Dzięki uprzejmości Alter Art mieliśmy możliwość wybrać się na koncert Nine Inch Nails, który odbył się 10 czerwca w katowickim Spodku. Czy to, co grupa dowodzona przez Trenta Reznora pokazała tego dnia polskiej widowni było godne uwagi?

Nine Inch Nails - relacja z koncertu w katowickim Spodku [10.06.2014]

Nine Inch Nails definitywnie nie rozpieszcza polskich fanów. W kraju nad Wisłą byli tylko dwa razy – i to wliczając w to opisywany teraz koncert. Wcześniej Trent Reznor i reszta dali koncert w Poznaniu z okazji Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego „Malta”. Dlatego też gdy ogłoszono, że NIN pojawi się ponownie w Polsce fani industrialnych brzmień zaczęli zacierać ręce i szykować się do najazdu Katowic. W końcu od poznańskiego występu minęło kilka lat, a zespół zdążył wydać płytę z zupełnie nowym materiałem („Hesitation Marks”), która zebrała przychylne opinie krytyków i znalazła również uznanie w oczach wielbicieli twórczości NIN. Dlatego też gdy znalazłem się w Spodku wcale nie zdziwiła mnie dosyć podniosła atmosfera wyczekiwania w nerwowym napięciu – każdy chciał przecież zobaczyć grupę na własne oczy i ocenić jak Reznor i spółka spisują się na żywo w 2014 roku. Zanim jednak to się stało godzinę przed rozpoczęciem „właściwego” koncertu scenę przejął Cold Cave. Muzyka produkowana przez Wesley’a Eisolda jest określana jako „kolaż darkwave’u, noise’u i synthpopu”, więc przynajmniej w teorii powinna być znakomitym dopełnieniem koncertu. Niestety nie do końca tak było – Cold Cave niespecjalnie „kupił” publiczność, która albo zniecierpliwiona czekała na gwiazdę wieczoru, albo nawet darowała sobie to czekanie w hali i stała w kolejce po piwo. I trudno im się dziwić, bo występ ten nie należał do najlepszych – jakby cała energia została zostawiona gdzieś za kulisami. Na dodatek wytęp Cold Cave’a był skandalicznie krótki. Chociaż w tym wypadku była to niestety zaleta, to nie bardzo widzę sens zapraszania kogoś takiego i reklamowania go jako „Gościa specjalnego”, by potem „odbębnił” on swój występ w nieco ponad pół godziny. Szkoda, bo z muzyką Cold Cave mam prywatnie trochę do czynienia i sporo sobie po tym występie obiecywałem.  Na szczęście w momencie pojawienia się na scenie Nine Inch Nails (swoją drogą zespół był bardzo punktualny, co rzadko kiedy się obecnie zdarza) przy naprawdę ogromnym aplauzie fanów zapomniałem o tej drobnej niedogodności. Od samego początku koncertu zespół zachwycał wszystkim – doborem utworów, ruchem scenicznym (kiwanie Trenta było naprawdę hipnotyczne), scenografią i umiejętnościami. Chociaż Spodek nie jest bardzo „industrialnym” miejscem, to dzięki świetnemu spektaklowi świetlnemu i znakomitej ruchomej „ścianie”, na której wyświetlano różne animacje, udało się zbudować wspaniały klimat, który wciągał od samego początku i nie puszczał aż do końca. Na dodatek, jak już wspomniałem, zespół bardzo fajnie dobrał utwory, które zostały tego dnia zagrane fanom zgromadzonym w Spodku. Znalazło się więc miejsce dla tych starszych, klasycznych kawałków pokroju ,Gave Up’ z EP-ki „Broken” czy hitów z „The Downward Spiral” takich jak znakomite i wzruszające ,Hurt’ (które zostało zagrane jako jedyna piosenka na bis) albo świetnych ,March of the Pigs’ i ‘Piggy’, nie zabrakło jednak również czasu na rzeczy nowsze z np. „Year Zero” lub najnowszego albumu.

Trent

Co więcej chociaż klasyki zabrzmiały naprawdę dobrze, z odpowiednią mocą i siłą, to największym zaskoczeniem były wykonania rzeczy nowszych. Nie wiem co Trent Reznor i jego muzycy wymyślili i dopisali do tych kawałków, ale zabrzmiały one bardzo świeżo, znakomicie i po prostu lepiej od oryginalnego studyjnego materiału. Przykładem takiego numeru jest ,Copy of A’, który pochodzi z najnowszego krążka. W wersji studyjnej jest to piosenka bardzo fajna, ze znakomitym wciągającym rytmem i naprawdę super refrenem. Jednak w wersji live utwór ten zyskał na jeszcze większej dawce energii i drive’u i w pewien sposób został „uszlachetniony”, dzięki czemu odsłuchanie go w tej wersji było niekłamaną przyjemnością. Przez cały koncert zespół utrzymywał dobre, szybkie tempo i nie zwalniał ani na chwilę. Dość będzie powiedzieć, że przez cały występ Reznor odezwał się do publiczności trzy albo cztery razy, nie wdając się w żadne dywagacje i mówiąc po prostu „Thank you”. Nie było też popularnego ostatnimi czasy konwersowania z polską publicznością w naszym języku – była tylko muzyka i to ona broniła się sama (no dobra – z drobną pomocą wspomnianego już w tekście spektaklu świateł, który był naprawdę bardzo dobry). Kolejne kawałki bezproblemowo „wchodziły”, sprawiając, że publika bawiła się naprawdę świetnie i żywiołowo reagowała na to, co działo się na scenie. W pewnym momencie to właśnie ona przejęła kontrolę nad tym wydarzeniem rytmicznie skandując „Nine Inch Nails, Nine Inch Nails”, nie pozwalając muzykom przejść do następnej piosenki i zmuszając ich do przyjęcia w pełni zasłużonego hołdu. Występ trwał potem dalej, a NIN wciąż zachwycało i pokazywało ile drzemie w nich umiejętności i poweru.

youtu.be/pDXSTAqVwo8

Na sam koniec wypadałoby jeszcze przyjrzeć się nagłośnieniu koncertu oraz wadom, które się pojawiły, chociaż naprawdę w niewielkiej i niewiele znaczącej ilości. Spodek nie jest idealnym miejscem do nagłośniania – ale spośród wszystkich tego typu hal sportowo-widowiskowych i tak wybija się pozytywnie na tle swojej konkurencji (miażdżąc na przykład pod tym względem Stadion Narodowy, który ma pogłos jak w muszli klozetowej). Wierzę, że akustycy NIN zrobili wszystko co w ich mocy, ponieważ występ ten był nagłośniony naprawdę przyzwoicie. Jasne – nie był to szczególny szał, ale wszystko udało się w jakiś sposób od siebie odseparować, przez co ani przez chwilę nie miałem wrażenia bycia napastowanym przez nieprzyjemną i kakofoniczną scenę dźwięku. Na dodatek technicznym udało się w przyjemny sposób wyciągnąć głos Reznora oraz perkusję, dzięki czemu mocne, i zazwyczaj nadmiernie podkręcane, gitary nie skradły całego show dla siebie. A co z wspomnianymi wyżej wadami? De facto mógłbym wskazać tylko dwie – w tym jedną, która była całkowicie niezależna i niezwiązana z muzykami Nine Inch Nails. Po pierwsze koncert, wzorem występu Cold Cave, był zdecydowanie za krótki. Muzycy grali tylko półtorej godziny, co przy trzygodzinnych maratonach Paula McCartney’a (który ma na karku już 70 lat!) może budzi tylko uśmiech politowania. Drugą uwagę mam do osób, które Spodek do koncertu przygotowywały. Po otrzymaniu mojego biletu tułałem się ok. 15 minut, nie mogąc znaleźć swojego miejsca. Część drzwi prowadzących do serca Spodka, czyli hali, była z niewiadomych przyczyn pozamykana, a ludzie non-stop całowali klamki próbując dostać się na swoje miejsca. Jednak – tak jak mówiłem – obie te wady nie są szczególnie ważne, a ja odnotowuję je raczej z kronikarskiego obowiązku, niż z faktycznej złości, że miały one miejsce.

NIN zdjęcie

Wczoraj na jakiejś stronie przeczytałem komentarz fana NIN, że katowicki koncert był co prawda fajny, ale nie tak bardzo jak ten w Poznaniu, bo Trent Reznor „nic nie rozwalił”. To prawda – zniszczeń w Spodku spowodowanych przez muzyków NIN nie odnotowałem, tak samo nie zauważyłem żadnych kąpieli błotnych. I dobrze. Ten koncert był pomyślany tak, a nie inaczej i został zrealizowany naprawdę perfekcyjnie. Z wielką przyjemnością wybiorę się na kolejny występ NIN, gdy tylko panowie pojawią się w Polsce. I wszystkim miłośnikom mocnych brzmień też to polecam. A jeżeli ktoś martwi się, że zespół skupia się raczej na nowościach i „chamsko” próbuje je wcisnąć na siłę, to niech te zmartwienia porzuci. Trent Reznor jest doskonale świadomy co podoba się publiczności i set dobrał naprawdę znakomicie. I to słowo najlepiej opisuje to wydarzenie: było naprawdę znakomicie.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *