Tersha to świeży twór na rodzinnej scenie, a jednocześnie dość szybko zdobywają rynek. Wydany ostatnio niezły debiut „Aim And Fire” zbiera coraz lepsze recenzje, a sama kapela w dniu jutrzejszym rusza w pierwszą trasę. Co Panowie o tym sądzą? Zobaczmy.

Cześć ! Bardzo podoba mi się wasz styl grania. Ewidentnie bierzecie na warsztat Panterę, zauważając też ich najstarsze wpływy. Jakie jeszcze kapele was inspirują?

Cześć, dzięki! Tersha to kolaż muzyczny, bez wstydu bierzemy na warsztat nie tylko Panterę, ale również takich rzeźników jak Anthrax, Testament, Judas Priest, Crimson Glory, White Zombie, Black Sabbath, Dead Horse, Sacred Reich… I to jest tylko wierzchołek góry lodowej. Tak naprawdę o naszych inspiracjach możemy rozmawiać całymi godzinami, każdy z nas siedzi w innych klimatach muzycznych, nie tylko w muzyce metalowej ale ogólnie w szerszym kontekście. Z drugiej strony jesteśmy też świadomi tego, że jesteśmy na początku naszej przygody z
muzyką i to jest najbardziej ekscytujące! Cały czas powstają nowe kawałki. Są one coraz ciekawsze, inne od materiału który powstał przed zmianami w naszym zespole i na płycie „Aim And Fire”.

Skąd wzięła się nazwa Tersha? Co oznacza?

Dość długo szukaliśmy odpowiedniej nazwy dla naszej czwórki, pojawiały się przeróżne pomysły jednak za każdym razem nie mogliśmy znaleźć czegoś, co pasowałoby nam wszystkim. W końcu nadszedł pierwszy koncert a my wciąż byliśmy bez nazwy. No i dupa! Padł w końcu pomysł, że nazwę weźmiemy od pierwszego napisu, który nam się rzuci w oczy. Tak się złożyło że salę prób mieliśmy wtedy pod siedzibą pewnej firmy o takiej nazwie. Najzwyczajniej w świecie zerżnęliśmy tę nazwę i tak zostało do dziś. Potem okazało się, że Tersha to po prostu żeńskie imię, ale o tym dowiedzieliśmy się długo po fakcie. Jedziecie na mini-trasę z krakowskim Mastemey. Czego się spodziewacie? Gdzie zawitacie? Nastawiamy się na niesamowicie dobrze spędzony czas w gronie znakomitych ludzi, zarówno po stronie publiki jak i zespołów! Odwiedzimy po kolei Poznań, Warszawę, Radom, Kraśnik, Sosnowiec, w planach mamy także Toruń, Elbląg. Lista cały czas rośnie! W swoim imieniu możemy zapewnić że będzie sztos jak nigdy!

Który dotychczasowy koncert wspominacie najlepiej?

Z perspektywy czasu jednym z najbardziej odjazdowych koncertów był ten w Słupsku w 2016 roku, graliśmy z Grin oraz Seaghoat. W trakcie naszego wykonu, pod sceną rozegrało się hardkorowe pogo, które przerodziło się w karczemną bójkę. Może i musieliśmy zakończyć
występ w połowie, z obawy o bezpieczeństwo ludzi i klubu, ale widok ludzi trzaskających się kuflami po pyskach przy kawałku „Blessed” jest niezapomniany!

Wydaliście „Aim And Fire” swoim własnym sumptem. Nie myśleliście może, żeby rozejrzeć się za wydawcą?
Myśleliśmy o tym i działaliśmy w tym kierunku. Można powiedzieć że propozycje jakie do nas spływały nie oferowały nam tego, czego sami nie bylibyśmy w stanie zdziałać. Nie wdając się w szczegóły, zdecydowaliśmy więc, że spróbujemy swoich sił. Co przynosi nie najgorsze skutki. Oczywiście, nie zrażamy się do wydawców. Po prostu jesteśmy trochę uparci i wiemy co mamy do zaoferowania!

Waszym najmocniejszym punktem jest wokal. Czy Kris dużo ćwiczy? Kiedy zaczął śpiewać?

Rzeczywiście, wokal tego gościa to jest to! Znamy się jeszcze z czasów liceum, gdzie graliśmy razem w łomżyńskiej kapeli hard-rockowej Destylat. Nazwa nie przypadkowa, bo naprawdę mocno dawaliśmy w palnik. Kris od lat gimnazjalnych fascynował się wokalistami takich legendarnych zespołów jak Judas Priest, King Diamond, lub Testament. Od naśladowania owych, po występy karaoke w lokalnych knajpach, jego pasja do śpiewania rozwijała się. Od tego czasu jego wokal przeszedł sporą przemianę, i wierzcie mi, że to co pokazał na „Aim And Fire” to zaledwie rozgrzewka przed tym, co nadejdzie w niedalekiej przyszłości!

Co spowodowało zmianę perkusisty w waszym składzie?

Historia jest dość banalna. Po kilku latach grania w tamtym składzie znaleźliśmy się w punkcie, w którym mieliśmy inną wizję na dalszy rozwój zespołu, więc postanowiliśmy pójść różnymi ścieżkami. Grzdyl jest niesamowitym perkusistą i bardzo szybko załapał co jest u nas grane. Wkręcił się w naszą muzykę jak włosy w tokarkę!

Widziałem w Internecie zdjęcie, które sugeruje, że podczas koncertu złamaliście gitarę. Co dokładnie się stało?

Od jakiegoś czasu wprowadzamy małe innowacje do naszych występów, okaleczanie się na scenie i łamanie gitar to tylko część naszej nowej oferty dla publiki! A tak na serio, to był skutek wcześniejszego wypadku, z początku pozornie niewidocznego. Ale zapalnik tykał… I tak przetykał przez całą próbę dźwięku. Później, gdy tylko zaczęliśmy grać pierwszy utwór, wiosło samo złożyło się na scenie! Dzięki uprzejmości Bartka, gitarzysty Dead Saint’s Bitch, udało się dokończyć występ na jego gitarze. To było całkiem niezłe przeżycie. Pozostało coś z tym fantem zrobić, a oczywiście nikt nie ogarnia lepiej złamanych gitar od ludzi z gdyńskiego Broken Neck! Momentalnie ogarnęli wiosło, tnie riffami lepiej niż przed złamaniem!

Najlepsza i najgorsza rzecz, jaka spotkała scenę metalową to…?

Internet. Z jednej strony jest to najlepsza rzecz jaka spotkała scenę metalową i ogólnie biznes muzyczny, ponieważ dzięki niemu mamy możliwość znalezienia ciekawej i unikalnej muzyki ze wszystkich zakątków świata. Z drugiej strony, powszechny dostęp do Internetu zabija w nas m.in. potrzeby uczestniczenia w koncertach, możemy wszystko zobaczyć w sieci, w wygodnym fotelu popijając whisky z lodem.

Dzięki za wywiad- ostatnie słowo idzie do was. Co chcecie przekazać czytelnikom?

Słuchajcie kapeli TERSHA, słuchajcie metalu, wspierajcie muzyków i ich zespoły. Interesujcie się wydarzeniami w waszej okolicy i pojawiajcie się na nich. Czy chcecie tego czy nie, na YouTube nie doświadczycie tego samego co na żywo pod sceną! To właśnie od Was zależy istnienie i rozwój dobrej muzyki! Tak więc do zobaczenia!

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *