Niemiecka solidność. Relacja z drugiej pielgrzymki do metalowej Ziemi Świetej.

Pierwsza podróż na Wacken była dla mnie niezwykle ekscytująca. Legendarny festiwal, o którym słyszał niemal każdy fan ciężkiego grania. Choć nie wszystko mi się spodobało, był fantastycznym przeżyciem i w miarę odsłaniania kolejnych nazw podczas adwentowego kalendarza utwierdzałem się w decyzji o drugiej podróży na północ Niemiec.

Podróż upłynęła bez godnych wspominania przygód, namioty rozbiliśmy w podobnym miejscu co rok wcześniej, niezbyt daleko od wejścia na festiwal, ale nie na tyle blisko by ryzykować zadeptanie namiotów przez wychodzący tłum (lub zalanie podczas powodzi).

Dzień pierwszy, klasycznie traktowany jest jako rozgrzewka. Duże sceny jeszcze nieczynne, na małych nieduże, młode kapele, a ja spędziłem czas na poszukiwaniach punktu akredytacyjnego. Większość służb informacyjnych na Wacken pełniła niestety funkcję dezinformacyjną, na szczęście poznałem mającego podobny problem posiadacza samochodu, więc po zjechaniu sporego kawału okolic festu znaleźliśmy punkt odbioru naszych wejściówek. Żeby wrócić na festiwal musiałem złapać stopa i autobus, ale ostatecznie udało mi się wrócić.

Obiad, piwko i zerknąłem na sceny. Pierwszym zespołem, który chciałem zobaczyć tego wieczoru byli Flotsam and Jetsam. Amerykanie nie są wymieniani w czołówce thrashu, mam wrażenie, że są nieco niesłusznie zapomniani. Koncert dali naprawdę konkretny, a Eric Knutson zaprezentował się w gumowym kostiumie. Potem czas na Ugly Kid Joe. Nie grali źle, ale słuchałem ich jednym uchem w oczekiwaniu na Annihilator i tym razem Jeff Waters z kolegami mnie rozczarowali. O ile wrocławski koncert jesienią 2016 był naprawdę solidną sztuką, tak tym razem brakowało luzu i zabawy na scenie. Set do bólu oklepany, uzupełniony numerami z dwóch ostatnich płyt, które niestety poziomem do „Alice in Hell” nie dorównują. Zawiedziony poszedłem rozejrzeć się po okolicy w poszukiwaniu znajomych i wróciłem akurat na Crowbar. Grubasy z kolei utrzymały poziom i zaprezentowali się równie dobrze co przed rokiem w Polsce. Gruz sypał się z głośników, publika została rozwalcowana i zniszczona. Na kultowego mistrza klawiszy Mambo Kurta nie miałem siły i już chciałem pójść spać, ale zajrzałem jeszcze do madmaxowej Wackinger Village, gdzie odbywał się pokaz połykania ognia, połączony z pole dancingiem i delikatnym striptizem w wykonaniu córek niemieckiej ziemi. Nic specjalnego według mnie, ale Niemcom po kilku piwach bardzo się podobało, a panie rzucały nawet części garderoby (nie łapałem, ale taki stanik to pewnie ciekawe urozmaicenie kolekcji kostek i pałek).

Dzień drugi i trzeba zrywać się wcześnie, bo o 11:00 grali speedmetalowcy ze Speed Queen. 20 minut to nędzny czas żeby się zaprezentować, ale chłopaki dali radę odegrać swoją galopującą EP-kę „King of the Road” i szkoda jedynie, że nie grali trochę później. Jakieś dwie godziny później zaczęło padać, więc ze znajomymi siedzieliśmy pod zadaszeniem i oglądaliśmy Skyline, tradycyjnie otwierający główne sceny. Planowaliśmy zostać pod dachem do konca deszczu, ale gdy na scenę wyszła Doro Pesch zmusiłem się do podejścia bliżej. Zresztą, ulewa wkrótce ustała, a dzięki wyjściu spod dachu wcześniej mieliśmy bliżej na Rossa the Bossa. Współzałożyciel hordy Manowar tak jak Bogowie Stali przykazał dał świetny show i wraz z zespołem skopał wszystkich pozerów. Wokalista oczywiście nie dorówna nigdy Ericowi Adamsowi, ale publiczność mocno wspierała Hiszpana. W secie same numery Manowar, więc trudno byłoby się bawić źle. Hail and Kill!

Następne koncerty znacznie spokojniejsze, myślałem żeby pójść na Dawn of Disease, które fajnie pokazało się na trasie z Amon Amarth, ale odległość między scenami na Wacken zniechęca do takich wędrówek i zostałem na Europe. To mój któryś z kolei koncert tego zespołu i ponownie zobaczyłem solidne rockowe show. Zgodnie z oczekiwaniami ostatni numer, kultowe „Final Countdown” zaśpiewało głośno całe Wacken. Po Europe robimy kilka kroków w bok i jesteśmy przed drugą z głównych scen, gdzie grał Status Quo. Pełen hitów i szlagierów set zawierał oczywiście takie numery jak „In The Army Now”, a zespół mimo że nigdy nie należał do słuchanych przeze mnie zagrał przyzwoicie.

Nie zostaliśmy do końca, bo chcieliśmy zdążyć na Witchery. Szwedzi nigdy w Polsce nie grali, więc zmuszeni byliśmy poświęcić początek koncertu Accept, żeby móc zobaczyć na żywo autorów takich płyt jak „Witchkrieg” czy „Symphony for the Devil”. Przed koncertem uzgodniliśmy ze znajomym, że jeśli będzie słabo to biegniemy na Accept, ale pożoga była konkretna, a sam występ tak intensywny, że bez żalu zostaliśmy do samego końca. 8 numerów to stanowczo za mało i bardzo żałowaliśmy, że Szwedzi nie grali trochę później i nie mieli więcej czasu.

Szybki „The Reaper”zwieńczył koncert, a my biegniemy sprintem na wspomniany wcześniej Accept. Ominęło nas kilka numerów, w tym premiery „Die by the Sword” i „Koolaid” z mającej premierę podczas festiwalu nowej płyty, ale załapaliśmy się na cały występ Łysego z czeską orkiestrą. Prawde mówiąc nie do końca trafiły do mnie te aranżacje numerów Chopina, Beethovena czy Vivaldiego, ale zawsze to jakaś odmiana. Wrażenie robiły światła, chociaż Accept nie grał po zmroku, to świetlne show mogło zaimponować. Po 6 kawałkach z solowego albumu Wolfa zespół ponownie odgrywał materiał Accept, wciąż ze wsparciem orkiestry i to już wypadło dużo lepiej. Po koncercie zahaczamy jeszcze o Meet and Greet, gdzie przybijamy piątki z zespołem i nie chcąc ani minuty dłużej słuchać Volbeat załapujemy się na końcówkę Napalm Death. Generalnie nie jesteśmy do końca zadowoleni, bo przez nakładające się na siebie koncerty przegapiliśmy między innymi Batushkę. Na Nile już nie dotrwaliśmy, zajrzeliśmy jeszcze klasycznie na wspomniany poprzedniego dnia Fire Show i idziemy spać, bo…

…dzień trzeci to kolejna bezlitosna pobudka, żeby być na pierwszym koncercie. Nie było mowy, żebyśmy odpuścili Warrant. Mowa oczywiście o niemieckim speedmetalowym Warrrant, a nie tym amerykańskim. Zespół zapomniany, mający w swoim dorobku zaledwie dwie płyty (debiut wydany w 1985, a drugi krążek w 2014), ale na żywo robi robotę. Na scenie sporo się działo, pojawił się kat z toporem, oraz zakonnica, która zrzuciła z siebie ciuchy i zmieniła w dominę. Niemcy dali z siebie wszystko, tak żeby ten 40-minutowy koncert zapadł ludziom w pamięci i mogę zaświadczyć, że dali radę!

Zostajemy na małej scenie, zostajemy przy niemieckim metalu. Jak zagrał Warpath? Zajebiście! Koncert był energetyzujący, nie był to może poziom „The Big Teutonic Four”, ale granie w niemieckiej drugiej lidze to żadna ujma. Było zajebiście! Między dwoma niemieckimi składami zerknąłem na chwilę na Lacuna Coil, ale jedyny atut tego zespołu to Cristina Scabbia. Po Warpath załapałem się dosłownie na kawałek Sanctuary. Normalnie zostałbym na całym koncercie, ale widziałem ich dwa miesiące wcześniej na Graspopie, więc po kilku numerach wróciłem pod namioty na Skull Fist.

Tymczasowo zastępujący Zacha w obowiązkach wokalnych Jerry dał radę i w piątkę zagrali jeden z najlepszych koncertów tego dnia. Rozmawiałem z chłopakami po koncercie i wyjaśnili mi, że ustalili między sobą brak zapowiedzi numerów ani jakiegokolwiek rozmawiania między numerami. Postanowili wykorzystać w pełni swoje 50 minut i dali radę, a w okolicach sceny widziałem zaskakująco wiele osób z koszulkami Kanadyjczyków.

Sekundę po ich zejściu ze sceny byłem już w biegu, żeby zdążyć na jak najwięcej Grave Diggera. Na Graspopie przyszła na nich garstka osób, ale występując w ojczyźnie byli traktowani z należnym szacunkiem, jak gwiazdy. Duża scena, pełno ludzi śpiewających razem z zespołem takie kawałki jak Excalibur, Rebellion, czy Heavy Metal Breakdown. Chris Boltendahl z ekipą jak zwykle dali konkretny koncert i oby udało się ich niedługo zobaczyć w Polsce, najlepiej w roli gwiazdy wieczoru.

Potem zerkałem na koncerty takich zespołów jak Saltato Mortis i Paradise Lost. Jedni zupełnie do mnie nie trafili, drugich widziałem zbyt krótko żeby oceniać. Następnie zająłem miejsce w oczekiwaniu na główny powód przyjazdu i mój ulubiony zespół. Wcześniej musiałem jednak wysłuchać strasznego występu Apocalyptiki. Nie lubię Metalliki, ale Meta grana na wiolonczelach to gwałt na uszach i dobrym smaku. Dobrze, że nic nie jadłem, bo rzygać się chciało. Nawet wiolonczeliści pozwolili sobie na kilka słów prawdy, odegrali riff od „Symphony of Destruction” i powiedzieli, że mogli założyć „Megadeth played on Cello”, ale nie umieją na tyle dobrze grać. Samoświadomość zawsze w cenie. Trudno było to wytrzymać, ale szczęśliwie Finowie w końcu sobie poszli (nie wracajcie) i można było oglądać Emperor. Ihsahn jak zwykle pozamiatał, bardzo klimatyczne show. Klasa zarówno muzyczna i sceniczna.

Przechodzimy do dania głównego dzisiejszego wieczora, czyli do Megadeth. Koncert rozpoczął się standardowym otwierającym zestawem Hangar 18 – Wake up Dead – In My Darkest Hour. Rudy i Ellefson zwyczajowo dosyć statyczni, harcami po scenie nadrabiał za cały zespół Kiko Loureiro. W secie znalazło się aż 6 numerów z Dystopii, przemieszanych z największymi hitami takimi jak Trust, Tornado of Souls, czy Symphony of Destruction. Mustaine nie spoufalał się jednak z publiką, mówił bardzo niewiele, nie był również zainteresowany zachęcaniem publiki do śpiewania razem z nim. Dystans między Megadeth i fanami jest bardzo duży na festiwalach i nie chodzi tylko o odległość od sceny… Niemniej ja bawiłem się znakomicie, jak zawsze na Megaśmierci.

Gdy tylko Mustaine zszedł ze sceny ruszyłem biegiem, żeby zdążyć na Candlemass. Brakuje mi słów, żeby podkreślić moją wściekłość na osobę, która zdecydowała, że mistrzowie doomu mają zagrać w namiocie, podczas gdy w idealnych, nastrojowych warunkach o 2 w nocy na dużej scenie grało jakieś ASP, czymkolwiek to nie jest… Duża wpadka organizatorów. Zmęczeni całym dniem i forsownym marszem przez błoto (a odległości między scenami na WOA to spokojnie ponad kilometr) docieramy już w trakcie koncertu i oglądamy go z pozycji siedzącej. Nie tak sobie wyobrażałem pierwszy koncert Candlemass…

Potem spotykamy chłopaków ze Skull Fist i wspólnie oglądamy Psychotic Waltz oraz Kryptos. Świetne wrażenie zrobili zwłaszcza Ci drudzy, kawał mocnego heavy prosto z Indii. Ruszamy na jedno piwo i w efekcie do namiotów docieramy dopiero nad ranem, a wychodząc z festiwalu ochrona mówi nam „guten morgen”. Aha, po Megadeth na dużej scenie grał niejaki Marylin Manson, ale z szacunku do samego siebie nawet nie byłem w okolicy.

Nadludzkim wysiłkiem udało się ruszyć na Possessed, ale czując w nogach poprzedni dzień dotarłem mniej więcej w połowie koncertu. W tym samym czasie grało Rage, ale tych widziałem na Masters of Rock, więc odpuściłem. Potem znowu nie było co robić, na głównej scenie produkował się popowy Beyond the Black, tak obrzydliwe cukierkowy, że niewarty ani jednego zdania więcej. Obrzydzenie zniknęło po koncercie braci Cavalera z repertuarem z Roots. Wielkiego show nie zrobili, ale te kawałki to klasyki, więc trudno byłoby się źle bawić. Podczas zupełnie obojętnych mi Heaven Shall Burn i Powerwolfa znów nie było co robić, więc pokręciłem się między scenami szukając czegoś ciekawego. Nie znalazłem, więc poszedłem na wyczekiwanego przeze mnie Alice’a Coopera.

Miałem wrażenie, że przyszło całe Wacken, nie dało się przejść choćby kilkaset metrów od sceny. Ścisk godny headlinera, próbowałem się przebijać do przodu, ale w końcu wybrałem lekkie wzniesienie, z którego widać było i telebim i małe ludziki na scenie. Sam Cooper nieco mnie rozczarował, wiele efektów i teatralnych zagrywek z tak wielkiej odległości traciło urok, sam Alice nie brzmiał dobrze i w zasadzie urwałem się z ostatnich 10 minut, bo mi się nie podobało. Może to kwestia gry w środku dnia i pełnym słońcu, może odległości od sceny? W tym samym czasie grał Uli Jon Roth, którego z kolei bardzo chciałbym zobaczyć, ale jak to na Wacken nieprzemyślana rozpiska przekreśla plany. Mając do wyboru Amon Amarth i Katatonię wybrałem wikingów, którzy zagrali taki sam jak wszystkie inne koncert. Solidny, ale niezapadający w pamięć. Nie zostałem nawet do końca, bo poszedłem na Primal Fear. Niemcy z kolei zagrali na luzie i bardzo spontanicznie, łapali świetny kontakt z publicznością. Sheepers może i nie jest Halfordem, ale stworzył bardzo fajny zespół, który chciałbym w końcu zobaczyć w Warszawie. Metal is forevaaaaah!

Kolejny trudny dylemat, Avantasia na głównej scenie, a w namiocie Steve Harris z British Lionem. Uznałem, że wierność Maidenom przede wszystkim i dostałem bardzo oldschoolowy występ. Harris był tym samym Stefanem znanym z koncertów Iron Maiden, szalał, biegał i strzelał z basu do publiczności. Jego koledzy w niczym mu nie ustępowali i dawali z siebie maksa. Na tym koncercie po prostu czuło się radość muzyków z gry i przebywania na scenie. Kilka kroków w lewo i kilka minut później, podczas gdy większość uczestników festiwalu oglądała zespół Tobiasa Sammeta ja zostałem na Tankard. Warto było, bo Niemców ciężko dorwać na żywo, a jednak swoją kartę w historii thrashu zapisali. Na żywo świetnie się bawili, a publika zaskakująco dobrze ich przyjęła (jak na standardy statycznej niemieckiej publiki rzecz jasna).

Głęboki oddech, mobilizacja resztek sił, które zostały w mięśniach po tych 3 dniach i jak najszybciej idę na Kreatora. Wiele pomyj wylano na nową płytę, ale tam gdzie wielu recenzentów widzi plastik i sztuczność ja widzę muzyczną dojrzałość. Nagrywanie kolejnych „Extreme Aggresion” byłoby proste i bezpieczne. Zamiast tego, w nowych numerach mamy zarówno mocne thrashowe chłostanie, jak i bardzo melodyjne, niemal heavymetalowe partie, a nawet akustyczne wstawki. I bardzo dobrze, Kreator nie szuka taniego poklasku, tylko łączy style. Natomiast to co łączy wszystkie ery, od thrashowych początków, przez eksperymenty z lat dziewięćdziesiątych to chwytliwość tych kawałków. Nie wyobrażam sobie osoby, która stojąc pod sceną nie zakrzyknie „Chaos! Hordes of Chaos!”, albo „Something after you?” (Phobia) . Kilka słów należy się też scenografii. To jeden z tych zespołów, które lubię oglądać na festiwalowej scenie, a nie w klubie. Pewnie, koncert klubowy to inny kontakt z zespołem, ale to właśnie na dużej scenie w nocy cała oprawa koncertu wygląda najlepiej. Pirotechnika, ołtarze, jedne z najlepszych świateł… To trzeba zobaczyć, choćby na youtube.

W drodze powrotnej mijamy jeszcze ostatni pokaz taneczno-pirotechniczny, a potem pozostaje już tylko sen i droga do domu. Wacken 2017 nie było wybitnym festiwalem, ale trzymało wysoki poziom. Oceniłbym go znacznie wyżej, gdyby nie zupełnie nieprzemyślana rozpiska godzinowa, bywało tak, że przez jakiś czas nie było na co iść, a potem nakładały się trzy świetne zespoły. Dzięki WOA i do zobaczenia w 2018!

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *