Nordycka scena metalowa, rozumiana jako przystań muzyków, którzy swoje życie artystyczne postanowili poświęcić chwale i sławie Ultima Thule, stanowi w metalowym świecie prawdziwy ewenement. Z jednej strony można dostrzec tu zdecydowanie ostre, brutalne formy przekazu treści stricte nordyckich, jak miało to miejsce chociażby w toku całej kariery zespołu Unleashed, Obscurity czy Vindir. Z drugiej strony starano się nadać gatunkowi wyraz bardziej podniosły, majestatyczny. Bardzo łatwo można dostrzec to w „drugim okresie twórczości” zespołu Bathory, w toku działalności absolutnie kultowego Enslaved, na późniejszych płytach Grand Magus, czy Falkenbach albo Moonsorrow. Z czasem jednak pojawiły się zespoły, które nadały gatunkowi bardziej przyswajalny, łagodniejszy wymiar. Na pierwszy plan wysuwa się tu, nawiązujące do dziedzictwa Enslaved i Unleashed – Amon Amarth, które całkiem starannie połączyło z jednej strony ostrość i agresję, a z drugiej melodię i patos. Chociaż w ostatnich latach łatwo zauważyć w ich muzyce przechylanie się szali raczej na tę drugą stronę. Nie można też zapomnieć o takich zespołach jak Manegarm, Einherjer, Folkearth czy Skalmold, które przy całej swojej melodyjności nie rezygnowały jednak z agresji i szybkości. W między czasie działo się jednak coś niepokojącego.

Mijały lata i gatunek łagodniał. Pojawiło się więcej naleciałości folk metalu. Pojawiły się melodie jeszcze słodsze niż te, które znamy z Power Metalu. Viking metal stawał się i staje (niestety) nadal cukierkowy. Z jednej strony odpowiadają za to sami fani, którzy zaczęli od muzyki wręcz wymagać  większej przyswajalności (przypomnijmy sobie jaki sukces odniosła płyta Amon Amarth „Twilight of the Thunder God”), z drugiej zaś winowajcami są sami muzycy, którzy podłapując koniunkturę, sami postanowili „ułagodnić” swoje granie (czego wybitnym wręcz przykładem jest poniekąd kultowy zespół Tyr, którego płyta „By the Light of the Northern Star” jest wręcz kopalnią uroczych melodii, przy których Thor sobie rubasznie tupta nóżka, podcinając swoją rudą brodę). Aż tu nagle na zachodniosłowiańskiej ziemi pojawia się zespół, który nie miał najmniejsze zamiaru dać się wpisać w ten cały nurt cukierkowego grania i obrał swoją własną drogę. Zespołem tym jest rzeszowski Pandrador, którego debiutancka demówka „Śmierć Baldura” potężnym klinem wbiła się w całą scenę viking metalu.

W Polsce viking metal nie jest wcale zjawiskiem tak obcym, jak niektórym mogłoby się wydawać. Nordyckie utwory komponował przecież wybitny zespół Graveland. Działalność Norden jest wręcz naznaczona błogosławieństwem Odyna. Jednak o tyle, co ten pierwszy jest na polskiej scenie znany bardzo dobrze, tak ten drugi dopiero wraca do powszechnej świadomości. Oczywiście, w pełni zrozumiałe jest, że łatwiej łechtać to zakompleksione, polskie ego pieśniami o czynach wielkich przodków dzisiejszych Słowian (czynach, których nota bene nie było, a w największych ośrodkach związanych z Mieszkiem I oraz Bolesławem Chrobrym, takich jak Poznań, Gniezno czy Ostrów Lednicki odkrywano ogromne ilości artefaktów skandynawskich), niż na chwilę skupić się na naszych sąsiadach z Północy, których oddziaływanie było wyczuwalne od Pomorza Zachodniego, przez Wielkopolskę aż po Śląsk. Pandrador jednak idąc pod prąd tego nurtu stwierdził, że może jednak warto na chwilę usiąść przy wesoło trzaskającym ogniu kominka, dzierżąc w ręce gitarę RAN Invader, strzelając kartoflami z perkusji, jak z dział czołgów w czasie bitwy na Łuku Kurskim i podejść do tematu z trochę innej strony. Brutalnej. Technicznej. Death Metalowej strony.

Demówka „Śmierć Baldura” zawiera raptem cztery utwory. 4. Słownie cztery. Za to każdy z nich (nawet „Intro”) jest trochę jak taki strzał Mjollnirem między oczy. W sumie ciekawa wizja okładki na nową płytę Cannibal Corpse. Jednak do rzeczy. Z muzycznego punktu widzenia demo zawiera utwory, czerpiące pełnymi garściami z dziedzictwa Unleashed, Immolation, Decapitated, Vader’a, Bathory, Dismember czy Entombed. Panowie znaleźli idealny kompromis między techniką i zawrotnym tempem, a melodią i przyswajalnością. Nie ma tu tandety. Mamy za to świetne partie gitar, rozpędzoną perkusję, bardzo dobrze zrealizowany bas. Niby wszystko siedzi. Uczepić się należy jednak wokalu. Niby wiemy, że jest to demówka, że na tym etapie zespół może sobie pozwolić na parę potknięć, że Lwów w zasadzie powinien być polskim miastem, że może nie wszystkie decyzje zespołu musiały okazać się dobre, że mają jeszcze czas. Nie Panowie. Demówka zrealizowana jest świetnie. Jakość nagrania stoi na wysokim poziomie. Kompozycje są niczego sobie. Teksty nie powodują wykręcenia odbytu z żenady (pozdrawiam zespół Strzyga). Ale wokal zwyczajnie momentami nie leży. Źle są położone akcenty. Głos Patryka Zięby momentami nie zgrywa się z instrumentami. W utworze „Śmierć Baldura” brzmi jakby nagrywany był na siłę, bez pomysłu na melodię. ALE! Nie stanowi to tutaj aż tak dużego problemu (paradoks prawda?). Muzyka Pandrador jest ciężka i brutalna. Te dwie cechy wokal Zięby posiada. I chyba tylko to go ratuje przed totalną porażką. Całość natomiast i tak sprawdza się świetnie. Więc gratki.

Reasumując (stwierdziłem, że w tej recenzji brakuje mądrych słów). Płyta Pandrador to na polskiej scenie ewenement. Techniczny death metal, z naleciałościami black metalu, pełen świetnie napisanych, nordyckich tekstów, pozbawiony zbędnych upiększeń, bardzo dobrze nagrany, ale w swoim wyrazie surowy. To nie jest kolejna urocza banda chłopców w starannie uczesanych włosach, która chce się przypodobać delikatnym fanom. Oni chcą się przypodobać samemu Odynowi, a ich muzyka to czołg (i absolutnie nie jest to nawiązanie do wagi muzyków) rozjeżdżający tych, którzy nie nawykli do mocarnego łojenia. To nordycki metal bez kompromisów. I oby takim został.

Ocena: 8/10

Skład:

Bartłomiej Bardon – Gitara

Marcin Jagieła – Bas, Sample

Rafał Chruścicki – Perkusja

Patryk Zięba – Wokal

Setlista:

  1. Intro
  2. Pandrador
  3. Śmierć Baldura
  4. Valgrind

5 Komentarze Pandrador – „Śmierć Baldura”: Recenzja

  1. LilStorm

    Lubie czytać recenzje pisane luźno i hunorystycznie więc dobra robota ;) co do zespołu masz rację, jednak zaraz po nagraniu dema zmienił się skład, obecnie na wokalu jest Mateusz Bednarz któremu życze jak najlepiej i zobaczymy czy jego wokal poniesie Pandrador na sam most Bifrost!

    Reply
      1. Adamas82

        Nie dziwię się, że skład uległ zmianie – Zięba na żywo to była porażka!!! Widzę na facebooku zespołu, że tylko wokalista został zmieniony. Całe szczęście, bo zupełnie nie pasował do chłopaków. Ciepła klucha, która nie miała pojęcia o tym co robić na scenie!!! Nie zdziwiłbym się też gdyby wywalili go za jego styl bycia albo złe nawyki. Gadałem z chłopakami po koncercie i to zajebista ekipa, goście wiedzą co robią… ale Zięba sprawiał wrażenie – przepraszam za wyrażenie – naćpanego.

        Reply
  2. archeolog

    Jerry… przy pisaniu recenzji skup się na muzyce, bo jak piszesz o historii i archeologii (wzmianka o Mieszku i Chrobrym oraz znaleziskach pochodzenia skandynawskiego) to wykazujesz dyletanctwo.

    Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *