Pewnego letniego dnia zespół Riverside poinformował swoich fanów, iż w związku  z przewidywaną na koniec września premierą nowego albumu Wasteland (zapisywanego także Waste7and) w październiku wyrusza w dużą trasę koncertową obejmującą osiem polskich miast  i kilkanaście zagranicznych. Już wtedy wiedziałam, że przynajmniej jeden z zaproponowanych terminów powinnam obowiązkowo zarezerwować w swoim, wypełnionym dość konkretnie, kalendarzu jesiennych koncertów . Widząc zespół już wcześniej trzy razy na żywo i wiedząc, czego mogę się spodziewać, decyzja zapadła od razu- każdy z obejrzanych występów grupy był prawdziwą muzyczną ucztą (nie tylko dla koneserów progrockowego grania) i zostawił w pamięci trwały ślad, powodując apetyt na więcej. Głód miał zostać zaspokojony 13 października w poznańskim klubie TAMA. Jest to stosunkowo nowe miejsce na koncertowej mapie miasta, zostało przeze mnie pierwszy raz sprawdzone przy okazji sierpniowego występu Chelsea Wolfe. Klub sprawił dość dobre wrażenie, zarówno pod względem akustyki, jak i przestrzenności, więc postanowiłam udać się tam kolejny raz. Co więcej, koncert Riverside w Poznaniu był ogłoszony jako jeden z pierwszych (po Gdańsku) na trasie, oferując możliwość posłuchania nowych utworów na żywo wcześniej niż w innych miastach.

Od nagłej śmierci gitarzysty Piotra Grudzińskiego w 2016 roku zespół funkcjonuje jako trio,  a Wasteland jest pierwszym longplayem nagranym bez udziału muzyka, zapowiadającym nowy rozdział w historii Riverside. Zapoznałam się z płytą praktycznie zaraz po premierze, by na koncert udać się już z pełną znajomością nowych kawałków. Występują na niej melancholijne i nastrojowe kompozycje jak „River Down Below” czy „The Night Before”, jednakże nie brak także bardziej żywiołowych numerów, z „Acid Rain” na czele. Połączenie takich utworów na jednym krążku sprawia, że każdy fan zespołu znajdzie tu coś dla siebie. Można więc śmiało powiedzieć, że Wasteland scala całą historię zespołu w jedno, nawiązując zarówno do mocniejszych epizodów twórczości, jak  i nowszych kompozycji opartych na budowaniu nastroju i emocjonalności. Płyta definiuje więc  w pewien sposób czym było Riverside i czym jest obecnie. Koncertowo w 2017 grupę Duda- Kozieradzki- Łapaj wspierał Maciej Meller, znany z wcześniejszej współpracy z Mariuszem Dudą i gościnnie występujący także na nowym albumie. Wywarł on na mnie jako muzyk bardzo pozytywne wrażenie, więc tym bardziej ucieszyła mnie wieść, iż także w tym roku zagra z zespołem na trasie. Nowe utwory, nowy rozdział, nowe aranżacje, nowa setlista, aura czegoś specjalnego  i wyjątkowego rozsiewana w rozmowach o trasie- zachęcona i zaciekawiona udałam się na koncert
z dużymi oczekiwaniami i wysoko zawieszoną poprzeczką poprzednich występów Riverside.

Zanim podano jednak danie główne, zadanie rozgrzania publiczności przypadło dwóm supportującym zespołom.  W związku z napiętym planem dnia udało mi się zobaczyć tylko jeden  z nich- rzeszowski Spiral, kwintet z damskim wokalem, określający się jako eksperymentujący  z gatunkami takimi jak dream pop, post rock czy trip hop. Zaprezentowali publiczności około półgodzinny set. Nie jest to gatunek z którym często mam styczność, jednak występu słuchało się dość przyjemnie. Słuchało, gdyż na większej części publiczności zespół nie wymusił bardziej żywiołowych reakcji, lecz trochę to rozumiem- tego typu muzykę trzeba po prostu „czuć”- delikatny wokal, mocniejsze partie instrumentalne, zróżnicowanie i specyficzna melodyjność zestawione razem mogą być trudniejsze w odbiorze dla nieprzyzwyczajonych słuchaczy. Myślę, że zespół tego typu sprawdziłby się dobrze na festiwalu typu gdyński Open’er, jednakże w przypadku supportowania Riverside oczekiwałam formacji bardziej zbliżonej stylistyką do głównej gwiazdy, chociażby w typie zeszłorocznego towarzysza na trasie- rewelacyjnego Lion Shepherd. Duży plus dla muzyków Spiral za żywiołowość na scenie, jednak uważam, iż zejście dwóch z nich w tłum na jednym z utworów nie było konieczne- nie zostali w żaden sposób oświetleni, także dalsza część widowni mogła nie mieć  w ogóle pojęcia co się wydarzyło. Z drugiej strony tego typu zabieg ze strony zespołu, który ma krótki czas do dyspozycji nie uważam za trafiony, gdyż publika, często mniej zaangażowana w trakcie supportów, w takim wypadku może różnie to odebrać.

Po występie Spiral sala zaczęła się zapełniać coraz szczelniej fanami Riverside, obnażając przy okazji jedyną dla mnie wadę klubu TAMA- brak odpowiedniej wentylacji. Pomimo otwartych drzwi na sali było dość duszno, a w momencie gdy na koncert sprzedano wszystkie wejściówki(osobiście uważam, że trochę za dużo, gdyż część publiczności stała w drzwiach, kupując bilet za, umówmy się, niemałe pieniądze) można było odczuć z tego powodu dyskomfort. Odpuściłam więc podchodzenie na siłę pod samą scenę, zajmując miejsce z dobrym widokiem i dostępem do większej ilości powietrza. Poruszenie wśród publiczności wywołał komunikat mówiący o zakazie używania smartfonów podczas występu. Temat jak wiemy wciąż aktualny i można by pisać o tym dużo, czy ograniczać, czy nie, a może tylko częściowo( dosłownie tydzień temu uczestniczyłam  w koncercie na którym Jack White wymagał od każdego włożenia telefonu w specjalny futerał, który można było otworzyć tylko w specjalnej strefie lub po zakończeniu koncertu). Sam Mariusz Duda tłumaczył kilka dni temu na swoim profilu na Facebooku, że zespół nie ma nic przeciwko gdy ktoś nagra krótką relację dla znajomych na Instagramie czy zrobi pojedyncze zdjęcia. Chodzi tu o osoby, które potrafią przestać większą część koncertu z telefonem w górze przeszkadzając tym samym innym w oglądzie i odbiorze i na które podziała jedynie odgórny zakaz, bo same nie znajdują umiaru w tym co robią. „Nie jesteśmy w stanie niczego zakazać, odwołujemy się tylko do Waszego smaku  i wyczucia”- pisał lider. Sama wykonałam więc w trakcie koncertu tylko dwa szybkie pamiątkowe zdjęcia na potrzeby relacji i bardzo cieszył mnie fakt, że nie musiałam oglądać sceny przez ekrany telefonów.

Oczekiwanie wreszcie dobiegło końca- chwilę po godzinie 20 na scenę wkroczyli muzycy Riverside. Koncert rozpoczęli jednym z nowych utworów- żywiołowym „Acid Rain”. I tak samo żywiołowo zareagowała publiczność, która od razu dała się porwać muzyce, śpiewając z Mariuszem Dudą wybrane partie kompozycji. Po rozgrzewce przyszedł czas na kolejne pozycje z płyty Wasteland, czyli melodyjny, chwytliwy „Vale of Tears” i nieco bardziej stonowany, spokojniejszy „Lament”, kończący się nastrojową partią graną na skrzypcach. Nowością były zauważone przeze mnie już na samym początku prezentowane na rzutnikach wizualizacje w tle sceny, a także rozbudowany system oświetlenia, nadający występowi dynamiki. Sam lider formacji wspominał o tym między utworami, iż celem grupy było podniesienie także walorów wizualnych występu poprzez zastosowane wspomniane środki. „Dobrze być znowu w trasie” – przywitał się z fanami Duda. Zapowiedział także, iż wraz z kolejny utworem cofniemy się trochę w czasie, do początków Riverside, a konkretniej do tytułowego kawałka z pierwszej płyty zespołu z 2003 roku- „Out of Myself”. Wywołało to niemałą radość wśród publiczności, prywatnie dla mnie też była to miła niespodzianka- w przypadku ostatniej trasy krążek ten został zupełnie pominięty w setliście, dlatego duży ukłon dla zespołu, że tym razem zdecydowali się na powrót do grania na żywo starszych numerów. Zadziało się to kosztem dwóch nowszych płyt: Shrine of New Generation Slaves i Love, Fear and The Time Machine. Niektórzy stwierdzą, iż szkoda, sama bardzo lubię te wydawnictwa, ale zostały na tyle mocno wyeksploatowane w trakcie koncertów w ostatnim roku, iż tym razem wers „Voices in my head…” wyszeptany przez Mariusza Dudę, zapowiadający wykonanie „Out of Myself” przywitałam  z niemałą radością. Z tej samej płyty pojawił się później także rozpoznawalny „Loose Heart” oraz instrumentalny „Reality Dream I”- krążek ten dostał więc w trakcie poznańskiego występu bardzo godną reprezentację. Nie był to koniec niespodzianek …
„Left Out”, czyli Anno Domini High Definition powraca do łask, z partiami wokalnymi które chętnie podchwytują fani, cały klub TAMA wybrzmiewa więc śpiewem i oklaskami w rytm muzyki. Poprzedzone zostaje sztandarowym „Second Life Syndrome” z płyty o tym samym co utwór tytule, zespół wykonuje jednak tylko pierwszą część prawie szesnastominutowej kompozycji. Na chwilę zwalniamy tempo i powracamy do nowej płyty- „Guardian Angel” wprowadza nas w inną rzeczywistość swoim melancholijnym brzmieniem i pięknym tekstem. Tylko stać i słuchać, pogrążając się w zadumie. Wiadomo, że lubimy też te kawałki, które dobrze znamy- pod nóż, znaczy pod gitary, idzie „Lost(Why Should I Be Frightened by a Hat?)”, jedyny przedstawiciel płyty Love, Fear… w set liście, a po nim „The Struggle for Survival” z Wasteland.

Osobiście twierdzę, że relacja między artystą na scenie a tłumem przed nią jest bardzo ważna  i może zaważyć o jakości koncertu. Wraz z kolejnymi kawałkami widać było po muzykach, iż sprawia im niesamowitą radość zaangażowanie publiki, która nie szczędziła oklasków, okrzyków i śpiewu. Swoboda i naturalność na scenie Mariusza Dudy, Michał Łapaj wręcz tańczący za klawiszami, uśmiechnięty Piotr Kozieradzki za perkusją i Maciej Meller, który idealnie wpasowuje się w zespół jakby od zawsze był jego częścią- nie mogło być lepiej. W przerwie między utworami nie szczędzono pochwał dla szalejących pod sceną fanów, a rozmowa prowadzona przez lidera z widzami była  w pełni spontaniczna, bez wyuczonych formułek. „Wczoraj myśleliśmy, że ta trasa będzie porażką, ale dziś wiemy, że jest po prostu zajebiście”- wykrzyczał z radością Duda. Czyżby koncert  w Gdańsku otwierający trasę okazał się niewypałem, widzowie nie dopisali? Nie mnie oceniać, gdyż nie byłam, lecz miło usłyszeć, iż to właśnie poznańska publiczność sprawiła, że zespół poczuł, iż to co się dzieje na scenie zyskuje bardzo pozytywny odbiór po drugiej stronie i w związku  z tym chcą dać z siebie wszystko. Podstawową część występu kończą m.in. „Forgotten Land” oraz „Wasteland”.

Chwila oczekiwania i czas na bisy. Był to najsmaczniejszy deser, jaki można było otrzymać tego wieczoru. Wśród niebieskawego światła pojawiają się Mariusz Duda i Michał Łapaj- wykonują „The Night Before”, finalną kompozycję z nowej płyty, której delikatne dźwięki trafiają nie tylko do uszu, ale również do serca. Postapokaliptyczne echo przebijające przez wszystkie nowe utwory pojawia się także tutaj, jednak przekazując przy okazji też coś bardzo ważnego- tekst mówi
o tym, że to co było, poprzedni świat już nie wróci, ale my przetrwamy. Nie ma myślę jaśniejszej analogii do pewnego etapu, który został zamknięty wraz ze śmiercią Piotra Grudzińskiego, ale pomimo tego zespół z pełną mocą posuwa się naprzód, otwierając nowy rozdział. Sam Duda wspomniał w trakcie koncertu, iż wszyscy wiemy, że album nagrywany był z myślą o Piotrku, ale żegnając go w godny sposób chcą zakończyć z klasą żałobę i iść dalej. Jako drugi utwór na bis wybrzmiewa „02 Panic Room” z płyty Rapid Eye Movement- prywatnie jeden z moich ulubionych  z całego dorobku grupy i jeden z najmocniejszych punktów koncertu. Wszyscy dali się porwać niesamowitej dynamiczności i żywiołowości kompozycji, zarówno na scenie, jak i w tłumie. Przyszedł w końcu czas na ostatni punkt programu. Duda wykorzystał okazję zapowiadając finalny utwór, że dotarł on na drugie miejsce Listy Przebojów „Trójki”. Zażartował, iż niestety jednak nie osiągnął najwyższej pozycji gdyż wyprzedził go jakiś Dawid Podsiadło i złoty medal strzelił…no, sami wiecie co. Zachęcił, że możemy to zmienić, by prześcignąć „te wszystkie Kortezy i inne”, oczywiście nie umniejszając innym polskim artystom. Z chęcią zrobię ten prezent Mariuszowi i nie odmówię sobie przyjemności zagłosowania i wrzucenia kawałka Riverside na wyższą pozycję, gdyż przewijający się ostatnimi czasy trend na pieśniarzy w typie Podsiadło czy Korteza niesamowicie mnie irytuje  i pomimo kilku prób nic mnie nie przekona do tej muzyki.

O jakim utworze Riverside  w kontekście listy przebojów mówił Duda? Oczywiście o „River Down Below”, moim ulubionym z nowej płyty. Podczas wykonania nastąpiło przedstawienie całego zespołu, a dźwięki smutnego, ale zarazem pięknego utworu stanowiły idealny finał około dwugodzinnego spotkania z zespołem Riverside.

Po każdym widzianym koncercie grupy wychodzę zadowolona i z o wiele lepszym nastrojem niż przed występem oraz z wrażeniem, że przecież lepiej już nie może być, nie mogą lepiej zagrać.  A oni za każdym razem zmieniają moje stanowisko pokazując, że może i mogą. W końcu nie bez powodu są tym jednym z nielicznych polskich zespołów, które z powodzeniem zapełniają zagraniczne kluby. W TAMIE byliśmy świadkami bardzo przemyślanego spektaklu, w którym jednak nie zabrakło miejsca na spontaniczność. Widać, że grupa cały czas ma się dobrze i jest w pełni gotowa by iść dalej naprzód. I tak jak kupili mnie już na pierwszym ich koncercie na którym byłam w 2011 roku, tak dalej chętnie będę wspierać ich działania. A kto nie ma jeszcze biletów na tegoroczna trasę radzę się pospieszyć- sporo koncertów już się wyprzedało. Szkoda by było stracić okazję na tak magiczny wieczór.

Z Poznania dla heavyrock.pl
Calypso

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *