Trvehiem, czyli niemiecki raj dla maniaków oldschoolowego heavy metalu. W tym roku gościem honorowym jest tu Enforcer – rozpalona kulka zniszczenia, która po nagraniu kilku niezwykle popularnych krążków nie ma zamiaru sceny nikomu oddawać. Czy wydany w tym roku Zenith przyjął się równie dobrze, co jego speedmetalowi poprzednicy? Olof Wikstrand, mastermind projektu, swoją bezkompromisowość manifestuje w wypowiedzianych niezwykle spokojnie, wymownych i szczerych do bólu odpowiedziach.

HR: Za Zenithem zdaje się stać dość mocna koncepcja. Mieliście ją w głowie zanim zaczęliście tworzyć, czy ta wizja wyłoniła się sama w trakcie pisania materiału?

OW: Mniej więcej wiedziałem, co chcę osiągnąć. Przede wszystkim zależało mi na mocnych podstawach, rdzeniu zainspirowanym muzyką, której słucham. Chcieliśmy szybkich i agresywnych kawałków, chwytliwych refrenów, które publiczność będzie mogła z nami śpiewać. Oprócz tego, tym razem – także czegoś melancholijnego, spokojnego, żeby to wszystko przełamać. Naszym celem było odrzucenie wszystkich limitów i stworzenie tak dobrego albumu, na jaki nas stać.

HR: Zrezygnowaliście nieco z prędkości na rzecz klasycznych, rockowych motywów. Czy to nowy kierunek dla Enforcera? I wreszcie – skąd pomysł na balladę?

OW: Nie zrezygnowaliśmy z nich w stu procentach. Na pewno jest w tym dużo hard rocka i heavy metalu – tych rzeczy, których słuchamy na co dzień. Zenith jest de facto szybszy niż nasz pierwszy album. Into The Night to było właściwie ciągle to samo tempo. Twoje wrażenie po przesłuchaniu Zenith jest uzasadnione, bo postawiliśmy na różnorodność. Nie rozumiem jednak tych wszystkich zarzutów stawianych przez fanów starszych nagrań – poprzedni album też miał złożone momenty, wolniejsze momenty – takie, za jakie krytykuje się Zenith.

Z Regrets za to mam niewiele wspólnego. Gdy nagrywaliśmy album, kawałek był już w 100% zrobiony. Nie był pisany dla Enforcera, Tobias napisał go dla innego zespołu, można powiedzieć że im go zakosiliśmy (haha). Nie wiem, czy będzie to dla nas nowy kierunek – po prostu lubię, gdy ludzie nie wiedzą co sądzić, bo są zbyt zszokowani.

HR: Rzeczywiście krytyki wokół Was zdaje się być po premierze krążka najwięcej w historii…

Wydaje mi się, że takie osoby budują swój wizerunek Enforcera na bazie kilku kawałków, których słuchają na okrągło. To cały czas ta sama historia. Gdy wydaliśmy Diamonds ludzie strasznie go hejtowali, bo był inny. Krzyczano, że gejowy hair metal, że sprzedali się – tylko dlatego, że zrobiliśmy coś inaczej. Tymczasem po latach okazuje się, że im więcej ludzie krzyczą, tym lepszą robotę zrobiłeś.

HR: Czy w takim razie obecnie możliwe jest nagranie albumu, który dorośnie do poziomu powszechnie znanych klasyków?

Zdecydowanie. Zenith najbardziej ze wszystkich naszych nagrań przypomina to, co ludzie nazywają klasycznym metalem. Dodatkowo jego jakość jak najbardziej do tych klasyków dorasta. Weźmy Judas Priest. Każdy kawałek jest inny, ale wszystkie razem idealnie zgrywają się na albumie. Większość nowych zespołów myśli, że podążanie ich ścieżką to kopiowanie dwóch, może trzech utworów. Nie – trzeba zrozumieć podstawy, które kryją się za ich, i nie tylko ich geniuszem.

HR: Co w sytuacji, gdy twoja inspiracja zjada twoją twórczość? Jak tego uniknąć?

Zawsze się trochę kopiuje i wykorzystuje czyjeś patenty. Metallica czerpała z Diamond Head, a Tokyo Blade, który tu dzisiaj gra, skopiował większość swojego drugiego albumu z Def Leppard. Trzeba tylko wiedzieć, jak korzystać z czyichś pomysłów w kreatywny sposób.

HR: Część z tych młodych zespołów brak oryginalności zastępuje żartami. Heavy metal nie jest ostatnio najpoważniejszym gatunkiem na świecie – czemu powstaje coraz więcej zespołów, które śmieją się z samych siebie? Jak do tego podchodzisz?

Każdy robi z życiem co chce, ale ja nie popieram ironicznych, śmieszkowatych kapel. Na przykład Steel Panther. Osiągnęli sukces, ale to cyrk, a nie muzyka. Mają całkiem niezłe żarty, ale przez to muzyka zeszła na drugi plan, zrobili z tego bardziej komedię i teatrzyk.

HR: Co z ironią typu Ghost?

To zupełnie co innego. Ghost jest świetny, to jedna z niewielu nowych grup, które naprawdę lubię i podziwiam. Jakoś w 2008 zaprosiliśmy ich, by wystąpili jako support Enforcera. Najpierw się zgodzili, potem coś nie poszło (śmiech).

HR: Skoro jesteśmy już przy Ghost, to co właściwie sprawia, że Szwecja rodzi tylu muzycznych geniuszy i jest ojczyzną licznych zespołów, które odnoszą sukcesy na całym świecie?

Nasze życie w dużej mierze kręci się wokół muzyki. Słuchanie jej i granie na instrumentach to część naszej kultury. Zespoły są wszędzie. Czasem mam wrażenie, że kogo nie spotkam na ulicy, to zaraz okaże się, że gdzieś gra. Z drugiej strony sama Szwecja nie jest dobrym miejscem dla tych kapel. Nie ma tu fanów, tak jak w Niemczech czy w Polsce, wszyscy starają się prześcignąć siebie nawzajem, co ma też oczywiście swoje plusy. Rywalizacja jest potrzebna i pozwala na rozwój.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *