Anglia to ojczyzna moich dwóch największych pasji: piłki nożnej i heavy metalu. Ten drugi miał swoje święto pewnego zimnego listopadowego wieczora, gdy na deskach warszawskiej Progresji wystąpić miał potężny Saxon z dwugodzinnym pokazem klasycznego NWOBHM. Chociaż w tym roku widziałem ten zespół już trzykrotnie, z czego raz zaledwie dwa dni wcześniej, w ogóle nie rozważałem pozostania w domu. Koncert Anglików od dawna zakreślony był w moim kalendarzu jako wydarzenie obowiązkowe. Kolejka pod klubem osiągnęła naprawdę imponujące jak na tę porę roku rozmiary i przed otwarciem bram liczyła około stu osób.

Koncert rozpoczęły panie z Girlschool, działającego najdłużej spośród wszystkich kobiecych zespołów rockowych (ponad 35 lat nieprzerwanej aktywności). Dziewczyny zaprezentowały krótki set złożony z ich największych klasyków (chociaż zabrakło „C’mon Lets Go”) oraz utworów z najnowszego albumu „Guilty As Sin” z 2015. Gitarzystka Kim McAuliffe nieprzypadkowo występowała w koszulce Motorhead, bowiem to właśnie Lemmy pozwolił zespołowi wypłynąć na szerokie wody, zabierając na trasę „Overkill”. Kim zresztą wspomniała o Klimisterze, co wzbudziło ogromny entuzjazm i burzę oklasków. Nic dziwnego, w końcu Lemmy będzie żywy dopóki bije serce chociaż jednego fana ciężkiego grania. A panie z Girlschool? Koncert zakończyły po 8 numerach i szybko zniknęły za kulisami, nagrodzone bardzo entuzjastycznymi reakcjami publiki. Mimo wieku i niewielkiej ilości czasu okazały się bardzo energiczne i na pewno warto było zobaczyć tego, jakby nie patrzeć, klasyka rockowego grania.

Numer dwa tego wieczoru także rozbudził wspomnienia o znakomitej, zbyt wcześnie zmarłej postaci ze sceny metalowej. Last In Line powstał jako tribute band dla Ronniego Jamesa Dio. Mistrza nie było dane mi zobaczyć, chociaż raz było bardzo blisko. Wraz z Heaven and Hell Dio miał otworzyć czeski koncert z serii The Big Four (Anthrax, Megadeth, Slayer i Ci, którzy nagrali płytę z Lou Reedem). Niestety, trasa Heaven and Hell została odwołana z powodu trwającej walki Dio z chorobą. A jak Last In Line poradzili sobie jako trybut Ronniego? Zaczęli od „Stand Up And Shout” i nie jestem do końca przekonany, czy wszyscy w klubie wiedzieli, że to pierwszy utwór z albumu „Holy Diver”. Od początku muzycy mieli problem z nagłośnieniem jednego instrumentu – gitary basowej. Bas brzmiał potężniej, niż na koncertach Steve’a Harrisa pod szyldem British Lion. Zagłuszał całkowicie gitarę, a i perkusja z wokalem miały problem, by przebić się przez dźwięk basu Phila Soussana (jegomość ten przez rok występował z Ozzym Osbournem). Jeśli kiedykolwiek śmialiście się z memów o basistach, których nie słychać, macie za swoje. Na drugi ogień poszedł „Straight Through The Heart” z tej samej płyty co poprzednik, a jako trzeci zagrali autorski „Devil in Me” z wydanego w tym roku albumu „Heavy Crown”. Chociaż w żaden sposób niepowiązany z Dio, utwór został ciepło przyjęty. Nadszedł moment, kiedy już żaden, nawet niedzielny fan metalu nie miał żadnych wątpliwości, czyjej twórczości hołduje Last In Line, bo czwarty numer porwał całą salę. Był to oczywiście „Holy Diver”, zagrany naprawdę dobrze doczekał się imponującego aplauzu. Niestety problemy z dźwiękiem trwały nadal i mimo sporych umiejętności gitarzysty Viviana Campbella (na co dzień w Def Leppard, a w przeszłości właśnie w Dio) wspaniałe riffy z „Rainbow in the Dark” i „We Rock” zginęły całkowicie w ścianie dźwięku najgłośniejszego basu świata (podobnie zresztą jak klawisze w pierwszym z utworów). To właśnie „We Rock” zakończył składający się z dziewięciu kawałków set i mam po tym występie spory niedosyt. Z jednej strony naprawdę dobrze zagrane legendarne numery Dio. Z drugiej strony, bas przytłumił i przyćmił każdego z pozostałych czterech muzyków. Gdybym nie słyszał ich dwa dni wcześniej, to nie miałbym zbyt dobrej opinii – ale ile osób obecnych w Progresji bawiła się na zimowej edycji Masters of Rock w Czechach?

Przed Saxon miałem tylko jedno życzenie. Brzmiało ono: „Dźwiękowcu, popraw się. Dźwiękowcu, w Tobie nadzieja.” i wypowiadane było w moich myślach nieustannie, niczym słowa modlitwy. Modły przerwało mi dopiero zgaśnięcie świateł i riff Angusa Younga. Skąd AC/DC w relacji z koncertu Saxon? Otóż „It’s a Long Way to the Top” to intro, które otwiera na tej trasie każdy występ Brytyjczyków. Australijczykom przerwało wejście gwiazd wieczoru, do perkusji po chwili dołączają gitary i rozbrzmiewa fantastyczny riff z „Battering Ram” – tytułowego numeru z ostatniej płyty, idealnie sprawdzającego się jako otwarcie show. „Like a Battering Ram!” śpiewa z Biffem cała sala. Saxon uderza niczym piorun, stodoły płoną, słabsi nie przeżywają porażenia mocą 50 milionów voltów. Dosłownie niczym piorun, bo drugi numer to „Heavy Metal Thunder”. Publiczność była naprawdę niesamowita – gdy Byford oddawał sali głos, mógł liczyć na dobrze wykrzyczany refren, zarówno w „Piorunie”, jak i w kolejnych: „Sacrifice”, „Solid Ball of Rock” i „Never Surrender”.

Brytyjczycy są tradycjonalistami nie tylko pod względem muzycznym – scena miała tego wieczoru jednego króla i był nim Biff. Byford. Krążył od rogu do rogu, trzymał kontakt z widzami (niżej podpisany jako jedyny namówił go na zbicie piątki, co wzbudziło chwilową zazdrość u otaczających mnie fanów ;) ). W oczy rzucał się jak zwykle Nibbs Carter, niepodzielny władca lewej części sceny, z największym scenicznym ADHD w całym zespole – z taką ekspresją i headbangingiem basista odnalazłby się w niejednym thrashowym składzie. Doug Scarrat na środku sceny prezentuje się zawsze jak drugi po Biffie lider zespołu, z krzyżem na szyi i w skórze wygląda jakby gitarę złapał zeskakując ze swojego motocykla po drodze na scenę. Paul Quinn bardziej wycofany, wczuwał się w każdą solówkę.

Po fantastycznym „Killing Ground” (jeden z moich ulubionych wałków tego zespołu) koncert zwolnił, bo nadszedł czas na spokojniejszy „The Eagle Has Landed”. Potem „Queen of Hearts”, chociaż dzielą je 22 lata, utrzymane są w podobnym klimacie. Ten szybko z powrotem stał się heavymetalowy, bo w „And The Band Play On” czuć ten stary dobry metal z końcówki lat siedemdziesiątych. Jesteście ciekawi, jak Saxon brzmiałby w podchodzącej pod thrash aranżacji? „Let Me Feel Your Power” to odpowiedź na wasze rozważania. Jest szybko, intensywnie, a perkusja mocna jak nigdy. Na koniec pierwszej części koncertu znów to, z czego zespół znany jest najlepiej: „Dallas 1 PM” i kultowy „Wheels of Steel” to definicje słowa „Saxon”. Ten ostatni tradycyjnie mocno przedłużony, pod koniec numeru gitary milkną, zostaje tylko sekcja rytmiczna i jest to czas dla Biffa i publiczności. Gdy fani dobrze się już rozgrzali wspólnymi śpiewami, wokalista wyjął telefon, by nagrać jak bawi się Warszawa. Wiadomo, nic tak nie motywuje jak obiektyw ajfona. Wracają na scenę gitarzyści i ostatni okrzyk publiki spokojnie mógłby burzyć mury, gdyby akurat najbliższa Trąba Jerychońska była popsuta.

Po krótkiej przerwie Anglicy wracają na scenę. Jest jeszcze robota do wykonania i wszyscy to wiemy. Biff zaczyna od podziękowania publice i zadedykowania kolejnego kawałka już wspomnianemu w tej relacji Lemmy’emu. Następuje prawdziwy szał, gdy zaczyna się Ace of Spades! Nie istnieje chyba fan metalu, który tego nie zna, to klasyk jak schabowy z mizerią. Każdy zna i każdy lubi. Mogłem z perspektywy barierki tylko domyślać się, po naporze na moje plecy, jakie szaleństwo trwa w dalszych rzędach. Gdziekolwiek jest teraz Lemmy, jeśli widział co działo się w Progresji był zadowolony. Koniec koncertu to pora na największe klasyki i tak było także tym razem, gdy rozbrzmiało „Strangers in the Night”. Jeszcze długo w uszach brzmiał mi przejmujący śpiew Biffa i jego „going nowhereeeeee”.

Bisy i do domu? A gdzie tam! Publiczność gromko nawoływała zespół do powrotu wykrzykując „Saxon!” „Saxon!” i nieco rzadziej „We want more”. Prośby zostały wysłuchane, zespół powrócił, a Biff podarł i zjadł setlistę(nie dosłownie, odgryzł kawałek i wypluł), oddając decyzję o jej kształcie publice. Tej udało się namówić zespół na „Broken Heroes” (jak powiedział Biff, wyjątkowy kawałek w kontekście Polaków i ich historii) oraz nieśmiertelnego „Crusadera”, hymn ku chwale pogromców Saracenów i bojowników o to co właściwe. Gdyby ktoś od razu po koncercie włożył mi w dłoń miecz, ruszyłbym do Ziemi Świętej z okrzykiem „Deus Vult!” na ustach, tak dobry jest to kawałek. Za nami już równe 20 utworów, czyste szaleństwo i wielka rzecz ze strony muzyków, bo przecież mogliby zagrać 15 utworów, wpleść w nie kilka pogadanek, wtórnych solówek i ruszyć do hotelu. To jednak Saxon, który nie uznaje kompromisów w metalu, ta muzyka płynie w ich żyłach razem z krwią i nie pozwoliliby na to, by ktokolwiek wyszedł z koncertu mając poczucie niedosytu. Poza tym, wciąż zostały do zagrania dwa nieśmiertelne klasyki, wałki które winien znać każdy fan heavy metalu, czyli „Denim and Leather”(dość dobrze oddający ubiór większości obecnych), oraz mój absolutny faworyt, a raczej faworytka – „Princess of the Night”. Oba mają po 35 lat, a są równie żywe jak w latach osiemdziesiątych, wciąż uderzając mocą i melodyjnością. Saxon stworzył pomnik trwalszy niż ze spiżu i choćby doszło do nuklearnej katastrofy, po której na świecie zostaną tylko niedobitki walczące o przetrwanie patykami i kamieniami, to odnajdując gdzieś płytę, kasetę lub odtwarzacz z „Denim and Leather” i „Wheel of Steel” w ich sercach zagości radość, a heavy metal wciąż będzie dawał siłę.

Żegnając się z nami, Biff podkreślił jak niesamowita była publiczność w Warszawie i jak znakomicie się bawił. Kurtuazja i miłe słówka? Nic bardziej mylnego. 22 numery zagrali tego wieczora wojownicy z Saxon, a to najwięcej na całej trasie. Nikt w Europopie nie mógł liczyć na tak długi set. Weterani po raz kolejny potwierdzili klasę i tylko żal, że podczas gdy taka legenda gra jeden koncert klubowy, to twory pokroju Sabatonu i Korna występują w znacznie większych halach widowiskowych.

Relacjonował: Michał Jóźwik

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *