Pandemic Outbreak jest stosunkowo młodą formacją na trójmiejskiej scenie. I bez wątpienia obok Drillera jedną z najciekawszych, które obecnie można zobaczyć w tej części kraju. Po ujrzeniu grupy kilka razy na żywca i przekonania się, jakiż to potrafią zrobić ogień na żywo, z miłą chęcią przesłuchałem debiutancką EP grupy.

I cóż mogę rzec? Jest naprawdę dobrze. Całość co prawda otwiera numer o nieludzko wręcz oklepanym tytule – „Fuck Off And Die”. Sam kawałek jednak pokazuje już, że Pandemic nie bierze jeńców i nie sili się na zbędne pitolenie.  Po wolnym wstępie zaczyna się ostra sieka. Pierwsze skojarzenie? Toxic Holocaust. Zresztą ta formacja będzie się przewijać przez całą EP (w ciut zbyt dużej ilości moim zdaniem). Momentami trochę Slayera, tego  zadziornego z „Show No Mercy”. Świetna solówka i ciekawe zejście po niej. Jednym słowem – dobrze.

W drugim numerze – „Gates Of Hell” – robi się znacznie bardziej punkowo. Oprócz wyżej wspomnianej formacji Joela Grinda coraz więcej cegiełek dorzuca Discharge. Zresztą, maniera wokalna Mateusza momentami kojarzy się z najstarszymi dokonaniami Brytyjczyków. Pomimo całej surowości, utwory zapadają w pamięć. Prosty, ale przemyślany numer.

Tytułowy „Rise Of The Damned” od samego początku jest cholernie gęsty, będąc tym samym chyba najbardziej agresywnym numerem całego wydawnictwa. Wściekłe gitary tną niemiłosiernie, poparte prostą i klasyczną ścieżką perkusyjną. Gitarowa solówka tutaj zresztą też wymiata. I mniej więcej w tym momencie pojawia się u mnie w mojej głowie kolejne skojarzenie – Pandemic Outbreak ma w sobie bardzo dużo z Onslaught z okresu „Power From Hell”.

„Wrath Of The Ancient God” moim zdaniem jest najsłabszym numerem wydawnictwa. Nie jest wcale zły – ale po wyjątkowo agresywnym „Rise Of The Damned”, nagle rock’n’rollowy numer a’la Inepsy sprawia że całość trochę jakby wytraca na pędzie.

„War…War Never Changes” to ostatni numer, w którym ewidentnie widać, jak bardzo klasyka gier komputerowych odbiła się na twórcach albumu. Kawałek wyjątkowo chwytliwy i sprawiający, że chce się machać głową, szczególnie riff, który wchodzi gdzieś w okolicach drugiej minuty. Solówka też inna niż do tej pory – zamiast wściekłego ataku na bębenki słuchacza, tu jest dużo więcej rockowego feelingu (przynajmniej na początku ;) ). Podsumowując – fajny sposób na zakończenie wydawnictwa.

Więc teraz zbierzmy całość do jednego akapitu: mocno osadzony w punku, wściekły thrash. Na największy plus idą tutaj solówki i brudne, surowe brzmienie. Prostota kompozycji dodatkowo dodaje im siły. Szczególnie w epoce, gdzie coraz więcej kapel próbuje pokazać czego to nie umieją zagrać i tworzą bezpłciowe, doskonałe technicznie gówna. Pandemic Outbreak taki nie jest. Szybki, wściekły strzał między oczy – granie dokładnie takie, jak lubię.

8/10

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *