Kruk to polski zespół, którego ignorować nie można: zagrał jako support m.in. samych Purpli, a ich najnowsza płyta, zatytułowana „Before” to kawał dobrego, klasycznego hard rockowego grania. Dlatego też bardzo ucieszyłem się, gdy otrzymałem możliwość przeprowadzenia wywiadu z liderem i gitarzystą tej formacji – Piotrem Brzychcym. Zapis wymiany pytań i odpowiedzi znaleźć można poniżej.

Piotr Brzychcy (Kruk): "Chciałbym usłyszeć jeszcze jeden album Deep Purple z Ritchie' Blackmorem"

Ale zanim jeszcze do tego przejdę – jeszcze jedno. Na mailowy wywiad z Piotrem byłem umówiony już dość dawno. Muszę się przyznać, że gdy kolejny przez dzień moja skrzynka świeciła pustkami robiłem się co raz bardziej zniecierpliwiony. Jednak gdy w końcu dostałem jego odpowiedzi padłem jak porażony piorunem – były one fenomenalne. Długie, wyczerpujące temat, szczere i szalenie ciekawe. Wywiad, który w zamierzeniu miał być średnio-długi, stał się potężny. Mam nadzieję jednak, że dotrwacie do końca – zapewniam, że warto. Piotr to świetny, inteligentny człowiek, który wkłada dużo serca w to co robi i warto się z jego przemyśleniami zapoznać.

Heavyrock.eu:  Czy mógłbyś na sam początek opowiedzieć coś o zamierzchłej przeszłości Kruka? Jak to się stało, że ta grupa powstała? Jakie cele przyświecały Wam od samego początku? Czy była to chęć pokazania młodszemu pokoleniu, wychowanemu raczej na twórczości Kurta Cobaina i jemu podobnych, jak dobra może być muzyka hard rockowa?

Piotr Brzychcy:

Byłem bardzo młodym chłopakiem gdy zacząłem marzyć o własnym zespole. Nie potrafiłem wtedy grać na gitarze, ale słuchałem dużo muzyki, która sprawiała, że nie funkcjonowałem w świecie rzeczywistym. Nie interesowało mnie co aktualnie dzieje się w muzyce, gdyż byłem zakochany w artystach, którzy stworzyli muzykę rockową i hard rockową. Kiedy na poważnie zabrałem się za gitarę i pojawiły się pierwsze zespoły, a potem pojawił się Kruk, to w ogóle nie było w mojej głowię myśli – ‘pokazać coś komuś’. Chciałem realizować własne marzenia. Tworząc Kruka trafiłem na fantastycznych ludzi, którzy mieli podobne chęci. Od początku mówiono nam, że z taką muzyką nie mamy szans, gdyż to już przestarzały gatunek. Zdecydowana większość muzyków kreowała swoją ścieżkę kariery w stronę tego co bardziej aktualne, tego co na czasie. My zaś chcieliśmy grać swoje. Z każdym koncertem urastaliśmy w siłę obserwując jak ludzie zaczynają wkręcać się w nasz klimat, jak zaczyna tworzyć się grupa zwolenników właśnie takiej muzyki. Nagle okazało się, że jesteśmy coraz dalej i coraz wyżej, nagle zrozumieliśmy, że jest coraz więcej ludzi zachwyconych naszym graniem. Później pojawił się Grzegorz Kupczyk, który przez przypadek trafił na jedno z naszych koncertowych nagrań i wtedy wszystko potoczyło się już drogą, którą śmiało mógłbym nazwać ‘na poważnie’. Nagraliśmy z Grzegorzem pierwszą naszą płytę „Memoris” pomimo, że mieliśmy już zarejestrowaną demówkę z naszym autorskim materiałem. Wspominam to wszystko z ogromnym rozrzewnieniem. Niezwykle motywująco działa na mnie to jak spotykam ludzi, którzy nie dawali nam szans i teraz widzę błysk akceptacji w ich oku. Czasem mam wrażenie, że to jeden wielki sen. W końcu nie każdy w muzyce może pozwolić sobie na to, aby robić dokładnie to czego chce.

Jaki był początkowo odbiór publiczności na Wasze poczynania? Czemu zdecydowaliście się wydać krążek „Memories” i czy, z perspektywy czasu, był to dobry ruch?

Los się do nas uśmiechnął. Dzięki tej płycie, dzięki temu, że Grzesiek Kupczyk nas dostrzegł, mogliśmy wyfrunąć z etapu garażowego. To był bardzo dobry ruch i choć przez chwilkę przylgnęła do nas łatka cover bandu to i tak nie miało to większego znaczenia. Po prostu ciągle robiliśmy swoje. Publiczność zawsze mieliśmy wspaniałą, zawsze po koncertach nawiązywały się jakieś przyjaźnie, zawsze było mnóstwo pozytywnej energii. Dziś gdy czasem zastanawiam się nad tym dlaczego tak było, to dochodzę do wniosku, że była to kwestia wynikająca tylko i wyłącznie z zamiłowania do muzyki. Nie przyświecały nam ani pieniądze, ani gwiazdorka. Chcieliśmy grać dla tych, którzy czują te klimaty. Chcieliśmy z nimi rozmawiać o muzyce. Słuchaliśmy i wciąż słuchamy ich rad. To dlatego ciągle uważam, że Kruk to nie tylko zespół pięciu kolesi, którzy grają na scenie, ale także ta ekipa, która z nami jest, która bawi się, motywuje nas i daje nam nieoceniony ładunek pozytywnej energii. I każdy nasz sukces jest także ich sukcesem, bo bez nich nie byłoby nas, nie byłoby kolejnych płyt i koncertów.

W 2011 roku nagrywaliście kolejny, drugi w Waszej karierze po „Before He’ll Kill You”, album studyjny, w którym gościnnie wystąpił m.in. Doogie White, a także Piotr Kupicha. Jak to było współpracować z takim wokalistą, który w swoim CV ma np. występy w Rainbow? I jak w Kruku znalazł się, tymczasowo oczywiście, Piotr Kupicha, którego macierzysty zespół Feel raczej nie gra tak mocnej muzyki?

Zanim trafiliśmy do wytwórni MMP mieliśmy na swoim koncie współpracę z różnymi osobami, które miały nas, że tak powiem poprowadzić do przodu. Pojawiały się zatem różne pomysły na wzbogacenia Kruka jakimś gościnnym udziałem znamienitych artystów. Nazwisko Doogiego White’a pojawiało się kilka razy, dlatego gdy podczas spotkania z wytwórnią MMP usłyszałem kolejną taką propozycję przyjąłem to na chłodno. Na zasadzie „ok niech działają, ale pewnie i tak nic z tego nie będzie”, choć intuicja podpowiadała mi, że mogę się mylić. I myliłem się. Na szczęście (śmiech). Wysłaliśmy Doogiemu nasz utwór, a on powiedział – wchodzę w to. Do pełni szczęścia brakowało tylko nagrania jego wokalu, który utwierdziłby nas, że to nie sen, tylko rzeczywistość. Po dwóch tygodniach przysłał swoje partie wokalne. Nigdy nie zapomnę łez szczęścia. Byliśmy w szoku. Czuliśmy potęgę jego osobowości, czuliśmy też magię zespołu Rainbow w tych frazach, które zaśpiewał. To było absolutnie niesamowite wydarzenie. Piotrek Kupicha, trafił na nasz krążek z uwagi na fakt, że choć jego twórczość i zespół kojarzą się z zupełnie inną bajką muzyczną, to on sam ma mocno rockową duszę. Ten pomysł narodził się spontanicznie. Miał też przy okazji pokazać, że nie jesteśmy zamknięci w sterylizowanej szufladce z napisem ‘hard rock’. Bardzo jestem zadowolony w tego, że bonusowy cover ‘Simply The Best’ z udziałem Kupichy znalazł się na naszej płycie.

Kruk

Niedawno wydaliście album „Before”, który, moim zdaniem, jest Waszym najlepszym dokonaniem fonograficznym. A jak jest u Ciebie? Który krążek z perspektywy czasu zyskał dla Ciebie najwięcej, na który zaś patrzysz najmniej przychylnym okiem?

To bardzo trudne pytanie, bo ja wciąż poszukuję i po wydaniu każdej płyty mam jej już dosyć i wiem, że mam siłę na to aby stworzyć coś lepszego. Dziękuję Ci oczywiście za te słowa, bo wiadomo, że każdy chce iść do przodu i rozwijać się z pomocą takich właśnie dobrych ocen. Nigdy na przykład nie wierzyłem w płytę debiutancką ‘Before He’ll Kill You’ i do dziś nie jestem w stanie zrozumieć tego, że są ludzie, którzy uważają to za najlepszy krążek w naszej dyskografii. Oczywiście cieszy mnie to ogromnie, ale nie potrafię znaleźć klucza do zrozumienia tego. Bardzo dobrze wspominam płytę ‘It Will Not Come Bac’ wraz z koncertem, który jest tam bonusowo dorzucony. Czułem, że ta płyta jest dla nas prawdziwym krokiem do przodu, że czas demówkowo/garażowy jest już na dobre za nami i możemy teraz poważnie inwestować swoje możliwości w muzykę. Jeśli chodzi o płytę „Be3” to wspominam ją również bardzo dobrze. Powstawała spontanicznie, a nasze chęci były nieokiełznane. Mogliśmy pracować z dwójką producentów i czuliśmy, że Kruk działa jak dobrze naoliwiona maszyna. Jedynym przykrym wspomnieniem z tego okresu jest wspomnienie kiełkującej świadomości, która później urosła do rangi natarczywej mieszanki bólu i smutku z uwagi na fakt, że coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie z Wiśnią. Czułem to w trakcie sesji i po wydaniu płyty, a naprawdę uwielbiałem tego gościa. Byłem bezradny, a Tomek oddalał się i oddalał. To jest rysa na tym okresie, ale z samej płyty jestem cholernie dumny. „Before’ to już całkowicie nowy rozdział. To już pena dojrzałość i zabawa muzyką. Najbardziej z tego okresu cieszy mnie fakt, że przy tym albumie nie było najmniejszej kalkulacji. Zagraliśmy go dokładnie tak ja czuliśmy, a Michał Kuczera nagrał nas i wyprodukował album w prosty sposób. I na koniec okazało się, że wszyscy mówią – wow, to jest dobre, można jednak w hard rocku coś pokazać. To jest największa zapłata jaką mogę sobie wyobrazić.

Chociaż Before podobał mi się bardzo, to jedna rzecz odrobinę, moim zdaniem, psuła obraz całości – mam tu na myśli długość trwania tego krążka. Dlaczego Kruk nagrywa tak długie albumy, skoro Wasi bohaterowie muzyczni wydawali płyty trwające po ok. 40 minut, dzięki czemu przez cały czas były super interesujące i utrzymywały odpowiedni poziom energii?

Nawet nie wiesz jak bardzo inspiruje mnie ta myśl. Być może w przyszłości właśnie taki album nagramy. Jednak tak jak już wcześniej wspomniałem – tym razem nie było żadnej kalkulacji, graliśmy to, co nam grało w duszach. Wyszło tyle ile wyjść miało. Oczywiście można byłoby to przycinać i redukować różne fragmenty, ale myślę, że wyszłoby to z niekorzyścią dla całości. Pamiętaj też, że w latach 70-tych muzycy byli ograniczeni pojemnością płyty winylowej. Przecież nawet oni, starzy wyjadacze, nie wydają już dziś tak krótkich albumów. Niemniej, tak jak wspomniałem, jest to kwestia, która już mnie nurtuje i inspiruje. Być może to byłby kolejny ukłon w stronę tych cudownych lat, tej wspaniałej złotej ery prawdziwego rock’n’rolla.

Na Waszym najnowszym albumie można zauważyć, że chociaż krążycie wokół pewnej stylistyki hard rockowej, to można też wyczuć inne klimaty, np. bluesowe. Jak więc wygląda praca kompozytorska w Kruku? Kto odpowiada w największym stopniu za Wasze kawałki? A może, jak wskazuje na to dość spory eklektyzm klimatyczny piosenek, jest to praca kolektywna?

W przypadku tej płyty sytuacja wyglądała tak, że to ja przynosiłem pomysły, które później wraz z zespołem formowaliśmy w gotowe numery. Zanim uznałem, że dany pomysł nadaje się do tego, aby stanowił punkt wyjścia dla kolejnego numeru to mocno się w niego wsłuchiwałem. Sporo pomysłów na zawsze powędrowało do kosza. Innowacje, które się pojawiły dawały nam sporo radości grania zostały. Taki bluesik był dla nas jak dobry drink po spracowanym dniu. Miękko, lekko, delikatnie, bez myślenia, zróbmy kolejny wgniatający w ziemię riff. Czasem mam wrażenie, że ta płyta napisała się sama. Traktuję ją jak żywy organizm, który sam uformował się tak a nie inaczej. Jako zespół nie mieliśmy wątpliwości, że to co wybieramy, to w jaką stronę podążamy to właściwa droga. W tym względzie stanowiliśmy jeden spójny mechanizm. Nie było dyskusji, ani kłótni, ani przepychanek. Żeby pokazać szczerość tych słów powiem Ci, że dziś, kiedy minął już kawałek czasu, często wracamy do dyskusji na temat tej płyty. Dzielimy się starymi wnioskami, myślami i wątpliwościami i także tymi nowymi przemyśleniami i wszystko nam się zgadza. Mówimy jednym językiem.

youtu.be/9jeaXlNOyBU

„Before” to także ważny album w Waszej historii, ponieważ wystąpił na nim nowy wokalista. W materiałach przysłanych przez Metal Mind mogłem wyczytać, że występuje on „gościnnie”. Co to znaczy? Czy planujecie jeszcze współpracować z Romanem Kańtochem, czy też rzeczywiście był on tylko „gościem”?

Jeśli mam być szczery, to obecność Romana w tym zespole i status zależy tylko i wyłącznie od niego samego. Jednego jestem pewien, wpasował się w naszą rodzinkę. Mamy naprawdę niezły przelot i potrafimy znakomicie czuć się w naszym towarzystwie. Jestem jednak przekonany o tym, że on chciałby zrobić coś więcej niż tylko grać w Kruku. Ciągle jeździ na jakieś castingi do programów talent show i być może taka jest jego droga. Wcale mnie to nie boli, bo przecież trzeba uznać indywidualne potrzeby każdego z nas. Odpowiadając jednak na Twoje pytanie z mojego punktu widzenia mogę powiedzieć tylko tyle, że to właśnie ‘Before’ i praca nad tym albumem miała być dla nas odpowiedzią, czy jesteśmy razem, czy to tylko przygoda. To jak Roman zaśpiewał na płycie ‘Before’ jest zatem moją odpowiedzią. Jestem z tego dumny, cieszę się i uważam, że jest jednym z nas. Mam nadzieję, że on też tak czuje. Nie rozmawiamy o tym, bo to nie ma sensu, mamy całe mnóstwo innych, zazwyczaj rozrywkowych tematów, które pochłaniają nasz czas.

Kilka miesięcy przed wydaniem „Before” na półkach sklepowych pojawiła się reedycja waszego debiutanckiego krążka. Kto podjął taką decyzję, by Wasz debiut wydać – zespół czy wytwórnia? Jak Ty osobiście zapatrujesz się na tego typu przedsięwzięcia?

To pytanie nawiązuje właśnie do mojej wcześniejszej wypowiedzi. Ja nie rozumiałem tego, że ludziom może podobać się ta płyta, a oni samoistnie na nas wymogli reedycję. Kiedy wytwórnia zasugerowała taki zwrot akcji zaczęliśmy się nad tym mocno zastanawiać. Okazało się, że na różnorakich aukcjach pojawiają się te płyty po naprawdę wysokich cenach. Dorzuciliśmy zatem 3 utwory  bonusowe i jeszcze raz daliśmy szansę tej płycie. Ten ruch mógłby okazać się bezsensowny, ale skoro pojawili się chętni to dlaczego nie. Poza tym minęło już kilka miesięcy od kiedy reedycja pojawiła się w sklepach i wiemy, że miało to sens, gdyż płyta nieźle się sprzedaje. Pojawiło się też sporo osób, które nie znały w ogóle tego albumu i zwyczajnie nim się zachwyciły. Świadomość, że złą decyzją mógłbyś zrobić sobie krzywdę i wynikające z tego nauki, że warto mieć uszy i oczy otwarte na sugestię innych, są bezcenne.

Czy jako artysta przywiązujesz wagę do jakości wydania albumu? Czy też uważasz, że liczy się sama zawartość, która może być opakowana w byle co? Jest to o tyle ciekawe, że to właśnie Polacy przodują w bardzo fajnych wydaniach płyt, a zachodnie gwiazdy najczęściej wydają je byle jak.

Czasem słyszę o kontraktach podpisanych przez zespoły na kilka płyt, co bardzo często owocuje takimi właśnie niedoróbkami. Powody są oczywiście różne, ale najczęściej wynikają ze strefy biznesowej. Pamiętajmy, że dla dużych wytwórni liczą się przede wszystkim słupki. Oczywiście nie będę oceniał innych, mogę ocenić Kruka w tym kontekście i powiem tyle, nie wyobrażam sobie aby nie zadbać o to wszystko co związane z wydawnictwem w 100%. To przecież nasze świadectwo, coś co pozostanie na lata i będzie oceniane przez czas. Wydając płytę zawsze mam świadomość, że pewnych rzeczy nie da się już później zmienić, czy poprawić. Dlatego wychodzę z założenia, że warto popracować więcej, warto wysilić swoje szare komórki i ruszyć wyobraźnią, posłuchać sugestii przyjaciół po to aby efekt finalny był zadowalający.

Kruk + DP

Znając Wasze występy muszę o to zapytać: jak to było supportować takie gwiazdy jak Deep Purple czy Carlosa Santanę? Jak wspominasz te występy? A jak samych ludzi, którzy, jak Carlos, nie szczędzili Ci pochwał?

To są nieprawdopodobne przeżycia. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby podczas koncertu u boku takich światowych gwiazd rocka, zabrakło wszechogarniającej radości. Oczywiście nie sposób opisać to wszystko co wtedy dzieje się w głowie i w sercu. Czas wtedy gna jak szalony i nim zdołasz się obejrzeć masz już w głowie tylko wspomnienia. Każdy z tych występów był dla nas bardzo ważny, ale są wśród nich oczywiście te najważniejsze. Na pierwszym miejscu stawiałbym występy z Deep Purple i Carlosem Santaną. Pamiętam jak będąc na pograniczu podstawówki i technikum czytałem książkę Dariusza Łanochy ‘Królowie Purpurowego Świata’, pamiętam jak jako dzieciak wsłuchiwałem się w płyty ‘Perfect Strangers’ i ‘Machine Head’, pamiętam jak w wieku 15 lat pojechałem z ojcem na koncert Deep Purple w swoim najsilniejszym składzie. W końcu pamiętam jak po tym właśnie koncercie moje serce zwariowało, jak zakochało się w muzyce i zamarzyło o graniu. W życiu bym nie przypuszczał, że dane mi będzie stanąć z bohaterami lat dziecięcych na jednej scenie. Stało się, dlatego spróbuj wyobrazić sobie co mogłem czuć. Jeśli zaś idzie o koncert z Carlosem Santaną to tutaj kluczową rolę odegrał element zaskoczenia. Nikt nie spodziewał się, że na tym koncercie wydarzy się tak ważna dla zespołu i dla mnie samego przygoda. Będąc już na scenie wiedziałem, że gramy świetny koncert, mamy znakomitą formę i nagle z góry poprzez cały amfiteatr w kierunku sceny podąża Santana. Początkowo wybiło mnie to z równowagi gdyż wszyscy ludzie odwrócili się od sceny żeby patrzeć na mistrza. Jednak on cały czas wskazywał im jedną dłonią na scenę, a drugą bił się w pierś. W pewnym momencie pomachałem mu ze sceny, a on z ogromnym, serdecznym uśmiechem mi odmachał. Kilka chwil później był już na scenie i ściskając moją dłoń na oczach kilkunastotysięcznego tłumu chwalił moją gitarę. Takie rzeczy dzieją się tylko w bajkach. To było wspaniałe, niezapomniane przeżycie.

Jeżeli miałbyś wystąpić z jakimś innym wielkim zespołem/artystą w roli suportu, to kogo byś wybrał i dlaczego?

Jeśli chodzi o artystów, którzy są dziś do uchwycenia jeszcze na scenie to chciałbym z reaktywowanym Led Zeppelin lub Black Sabbath. Wiem jednak, że jest to niemożliwe, a nawet gdyby było możliwe, to pewnie machina show biznesu, w którą wkręcone są te nazwy, nie pozwoliłaby na normalny koncert tylko jakieś byle jakie skrawki. Bardzo istotny w kwestii Twojego pytania niechaj będzie fakt, iż my nie pchamy się do roli supportów tych wszystkich światowych gwiazd. Organizatorzy proponują nam te koncerty z uwagi na fakt, że jesteśmy bezkonfliktowi jeśli chodzi, o czasem ekstremalne, warunki na scenie i bez kompleksów dajemy z siebie wszystko podczas naszych występów. Jeśli chodzi o nasze postrzeganie sceny, to najważniejsza jest dla nas nasza publiczność. Ludzie, którzy kupią bilet na koncert Kruka, poświęcą swój czas, przemierzą czasem wiele kilometrów żeby z nami być. Jak sobie czasem to wszystko uświadamiam to mam gęsią skórkę, a i niejednokrotnie łezka się w oku zakręci. To jest największa i najpiękniejsza zapłata. Uwielbiam patrzeć ze sceny i widzieć na publiczności twarze, które już miałem okazję widzieć wcześniej. To niesamowite uczucie spotkać przed lub po koncercie kogoś kto przyjechał kawał drogi, bo wie, że jest to warte. Dlatego zdecydowanie najważniejsze są dla nas nasze własne koncerty.

Lata 2013-2014 przyniosły nam kilka naprawdę świetnych płyt starych wyjadaczy (Black Sabbath i ich „13”, Judas Priest z „Redeemer of Souls” itd.). Jeżeli miałbyś wybrać jednego starego artystę, którego nowy album chciałbyś usłyszeć, to jaki muzyk/zespół by to był?

Nie mam najmniejszych wątpliwości jeśli chodzi o odpowiedź na Twoje pytanie. Chciałbym usłyszeć jeszcze jeden album Deep Purple z Ritchie’m Blackmorem. Tęsknie za tym składem i jest mi cholernie źle, że tyle lat się zmarnowało. Mogli przecież wydać tyle znakomitej muzyki, a tak Deep Purple w obecnym składzie wydają dobre bądź przeciętnie płyty, z naciskiem na te drugie, a Blackmore w muzyce, którą dziś tworzy zjadł niestety własny ogon. Oczywiście będąc realistą trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że raczej nie ma na to szans, co nie zmienia faktu, że Blackmore z Gillanem, po dwudziestu latach znów ze sobą rozmawiają. Pozostanę zatem optymistą, który z nadzieją i spokojem spogląda w przyszłość (śmiech). Kto też wie co przyniesie los, w końcu bywa nader przewrotny.

Kruk - sesja

I ostatnie pytanie – gitara stanowi szalenie ważny, jeśli nie najważniejszy, instrument w muzyce rockowej. Co więcej: właśnie w środowisku rockmanów i ich fanów nadaje się tym instrumentom specjalne znaczenie, wielbi, nadaje imiona itd. A jak jest z Twoim instrumentarium? Czy jest dla Ciebie gitara ze szczególnym statusem? Czy Piotr Brzychcy ma, tak jak np. Clapton, swoją Blackie?

Moje gitary teraz chyba posmutniały gdyż nazywam je ogólnikowym zwrotem ‘ślicznotki’ (śmiech). Bardzo poważnie rzecz ujmując, to w zasadzie każda gitara, w której się zakochałem i trafiła w moje ręce, ma dla mnie ogromne znaczenie. Jestem z nimi ogromnie zżyty, one często do mnie mówią, domagają się grania, a ja oczywiście jestem na ich zawołanie, choć życie czasem zmusza do innych obowiązków i coraz częściej czują się zaniedbywane. Na chwilę obecną mam około 20 gitar i jak już decyduje się na jakiś nowy zakup, to później taka gitara pozostaje ze mną na zawsze. Dwa razy może sprzedałem gitarę, ale na pewno nie więcej. Wielu muzyków ciągle zmienia instrumenty, wciąż poszukując czegoś nowego. Ja nawet jeśli kupię coś nowego to i tak jestem przywiązany do tych swoich najważniejszych, a są nimi: trzy Fendery Stratocaster, Prs Custom 22, Gibson Les Paul Custom oraz gitara akustyczna marki Furch 24 SR. Koncertowo moją ulubioną ‘ślicznotką’ jest kremowy Fender Stratocaster, który kupiłem w 1996 roku z sklepie Malko w Częstochowie. Wspominam o tym sklepie gdyż był to kiedyś jeden z najlepszych sklepów muzycznych z tradycjami w Polsce, a dziś już niestety nie istnieje. Gitara podpisana jest przez mojego ulubieńca – Ritchie Blackmore’a. Drugą gitarą jest zielony Strat sygnowany nazwiskiem Claptona. Natomiast studyjnie najlepiej sprawdza mi się PRS, który od roku dzierży podpis Carlosa Santany. Bardzo przywiązuję się do gitar i mam też w tej materii rodzinne wsparcie. Jeśli pojawiają się w mojej głowie jakieś wątpliwości i ogłaszam, że chyba sprzedam ten, czy ten egzemplarz, to żona zwykle od tego pomysłu mnie odwodzi (śmiech)… Ale to chyba dobrze prawda ?

Dziękuję serdecznie za odpowiedzi!

Dzięki za fajne pytania… uwolniły we mnie luz, a to przy samotnych wywiadach mailowych nie jest częste, za to bardzo pożądane :)

Rozmawiał: Bartosz Pacuła

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *