Najważniejszym wydarzeniem w listopadzie dla większości populacji było zwycięstwo Donalda Trumpa. Szok, niedowierzanie, płacz, protesty i miliony memów – wiadomo. Ja jak zwykle idę pod prąd – Trump i tak nie sprawi, że Metallica znowu będzie wielka (bo przecież nie nauczy Hammetta pisać solówek), więc skupiłem się na wydarzeniach lokalnych – w Polsce zamiast wieców z udziałem Jaya Z sypnęło thrashowymi koncertami. Raptem 4 dni po demolce dokonanej przez Exodus dzieła zniszczenia miał dopełnić Overkill. Do Progresji dotarłem mocno spóźniony, bo około 20 minut po otwarciu bram. Mimo to znalazło się miejsce na barierce. Kiepski prognostyk w kontekście frekwencji.

Bardzo szybko na scenie zjawili się Izraelczycy z Shredhead. Izrael to nie jest kraj, który kojarzy się z ogromną sceną metalową, a że ominął mnie występ Melechesh, czyli prawdopodobnie najbardziej znanego przedstawiciela ciężkiego izraelskiego grania na czeskim Masters of Rock, to z tym większym zaciekawieniem czekałem na pierwszy koncert tego dnia.

Muzycznie Shredhead określiłbym jako „nowoczesny thrash”. Słychać w nim pewne inspiracje starym dobrym chłostaniem z Wybrzeża, ale dużo silniejsze w ich muzyce są wpływy Pantery, czyli riff ważniejszy od solówki. Pewnie polecą teraz w moją stronę pomidory, ale sorry – Pantera nigdy mnie nie jarała, a jej fenomen i kultowy status od zawsze stanowią dla mnie zagadkę. Zresztą, w wywiadzie Yotam Nagor, gitarzysta formacji, przyznawał, że to właśnie zespół Dimebaga stanowi dla niego największą inspirację. Nie moja bajka, ale dla fanów Pantery pozycja warta sprawdzenia. Ja źle się nie bawiłem, ale na zegarek spoglądałem mniej więcej co dwa numery.

Jako drugi grał Desecrator, kolejny support rodem z Australii. Co ciekawe z ojczyzny kangurów pochodzą też Janusze z King Parrot, supportujący kilka dni wcześniej Exodus, oraz Mason – kapela, która otwiera w tym roku koncerty Annihilatora. Sporo tych Australijczyków w Polsce, nie wiem, czy można tu mówić o kryzysie migracyjnym, ale o ubogaceniu kulturowym już jak najbardziej (chociaż miejsce gości z King Parrot winno być raczej w jakimś zamkniętym obozie). Na scenie przybysze z kraju bumerangów zaserwowali porcję solidnego, mięsistego thrashu. Zespół zresztą powrócił do naszego kraju po zaledwie miesiącu – w październiku grali razem z Venom Inc. Co do samej muzyki – z jednej strony old-schoolowe granie jest w moich uszach sporym plusem – właśnie taki thrash uwielbiam i za taki zapłaciłem. Z drugiej strony Desecrator nie zapada w pamięć, ich kawałki są poprawne, nie nudzą, ale jednocześnie nie wybijają się ponad przeciętność. Chłopaki pobiegali, pomachali głowami i ciepło pożegnani opuścili scenę.

Mam za to problem z oceną występu Crowbar. Studyjnie są zajebiści, nie ma co dyskutować. Świetne brzmienie, miażdżące riffy, a wszystko uzupełnione dawką finezji i wyczucia, dzięki którym Crowbar nie męczy i nie przytłacza, ale tworzy harmonijną, choć oczywiście bardzo brutalną i ciężką całość. Nagłośnienie też w porządku, ostatnimi czasy Progresja ma dobrą passę, jeśli chodzi o dźwięk. To co mi nie odpowiadało? Znużenie. Przyszedłem na koncert ze względu na Overkill, to na nich czekałem od kilku tygodni i to ich numery nuciłem sobie po drodze. Mimo, że Crowbar to cholernie dobry zespół, a na żywo grubasy tylko potwierdziły wielką klasę, to gdzieś z tyłu głowy cały czas odzywał się głos „dawać Overkilla!”. Nie mam wątpliwości, że jeden support mniej załatwiłby sprawę, ale oddać należy – Crowbar na żywo jest zajebisty. Jak tylko tłuściochy znowu odwiedzą Polskę melduję się na gigu obowiązkowo. Jedyny minus to fakt, że wszystkie kostki poleciały daleko od miejsca, w którym stałem ;)

Muzyka cichnie, światła gasną, koniec pierdolenia – nadszedł czas na to, co tygrysy lubią najbardziej. Kto słuchał „White Devil Armory”, ten doskonale poznał intro. Kto nie poznał – za chwilę dostał prosto w twarz otwierającym „Armorist”. Chwilę po gitarzystach na scenę wybiegł Bobby Blitz i wywołał prawdziwą wrzawę. Jeśli jesteś fanem Overkill, to kochasz Blitza – nie może być inaczej. Staruszek robił na scenie sporo kilometrów i zachęcał publikę do wspólnego wykrzykiwania. ARMORIST! ARMORIST! Lud nie zawiódł i zespół dostawał od nas mnóstwo energii. Kolejne kawałki to przekrój dyskografii zespołu – Amerykanie zagrali „Rotten To The Core” z wydanej w 1985 r. „Feel the Fire”, a zaraz potem sporo młodszy „Electric Rattlesnake” z 2012 r. Blitz między wałkami chętnie zagadywał publikę, żartował ze swojego wieku, a podczas solówek znikał za kulisami, aby nie odciągać uwagi od gitarzystów (a według śmieszków, by wciągnąć kolejne kreski). A Tailer zawstydziłby niejednego frontmana pod względem aktywności na scenie. Niewielu wioślarzy jest tak aktywnych, wybieganych, a przy tym tak zadziornych i chętnych do kontaktu z publiką. Zaczepiał, biegał, kręcił gitarą, a jego popisowy numer to droczenie się z fanami za pomocą kostek. Derek unosił piórko, wskazywał na fana, po czym… rzucał je zupełnie gdzie indziej. Albo za siebie, nad siebie, albo nie rzucał w ogóle – podejrzewam, że parę osób zostało konkretnie strollowanych. Po solówkach Blitz w efektowny sposób wracał na scenę – wbiegał, chwytał mikrofon i wykrzykiwał kolejne słowa, za każdym razem witany prawdziwą wrzawą.

Gitary milkną, swoją partię gra tylko przedstawiony przez Bobby’ego jako przyszły prezydent USA perkusista, Eddy Garcia, a Blitz zakrzykuje, że jest gotowy do walki – bo stoimy zjednoczeni razem. „In Union We Stand” to prawdziwy szlagier zespołu, wałek, bez którego koncert po prostu nie mógłby się odbyć. To jest też moment dla publiki, która po raz kolejny pokazała klasę i stojąc pośród śpiewających „In Union we Stand” można było poczuć się jak członek wielkiej, zjednoczonej ekipy. „Hammerhead”, „Feel the Fire”, „Coma”, „Infectious” – każdy kolejny wałek to czysty, nieskażony nowoczesnymi trendami mięsisty thrash. Overkill nie uznaje kompromisów i przez cały koncert dokonuje chłosty. Miazga, czysta niczym nieskrępowana moc. Urozmaiceniem setu był cover Thin Lizzy – dużo spokojniejszy i bardziej finezyjny niż reszta numerów „Emerald”, który był czymś w rodzaju chwili wytchnienia przed opuszczeniem przez muzyków sceny.

Jasnym było, że bez bisów się nie obejdzie. Gdyby jednak któremuś z muzyków przeszła przez głowę myśl o wskoczeniu do busa, donośne i rytmiczne „OVERKILL!”, „OVERKILL!” wykrzykiwane przez wciąż głodnych fanów skutecznie przypomniało Blitzowi i ekipie, że mają tu jeszcze coś do zrobienia. Powrót na scenę odbył się z wyłamaniem drzwi z buta – „Ironbound” i „Elimination” to kolejne soczyste, thrashowe dania, jakie zaserwowali mistrzowie z New Jersey. Na deser – pozostając w tej kulinarnej stylistyce – Blitz oznajmił, że nic nie obchodzi go, co powiemy, a my głośno kazaliśmy się mu p…lić. „Bullshit!” – odkrzyknął Blitz, „Fuck You!” – zawołała publika. Piękny, głęboki dialog poprzedził ostatni utwór tego wieczoru, czyli właśnie „Fuck You”. Po tym panowie rozrzucili kostki i zeszli ze sceny pozostawiając po sobie zgliszcza i pobojowisko.

Znakomity, oldschoolowy, intensywny koncert. Overkill na żywo nie kombinuje, nie sili się na jakąś pseudo oryginalność. Oni wychodzą na scenę, sieją spustoszenie i nie biorą jeńców. 80 zł za takie zniszczenie, poprzedzone grubasami z Crowbar? Jak za darmo. Polecam wszystkim, a jeśli masz inne zdanie to… „pierdol się!”

Tekst: Michał Jóźwik

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *