Piątek, weekendu początek… zaraz, to czwartek jest? No, to będzie wymagało trochę więcej wysiłku, logistyki i uciszania zdrowego rozsądku. Na całe szczęście zawsze radziłam sobie całkiem nieźle z wymienionymi jeśli chodzi o koncerty (zwłaszcza w tej ostatniej kwestii), koniec końców udało się więc wszystko ogarnąć i o imponującej godzinie 14:30 wszyscy siedzieliśmy już w pełnym samochodzie, ruszając w drogę do stolicy.

Podróż przebiegała w miarę spokojnie, pozostawiając nadzieję na możliwość obejrzenia pierwszej kapeli – to jest mniej więcej do momentu, w którym dotarliśmy w okolice Warszawy, gdzie wszystkie zakręty prowadzą w lewo, znaki kierują na trzy różne trasy, po czym zanikają całkowicie, a producenci automap perfidnie reklamują się na barierach. Wskutek tego cały występ kalifornijskiego Mizery spędziliśmy krążąc w okolicy paru kilometrów od klubu, po dotarciu do któregoż kierowca przysiągł wszystkim doradzającym w kwestiach kartograficznych wieczną pomstę i piekło niewrotne, a ja oderwałam się od wycieczki, coby przed drugim zespołem zdążyć ogarnąć wszelkie kwestie płaszczowo – palarniano – piwkowe.

Owym drugim zespołem był nowojorski Burn, ekipa, która pierwszy materiał wydała w 1990, by dwa lata później zaginąć w niebycie na niemal dekadę (chociaż członkowie grupy nie próżnowali, z wokalistą zakładającym w międzyczasie Orange 9mm na czele), po czym po wydaniu EPki i pełnego albumu we wczesnych latach dwutysięcznych powtórzyć analogiczny manewr. Popularność na poziomie Madball czy H2O nigdy im nie zagroziła, za to kapeli udało się wypracować swego rodzaju cult following. Na dużej scenie ten zagrany głównie w średnich tempach, przyciężki hardcore wywarł  zgoła niezłe wrażenie, z Malikiem z zaangażowaniem spełniającym swoje obowiązki frontmana i skupiającym na sobie lwią część uwagi, niemniej jestem przekonana, że dużo lepiej wypadliby przed swoją publiką, w zadymionym klubie na trzysta osób. No cóż, taki los supportu, dodatkowo nagłośnienie dosyć konsekwentnie kastrowało chórki i nie tylko.

Burn Live

W miarę przyzwoicie (nowa Progresja powyżej pewnego poziomu nie przeskoczy, wiadomo) zabrzmiało za to Down to Nothing, których prostolinijne podejście do starej szkoły hardcore’a spotkało się z dużo cieplejszym przyjęciem i już od pierwszego numeru pod sceną zrobił się ruch. Panowie wspominali swój poprzedni pobyt w Polsce (o ile dobrze wyśledziłam, w 2005 na gigach za dwanaście złotych – jak to się czasy zmieniają) a i można mieć nadzieję, że po tym wydarzeniu będą mieli ochotę na powrót. Bardzo udany, energetyczny występ, znalazło się nawet miejsce na jakiś pomniejszy circle pit.

Down to Nothing Live

Żarty się skończyły, czas na większe nazwy. Kwadrans po dwudziestej przy dźwiękach intro na deski wyszedł Phil Hall z browarem w ręku (ktoś w końcu musi wyrabiać normę za niepijących chłopaków z Down to Nothing), a za nim reszta załogi z Municipal Waste. Wiązałam spore nadzieje z tą nazwą, pięć lat temu, gdy widziałam ich po raz pierwszy zagrali świetny koncert, zresztą ciężko sobie wyobrazić lepszy repertuar do grania na żywo niż serwowany przez nich wysokooktanowy crossover. Może pewną wskazówką powinien być fakt, że ostatni znakomity materiał wydali prawie dekadę temu, niemniej czegoś mi w tym występie zabrakło. Nie znaczy to, że było tragicznie, a i przyjęcie mieli niezgorsze – przy dźwiękach „You’re Cut Off” na deskach zaczęli pojawiać się pierwsi skoczkowie i kolejne circle pity. W repertuarze znalazło się miejsce dla „opisującego przyszłość Ameryki” i odegranego z niemal grindową manierą „I Want to Kill the President”„Unleash the Bastards” z drugiej płyty, a z mojego ulubionego albumu „The Art of Partying” poleciały takie hity, jak „Sadistic Magician”, „Beer Pressure” i zamykające „Born to Party”, ze wszystkim znanym i chóralnie odśpiewanym „Municipal Waste is gonna fuck you up!”. Skąd więc to marudzenie? Częściowo pewnie z powodu wywindowanych oczekiwań, nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że w tej kapeli coś się już wypaliło.

Municipal Waste Live

Zbyt wielkich roszczeń nie miałam za to w stosunku do następnego w kolejności zespołu, Walls of Jericho, na których także udało mi się już kiedyś spojrzeć i wypadli no cóż, po prostu spoko. Uprzedzając pytania – tak, to ci z laską na wokalu. Dość mocno romansująca z metalem grupa odegrała całkiem przyzwoitą sztukę, Candace niezmordowana biegała po scenie, zapraszając na nią ludzi z publiczności i zachęcając do wspólnej zabawy. W pewnym momencie przypomniała uczestnikom koncertu, że uprasza się o trzymanie rąk przy sobie – czy ta uwaga była skierowana do osobnika, który niedługo później klękał przed nią na deskach Progresji, nie jestem pewna, aczkolwiek jest możliwym.

Walls of Jericho Live

Nie upłynęło jeszcze nawet pół roku, od kiedy po raz ostatni widziałam moją osobistą gwiazdę wieczoru, czyli nowojorczyków z legendarnego Agnostic Front. Panowie wyszli na scenę przy dźwiękach tematu z „Dobrego, Złego i Brzydkiego”, od razu zaczynając z grubej rury, bo od „The Eliminator”. Na numery, które rozruszają publikę jeszcze bardziej, nie trzeba było długo czekać – już jako drugie poleciało radośnie odśpiewane (w tym przez piszącą te słowa) „My Life My Way”, w trakcie którego jakieś dziewczę, które ewidentnie przekroczyło zasadę pięciu sekund przebywania na deskach zarobiło przytulaska od Rogera Mireta. Również jakoś w tej okolicy przyuważyłam pierwszą osobę z twarzą zalaną krwią, która wyglądała, jakby po tym gigu miała raz na zawsze pożegnać się z urokami posiadania prostej przegrody nosowej. W tym miejscu serdecznie pozdrawiam osobnika z kartką z napisem „Stigma for President” – ciężko uwierzyć, że Vinnie ma już ponad sześćdziesiąt lat! Jak wypadł jeden z najbardziej znanych numerów grupy, czyli „For My Family”, łatwo sobie wyobrazić, miazga w czystej postaci. Pojawiły się też kawałki z ostatniego albumu tej ekipy, chociażby „Police Violence” i niesamowicie wpadający w ucho „Old New York”, z klasyków było też oczywiście ewidentnie znane sporej części sali „Gotta Go”. Nie zabrakło też innych stałych elementów występów amerykanów, czyli coverów „Crucified for your Sins” Iron Cross i „Blitzkrieg Bop” z repertuaru pewnej znanej firmy odzieżowej. Co by tu więcej rzec, w prawdziwym duchu hardcore’a Agnostycy pokazali, jak się gra koncert nie tyle nawet dla ludzi, co wręcz z nimi. Jakość sama w sobie.

Agnostic Front Live

Po tak wysoko postawionej poprzeczce z zainteresowaniem wyczekiwałam na Suicidal Tendencies, tym bardziej, że do tej pory jedyne moje wspomnienie związane z oglądaniem ich na żywo obejmowało wpadnięcie na teren Brutal Assault w idealnym momencie, żeby zobaczyć plecy schodzącego ze sceny zespołu, gdzie sytuację jedynie pogorszyło spotkanie załogi z Torunia, której przedstawiciele rzecz jasna nie mogli odpuścić sobie wyjaśnienia mi ze szczegółami, jakie to zajebiste show właśnie mnie ominęło. No cóż, zrobiłabym to samo. Wracając do czasów bardziej współczesnych – zaczęli z przytupem, bo od „You Can’t Bring Me Down”, następnie poleciało „War Inside My Head” i „Institutionalized”. Kontakt z publiką na najwyższym poziomie, za garami sam Dave Lombardo, więc wiadomo, robi robotę. W pewnym momencie odegrał nawet krótki motyw z „Angel of Death”, niewątpliwie przyjemny smaczek dla podekscytowanych jego obecnością w składzie Suicidali, a tych było niemało, co dało się poznac po gromkim aplauzie, jaki dostał po przedstawieniu go przez Mike’a. Przez scenę przewija się coraz więcej skoczków, któryś wymachuje znalezionym w tłumie portfelem, wokalista Burn robi zdjęcia rozochoconej publiczności. Panowie odgrywają „Freedumb”„Trip at the Brain” i świetnie przyjęty singiel z ostatniej płyty, to jest „Clap Like Ozzy”. Leci „Subliminal”, a Muir wyżyma z potu swoją firmową bandanę. I słusznie, bo zaraz zrobi się jeszcze goręcej, gdy na „Possessed to Skate” zacznie wciągać na scenę kolejne osoby. Nie trwało długo, by znalazło się na niej chyba setka ludzi, gotowych do odśpiewania „I Saw Your Mommy” i… „Sto Lat” zaadresowanego najwyraźniej do Lombardo. Idę o zakład, że niejeden ochroniarz będzie opowiadał o tym kolegom podczas dzielenia się najciekawszymi doświadczeniami z roboty. Jak się okazało nie był to jeszcze jednak koniec występu, bo po opuszczeniu sceny przez publikę zostało zagrane jeszcze „Cyco Vision”, a na „Pledge Your Allegiance” zaproszono uczestników koncertu na podwyższenie po raz wtóry. Jak dla mnie powtórzenie takiego zabiegu poskutkowało lekką utratą rozpędu przez zespół i lepiej by się to sprawdzało jako jednorazowa, zamykająca całość akcja, no ale czy to robiło jakąkolwiek różnicę wszystkim, którzy dzięki temu mieli okazję przybić piąteczkę z jednym z najbardziej uznanych perkusistów na tej planecie albo pobyć na deskach z ukochaną kapelą? Pewnie nie.

Suicidal Tendencies Live

Suicidale skończyli krótko po północy i tutaj należą się wyrazy uznania dla organizatorów i ekipy technicznej, bo jedynie dziesięciominutowa obsuwa na wydarzeniu, na którym grało siedem kapel nie zdarza się często. Mimo trwających tylko kwadrans (no dobra, raz dwadzieścia minut) przerw technicznych wszystko zagrało jak w zegarku. Jestem pod wrażeniem.

Również bardzo uprzejmym (i odważnym!) zabiegiem była rezygnacja z ustawienia barierek, chociaż fotografujący pewnie nie byli zadowoleni, a co bardziej zuchwali mieli okazję wykazać się pewnymi… ekhem… tendencjami samobójczymi. Dobrze też, że pojawili się ratownicy medyczni – przez pewien czas stałam w ich pobliżu i niewątpliwie okazali się potrzebni.

In minus tradycyjnie już w Progresji nagłośnienie i konieczność wychodzenia na zewnątrz do palarni, poza tym sytuacja w której właściwie przez całą przerwę nie można dopchać się do baru również nie uprzyjemnia imprezy. Niemniej, są to uwagi natury raczej kosmetycznej (może poza dźwiękiem), które nie zdołają mi zatrzeć pozytywnego wrażenia, z jakim zostałam po tym wydarzeniu. Następne koncertowe przystanki już wkrótce podczas tras Schizmy i Christ Agony, a i kto wie, może już w lutym wrócę do Warszawy na zgoła inną w klimacie imprezę, to jest gig Nuclear Vomit w towarzystwie świrów z Gutalax.

 

Po raz kolejny wielkie podziękowania dla Janka Fronczaka za użyczenie zdjęć, zajrzyjcie na jego stronę po więcej.

 

X.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *