Zamiast wstępu postawię Wam odpowiedzi na pytania, które, jak podejrzewam, będą Was trapić przed przeczytaniem tego tekstu. Czemu „The Plague Within”, a nie wydane bardzo niedawno „Symphonies for the Lost”? Ano dlatego, że nie przepadam za albumami koncertowymi, a „Symphonies…” to pozycja wybitnie nieudana, więc daruję sobie pastwienie się nad Brytolami.

Kolejną kwestią może być: skąd pomysł, by recenzować album wydany 7 miesięcy temu? Odpowiedź poniżej.

www.youtube.com/watch?v=55XlIPzY5q0

Tak, Moi Kochani, zabrałem się za „Plagę” z jednej, prostej jak drut przyczyny: ów album jest najgenialniejszą pozycją, jaka pojawiła się na rynku wydawniczym w 2015 roku. Powiem więcej – 14. płyta w dyskografii Brytoli to ich najlepszy krążek od czasów „Draconian Times”. Chłopaki już od dawna deklarowały powrót do korzeni, a każdy kolejny album wydany po „Paradise Lost” był coraz to lepszy i zwiastował powrót do death/doomowej tradycji obficie serwowanej na 2 pierwszych krążkach grupy.

Jaka jest więc „Plaga”? Eklektyczna. Słowo–klucz w wypadku opisywania tego dzieła. Nie jest to znowu takie oczywiste, bo przecież „Paradajsi” eksperymentowali z naprawdę różnymi formami muzycznymi, począwszy od wspominanego death/doom, po gotycki rock, skończywszy na ambitnych elektronicznych dźwiękach spod znaku depeche mode’owskiej „Ultra”. A tutaj – proszę bardzo!

Paradise Lost, band photo , 2015

W eksploracji nieodkrywanych jeszcze przez siebie różnych form ekstremy chłopaki z Halifax posunęli się dalej, niż sądziłem. Prędkie „Flesh from Bone”, zaskakujące black-deathową motoryką „Terminal”, a nawet wyluzowane (tak, dokładnie, Paradise Lost stać też na taki ruch!), nieco stonerowe „Cry Out. Mówimy jednak o powrocie do korzeni, więc jakie znajome dźwięki wychwycimy? Ano esencję tego zespołu. Powolne, ciężkie, walące po mordzie z subtelnością młota pneumatycznego riffy, mocarne brzmienie i partie perkusji, oraz w końcu – pierwszy raz od „Shades of God” – growling Nicka. Jest to wprawdzie coś na wzór surowego charkotu, aniżeli głębokich wokaliz z np. „Gothic”, lecz barwa ta bardzo pasuje do obskurnej atmosfery albumu. Nie brakuje także dźwięków, które z miejsca pokochają fani tematów poruszanych na „Icon” i „Draconian Times”. Gitarowe zawodzenie Mackintosha, przepiękne, rzewne melodie, i czysty śpiew od czasu do czasu wzbogacony chrypką („Punishment Through Time”),  a wszystko to zbudowane na podniosłej, a przy tym melancholijnej dźwiękowej ornamentyce, za którą znowu musimy podziękować Gregowi.

Podsumowując, cały czas potrafię wzruszać się przy odsłuchu „The Plague Within”. Przepiękne nawiązania do starych czasów, przepiękne nowości, przepiękne dźwięki – przepiękny album. Po prostu. Od pierwszych dźwięków słychać, że nie jest to pozycja tak skrajnie wymuszona, jak ich self-titled. Płyta zrobiona z naturalnym podejściem, na luzie, którego skutki są co najmniej wyśmienite.

Raj znowu utracony, w najlepszy z możliwych sposobów. Brawo.

10/10

1 Comment Paradise Lost – „The Plague Within”: Recenzja

  1. MetMirek

    Tak się właśnie zastanawiałem, recenzuje się u was tyle albumów a gdzie się podziało to dzieło? Ale jest! :D Recenzja krótka i zwięzła ale czy tu potrzeba czegoś więcej? Dać tej płycie kilkanaście przesłuchań i człowiek zatraca się dźwiękach na amen.

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *