w trzech tych samych klubach i zrobią polską trasę to jakaś wytwórnia ich podpisze i zrobią wielką karierę. Teraz jest tyle kapel że albo trzeba być naprawdę genialnym albo trzeba samemu się wypromować nawet poprzez wystep w jakimś telewizyjnym show. Gdyby nie to nikt pewnie by nie znał Obershlesen, Meteria czy The Sixpoundes. Nie są to zespoły które grają jakaś przełomową muzykę ale dzięki tylko temu ludzie ich poznali i zapamiętali. I to są zespoły które zrozumiały że internet teraz to potęga, a nie że po koncercie chcę sobie sprawdzić jakiś zespół, a on nawet nie ma strony internetowej czy facebooka, a na YT mają jeden filmik z koncertu nagrany kalkulatorem.

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *