Są takie wyjazdy , na które oczekuje się tygodniami, zapełniając czas pozostały między „teraz” a upragnionym „wtedy” namiętnym przesłuchiwaniem płyt i kontemplacją biletu, gdy godziny mijają jak dni, a dni jak tygodnie. Są też takie, które z różnych przyczyn eliminuje się w przedbiegach, by w dniu wydarzenia, dwie godziny przed odjazdem pociągu, usłyszeć od kogoś „To co, jedziemy?”. Piątkowa wyprawa należała do tego drugiego rodzaju, a jako że nigdy nie umiałam odmówić koncertowi- pojechaliśmy.

Dlaczego w ogóle gig Brytyjczyków z Onslaught, których występy na żywo zawsze wspominałam bardzo dobrze, wylądował na liście rezerwowej? Największe znaczenie miały tutaj duża konkurencja jeśli chodzi o tegoroczne koncerty oraz niezbyt udany dobór supportów. Dodając do tego fakt, iż tego samego dnia w Gdańsku, a nawet w bezpośredniej okolicy klubu, odbywało się kilka innych wydarzeń, trudno się dziwić, że mimo sprzyjającego dnia tygodnia po przybyciu na miejsce próżno było szukać tłumów – tu i ówdzie kręciło się parę osób, oddając się degustacji wiadomej natury napojów.

Chwilę po 19 pod dużą scenę B90 przywołał mnie początek setu Blaakyum, kapeli w pogadankach przedkoncertowych określanej zazwyczaj jako „oni są z Libanu, nie?”. Poza pochodzeniem z okolic lekko egzotycznych, można było skojarzyć ich także z występu na zeszłorocznym Wacken Open Air w ramach konkursu Wacken Metal Battle. Mimo że nazwa zespołu budzi odległe echa skojarzeń z black metalem, panowie poruszają się gdzieś w okolicach styku heavy i thrash metalu, wplatając do swojej muzyki wpływy bliskowschodniego folku- wystarczy wspomnieć, że podczas występów na żywo wspomaga ich grający na derbake Elie Abou Abdo. Nie unikają również odwoływania się do swojego pochodzenia w warstwie pozamuzycznej, wielokrotnie nawiązując ze sceny do sytuacji politycznej w krajach Bliskiego Wschodu i krytykując wszelkie formy fanatyzmu. Jaki z tego wszystkiego wyszedł koncert? Niezły, może nawet dobry, choć przydałoby się nieco więcej ruchu scenicznego, który muzycy mają opanowany w zakresie podstawowym, to jest lekkiego kiwania się w rytm i krótkich przechadzek po scenie.

Po szybko przemijającej przerwie dosyć koszmarne intro przenosi nas z powrotem do Europy,  wraz z rozpoczęciem występu No Return. Swego czasu Francuzom udało się nagrać dosyć udany album z pogranicza death i thrash metalu, „Contamination Rises”, niemniej ich późniejszej twórczości bliżej do melodeathu i w takim też wcieleniu zaprezentowali się na scenie. Cierpię na dosyć ciężką odmianę alergii związanej z tym gatunkiem, którą zaostrzały jeszcze próby korzystania z czystych wokali przez osobę nie mającą ku temu wyraźnych predyspozycji oraz znikomy poziom oryginalności. Ruchu scenicznego może i było więcej niż w wypadku Blaakyum, jednak żeby w ten sposób zrekompensować generalne męczenie buły panowie z No Return musieliby wprowadzić na scenę monocykl, żonglera nożami i zespół ekwilibrystów. Spuśćmy więc na to zasłonę milczenia, by…

No właśnie, w tym miejscu wypadałoby kolejną taką zasłonę spuścić, bo oto na scenie zainstalowali się Finowie z Mors Principium Est, znanego mi z Brutal Assault 2014 składu, który już w ogóle nie kryje się ze swoją melodeathowością. Po jeszcze bardziej koszmarnym intro („Spirit Conception”) przez kilkadziesiąt minut radośnie wycinali swój repertuar złożony ze stockowych zagrywek gatunku („I Will Return”, „Birth of a Starchild” z  „ …and Death Said Live”). Tykające wskazówki zegara z „Enter the Asylum” boleśnie przypominały słuchaczowi o tym, że czasu poświęconego na oglądanie tego występu nigdy już nie odzyska. Poziom dyskotekowości narastał wraz z upływem czasu, wokalista z jakiegoś niezrozumiałego powodu pokrzykiwał co jakiś czas „Cowabunga!”,  a ja przysięgam, że gdyby nie nabyte w zeszłym tygodniu uszkodzenie stopy, nawet dosyć chłodna aura nie powstrzymałaby mnie od spędzenia większości koncertu Morsów na zewnątrz klubu. Ponoć na sali znalazły się osoby, które przybyły na ten właśnie występ – moje kondolencje, chociaż podejrzewam, że skoro od zrobienia tego nie powstrzymała ich znajomość muzyki, to mogło się nawet podobać.

Całe szczęście to już koniec supportowych cierpień – chwilę po 22 na scenę wyszli panowie z Onslaught, z okazji trzydziestolecia wydania „The Force” odgrywający to wydawnictwo w całości. Warto wspomnieć, że była to pierwsza płyta, na której gardło zdzierał niezwykle sympatyczny Sy Keeler, obecny frontman zespołu. W ciągu paru godzin między otwarciem klubu a wyjściem na scenę gwiazdy trochę ludzi zdążyło się zejść, tym samym groźba grania dla pustej sali była już zażegnana, gdy na otwarcie poleciał „Let There Be Death”, poganiany przez „Metal Forces”. Wokalista uwijał się na scenie, zachęcając do walki z Bestią, przestrzegając przed sygnowaniem własnym nazwiskiem kontraktów krwią spisanych czy też przypominając po raz kolejny o rocznicy wydania drugiej płyty.

23.09.2016 - Gdansk - B90. Koncert zespolu Onslaught n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

23.09.2016 – Gdansk – B90. Koncert zespolu Onslaught n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

Tę część koncertu zamknął punkujący „Thrash Till the Death”, jednak odpoczynek nie trwał długo, bo zaraz zabrzmiał entuzjastycznie przyjęty, pochodzący z powrotnego albumu grupy, tytułowy „Killing Peace”.  Ku uciesze publiki, ktoś spod sceny głośno wzywał obecnego prezydenta, zaraz jednak został zagłuszony dźwiękami „The Sound of Violence”, po którym nastąpił powrót do „Killing Peace” wraz z numerem „Destroyer of  Worlds”. Pozytywkową melodyjką została zapowiedziana prezentacja najnowszego rozdziału twórczości kapeli w postaci „66’fuckin’6”, po której nastąpiło zdecydowane cofnięcie w czasie, aż do debiutanckiej „Power from Hell” i utworu tytułowego z tejże płyty, radośnie odśpiewanego przez  uczestników koncertu. Po zejściu grupy ze sceny niewielki, acz zdecydowany chórek domagał się powrotu zespołu na bisy. I doczekali się – setlistę zamknął „Thermonuclear Devastation” i około 23:20 Onslaught definitywnie zeszło ze sceny.

23.09.2016 - Gdansk - B90. Koncert zespolu Onslaught n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

23.09.2016 – Gdansk – B90. Koncert zespolu Onslaught n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

Czy więc warto było zrezygnować ze spokojnego weekendu w domu na rzecz wyprawy do Gdańska? Jeszcze jak! Na całe szczęście występ gwiazdy wieczoru zdołał przyćmić wspomnienia z kulejących supportów, a Brytyjczycy po raz kolejny pokazali młodszym i starszym, jak powinien wyglądać solidny thrashowy gig. No, głównie tym starszym, bo nie dało się zauważyć, że średnia wieku w klubie była całkiem wysoka. Frekwencja za to należała do przeciętnych – podejrzewam, że zebraną publikę ze wszystkich trzech występów Onslaught w Polsce dałoby się zmieścić na dużej sali B90. Koniec końców wyjazd uważam za całkiem udany- Gdańsk, do zobaczenia w październiku!

23.09.2016 - Gdansk - B90. Koncert zespolu Onslaught n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

23.09.2016 – Gdansk – B90. Koncert zespolu Onslaught n/z | Fot. Karol Makurat/REPORTER

X.

GALERIA:

 

 Zdjęcia: Karol Makurat

3 Comments Onslaught – relacja i zdjęcia z koncertu w Gdańsku [23.09.16]

  1. ...

    Eh, to aż wstyd się przyznać, że nie pojechałam właśnie przez supporty, chyba bym zdzierżyć tego nie mogła, ale teraz to aż szkoda mi tego Onslaught.

    Reply
  2. Judasz

    Niepochlebne opinie na temat melodeath’u i i osób, które przyszły te zespoły obejrzeć, autor mógł sobie darować.
    Dla mnie wieśniactwem jest takie piętnowanie muzyki i ludzi tylko dlatego, że dany gatunek nie mieści się komuś między klapkami na oczach, SZCZEGÓLNIE jeśli ktoś aspiruje do miana dziennikarza muzycznego.
    Masz na coś alergię, to nie pisz na ten temat recenzji, do k*rwy nędzy. To tak, jakby krytyk kulinarny zjechał cukiernię za to, że napuchł po torcie z orzechami, na które ma uczulenie. Kogo to obchodzi!?

    Mors zagrał nieźle, aczkolwiek coś było nie tak z brzmieniem – stopa była ukręcona, że przykrywała tonację basu i gitary rytmicznej, trochę też sample mogły być ciszej.
    Przede wszystkim gitarowo bardzo fajnie to wypada, ale jak komuś kilka sampli z klawiszy w miksie tak bardzo przeszkadza… kondolencje.

    Onslaught… zamiótł (a jakże :) )

    (Reszty nie widziałem :P )

    Reply
    1. X

      Tak, pisanie relacji z koncertu i pominięcie połowy kapel żeby ktoś się nie poczuł urażony to znacznie lepsze rozwiązanie :D

      Reply

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *