Niebiosa mi świadkiem, że polska scena metalowa należy do najbardziej elitarnych w skali całego globu. Nie tylko pod kątem jakości muzyki. Przede wszystkim rodzimi muzycy potrafią uderzyć w nas energią, dać poczucie siły, wykrzesać z nas ile się da. Bo nas znają. Wiedzą czego chcemy. Wiedzą jak do nas dotrzeć. Wiedzą też, jak wywołać uśmiech na naszych twarzach i przyśpieszyć rytm bicia serca. Do takich kapel należy Nocny Kochanek, złożony z członków kultowego już w metalowym undergroundzie Night Mistress. Szóstego lipca miała miejsce premiera ich debiutanckiej płyty, a już dzień później koncert na deskach bydgoskiej Estrady. Jak było? Jak bardzo rozkochali w sobie publiczność? Zapraszam was do swoistej opowieści o zespole, którego koncert okazał się połączeniem heavy metalu z nietuzinkowym poczuciem humoru oraz wyprawą w przeszłość. Zacznijmy więc!

www.youtube.com/watch?v=j-EhDmUz6Hs

Siódmego listopada 2015 roku w bydgoskiej Estradzie na scenie wystąpiły zespoły Thermit oraz Nocny Kochanek. Dawno nie było już tam tak tłoczno. Dawno już nie było czuć takiego podniecenia w powietrzu. Nikogo pewnie nie zdziwię, jeśli powiem, że teksty z kultowego „Kapitana Bomby” oraz „Wściekłych Pięści Węża” nie schodziły z ust uczestników wydarzenia. Wszyscy szukali legendarnego „Andżeja”. W powietrzu robiło się gęsto. Miało nadejść show, którego Bydgoszczanie i przyjezdni długo nie zapomną.

Około 21.30 (byli tacy co upierali się przy 21.37) dało słyszeć się pierwsze dźwięki utworu „Karate”, otwierającego zresztą debiutancką płytę „Hewi Metal”. Nie było zmiłuj. Tłum parł niesamowicie, kapela od samego początku dawała z siebie wszystko, wokalista Krzysztof Sokołowski miotał się po scenie. Ani chwili odpoczynku. Tak było do końca koncertu. Gdy zakończyła się „lekka” rozgrzewka w postaci „Karate”, przyszedł czas na utwór „Dłoń z Podziemi” znany dobrze osobom pamiętającym jeszcze początki Night Mistress. Ludzie zwariowali totalnie. Pot, krew i łzy lały się strumieniami, śpiewano z kapelą, walka pod sceną trwała w najlepsze. Pamiętajmy jednak o jednym. Toć to dopiero drugi kawałek!

nocny kochanekUtwór, który kapela zagrała jako trzeci totalnie obrócił bydgoską Estradę do góry nogami. Gdyby Conan to słyszał, to mianowałby fanów w Estradzie Chórem Aquiloni. Poważnie! Zabrzmiał hicior jakich mało „Wielki Wojownik”. Tak zmasowanego śpiewu publiczności nie słyszałem w Estradzie już dawno. Nocny Kochanek robili z publiką co chcieli. Entuzjazm sięgał zenitu. Oczywiście panowie Artur Pochwała (bas), Dominik Wójcik (perkusja), Robert Kazanowski (gitara), Arek Cieśla (gitara) oraz Krzysztof Sokołowski (wokal) nie byliby sobą gdyby czegoś nie odje..i. Chyba na przekór wszystkim i dla złagodzenia obyczajów zagrali balladę „Upadek”. Balladę wybitną, bez krztyny tandety.

Pamiętajmy jednak, że co metal to metal i granie cały czas smutnych fiutów nie wchodzi w grę. Chłopaki pogodzili się z tym, że nikt się pod sceną nie całował, mimo zachęt Krzysztofa, za to wszyscy dzielnie walczyli z wzwodem. Nikt nie wybuchł. W ramach powrotu do normalności panowie dowalili kultowe już „Children of Fire”. Włosy znów poszły w ruch, zrobił się młyn, energia tryskała. Tak samo było przy kolejnym „Madman”. Coś genialnego!

Pamiętajmy jednak, że była to trasa związana z wydaniem debiutanckiej dla projektu płyty „Hewi Metal”. W myśl tego święta, z głośników dało się słyszeć „Wakacyjny”. Wszyscy śpiewali refren razem. Z resztą, nie śpiewać tekstu „Hewi Metal Pany” byłoby co najmniej nietaktem, jak nie grzechem. Nadziwić się nie mogłem, ile w ludziach było energii. Z racji, że koncertuję sporo zauważam, że część publiki potrafi często w połowie koncertu odpaść. A tu nie! Twardo dalej! Może zagraniem taktycznym było odegranie ballady „Upadek”, żeby ludzie złapali oddech? Jeśli tak to był to pomysł idealny. Swoją drogą jak już jesteśmy w temacie ballad, to właśnie miała nadejść kolejna. Noszący tytuł „Bestia Pośpiechu” 7 minutowy długas, pozwolił ludziom złapać oddech i trochę się zregenerować. Chociaż też bez przesady, tyle co ten utwór ma kopa gdy wchodzi refren, to głowa mała. Z resztą, metal to nie kremówki, tu nie ma co się jebać w tańcu.

www.youtube.com/watch?v=-WQKfo-sAZk

Wiecie, jest taka ciekawostka. Przez cały koncert kapela i publika szukali niejakiego Andżeja. Kim jest ów Andżej? Jak mu na imię? Czy powie nam? Zrobi to Nocny Kochanek w kolejnym gigancie zwanym „Andżeju…..”. Jeśli ktoś miał jakieś złudzenia, na co czekała przez cały czas publika, to teraz powinien się ich wyzbyć. Szaleństwo osiągnęło szczytu. Nie wiem skąd wśród ludzi było tyle energii. Czy to przez muzykę? Czy to przez atmosferę? Czy to przez ciasne spodnie Arka albo brodę Roberta? Jedno jest pewne, takiego poruszenia nie wywołał nawet kolejny numer. Numer, który zna każdy. Numer przy którym można zdobywać świat. „Ace of Spades” legendarnego Motorhead. Wykonanie numeru poprzedziło, przekomarzanie się i kopanie po jajach między Kazonem a Krzychem. Jaki był tego finał? A taki, że ten pierwszy przejął wokal. Wywołało to powszechne przerażenie, mające przemienić się w moknięcie majtek. Ten drugi zaś przejął gitarę. Kiedyś było takie powiedzenie – „gitara to przedłużenie penisa”. Czasem stanowi ona jednak jego trzon! Tak pół żartem pół serio przyznać trzeba, że panowie na zmienionych stanowiskach odwalili kawał dobrej roboty.

Powrócić miał repertuar Night Mistress. Z głośników zaczął brzmieć utwór „ Escape”. Potężna dawka heavy metalu. Od lekko nostalgicznego intro po ogromnie podniosły refren. Publika szalała. Wyczerpana. Spocona. Z bolącymi od śpiewania gardłami. Nie odpuszczali jednak. Wojenne bębny Dominika wybijały rytm bicia ich serc. Wierni muzyce twardo toczyli pod sceną bitwę. Chyba w podzięce za to, Nocny Kochanek zagrał jeden ze swoich hitów – „Hand of God”. Muszę powiedzieć, że osobiście miałem nadzieję, że go wykonają. Jak on brzmi na żywo! Te solówki! Ten bas! Wokal ! Bębny Wojenne! Do teraz nie mogę wyjść z podziwu. A to jeszcze nie koniec.

Swoją drogą, pamiętacie kultowy film będący mistrzostwem polskiej kinematografii, wyszukanego poczucia humoru oraz wysokobudżetowej grafiki z niebanalną fabułą i archetypicznym morałem noszący tytuł „Kapitan Bomba: Zemsta Faraona”? Więc pamiętacie zapewne utwór „Minerał Fiutta”! Tak moi drodzy. Nadszedł. W chwale i glorii. Wszystkie gardła razem śpiewały „Dalej dalej po minerał Fiutta! To przygody czas!”. Każdy śpiewał, skakał, a Krzychu i Artur prawie się wywalili. Na taką dawkę pozytywnej energii chyba nikt nie był w Estradzie gotowy, ale każdy ją przyjął.

Przedostatni utwór dał mi do myślenia. Zanim Night Mistress grało pod tą nazwą, nosili oni miano Nemesis. Razem z końcówką koncertu wróciła klasyka, a był to wielki powrót! Utwór „ W sidłach”. Nie spodziewałem się go usłyszeć. W zasadzie byłem przekonany, że po „Minerale…” koncert się zakończy. Z łezką w oku słuchałem tego utworu. Uświadomił mi jak czas szybko płynie. Jak bardzo Night Mistress ewoluowało na przestrzeni lat. Wykonali go pierwszorzędnie. Chylę czoła do samej ziemi.

No ale dobra. Koniec tego smęcenia. I w zasadzie koniec koncertu. A nie! Sorry. Coś jeszcze zostało. W zasadzie nie takie coś, bo „Fear of the dark” z repertuaru tytanów metalu – Iron Maiden. Nie wiem czy mogli zakończyć ten koncert lepiej. Chyba tylko rozdaniem wszystkim darmowego piwa. Oczywiście, kapela kazała się trochę prosić na scenę, ale Bydgoszcz tak łatwo nie odpuszcza. Z głośników poleciały dźwięki legendarnego utworu. Sam Steve Harris płakałby łzami szczęścia, widząc zaangażowanie jakie muzycy i fani włożyli w wspólne wykonanie tego utworu. Chór rozbrzmiewał w ścianach Estrady. Jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy. Nasza podróż skończyła się właśnie w tej chwili.

Dumnie stoi Polska poczuciem humoru i heavy metalem. Jaja były niesamowite. Już sama mimika twarzy Krzycha powalała na kolana. Kunszt muzyków wbijał w ziemię. Energia biła ze sceny i na scenę ogromna. No i w drugiej połowie koncertu pojawił się pod sceną człowiek – koń. Osobiście popłakałem się ze śmiechu. Koncert był wybitny. Nikt nie miał prawa wyjść zawiedziony. Bo i muzycy nie zawiedli. Nagłośnienie było świetne. Ludzie się bawili. Heavy Metal unosił się w powietrzu. O to przecież chodziło! Pozostaje tylko mieć nadzieję, że reszta koncertów Nocnego Kochanka będzie taka, jak ten w Bydgoszczy. Niech im się wiedzie!

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *