heavyrock.pl

rock w sercu, metal we krwi

Nick Holmes (Paradise Lost, Bloodbath): „Podążać za głosem serca” – WYWIAD

22 Lipiec, 2016

Wyjątkowo owocna konwersacja na wiele zróżnicowanych tematów z frontmanem Raju Utraconego – a od niedawna także Bloodbath – Nickiem Holmesem.

Nick Holmes, Paradise Lost, photo

Cześć, tu Nick, jak się masz?

Jakoś leci, a ty?

Nie wyspałem się zbytnio(śmiech). Zaczynajmy!

Czym różni się Nick Holmes z 1999 od Nicka Holmesa dzisiaj?

Dobre pytanie, daj mi chwilę na zastanowienie… Definitywnie się postarzałem (śmiech). Zdążyłem od tamtego czasu zapuścić długie włosy, potem je ściąć, ale fizycznie to wciąż ten sam ja. Na pewno piję więcej piwa niż 1999, na 100% (śmiech).

W 1999 Paradise Lost było kapelą po wielu rewolucyjnych zmianach – na „Host” graliście niezwykle eksperymentalną muzykę. Teraz jawicie się jako zespół, który co prawda wrócił do korzeni, ale zrobił to w tak fenomenalnym stylu, że młodzi mogą jedynie patrzeć z podziwem.

Dzięki. Wszystko zmienia się cały czas, to stopniowy proces. Nasze albumy są robione tylko i wyłącznie z serca, a nasz powrót do korzeni? Jeśli słuchałeś naszych płyt, zapewne wiesz, że był to stopniowy, momentami nawet bolesny proces. Zadziałała też muzyka, jakiej słuchaliśmy pacholęciami będąc – death metal, dużo death metalu. Można powiedzieć, że zatoczyliśmy koło.

Skoro tak, to może wymieniłbyś konkretne grupy, którymi inspirowałeś się przy tworzeniu „The Plague Within”?

Nie inspirowaliśmy się niczym konkretnym, jesteśmy na takim etapie twórczym, że inspiracja danym zespołem może dać jedynie natchnienie, niźli być meritum przy komponowaniu muzyki. Kiedyś przy tworzeniu słuchaliśmy dużo death metalu – jak wcześniej wspomniałem – albo Candlemass i to było bardzo widoczne na płytach. Chociaż nie ukrywam, od pewnego czasu bardzo często i gęsto słucham Nails, zwłaszcza debiutu.

„The Plague Within” zebrało więcej pochwał ze strony recenzentów i fanów od jakiegokolwiek materiału wydanego po „Draconian Times” – spodziewaliście się tego?

Po części tak. Zrobiliśmy ten album w najbardziej oldschoolowym stylu od czasów „Gothic”. Jest naprawdę świetnie wyprodukowany, zwłaszcza gitary i wokale, brzmią naprawdę naturalnie. Co do odbioru, jesteśmy wyjątkowo wdzięczni. Pewnie wielu fanów po „Tragic Idol” myślało, że dalej się nie posuniemy, a tu proszę, zrobiliśmy wszystko po swojemu. Jak zawsze (śmiech).

Ten album zjednał wam nowych fanów, sam takowych znam.

Zgadzam się. To dosyć chwytliwa płyta, na której masz dużo ciężaru, melodii i całkiem żróżnicowanych wokali. Cofnęliśmy się dosyć głęboko do naszych dawnych lat, ale teraz muzyka jest znacznie bardziej rozwinięta, no i my – my też w pewnym stopniu zaliczyliśmy progres przez tych kilkanaście wiosen (śmiech).

Cofnijmy się 10 lat wstecz, do waszego eponimicznego krążka – stworzyliście cięższy materiał z powodu znudzenia poprzednimi, czy chcieliście po prostu powrotu starych fanów?

To nie jest takie proste z tymi fanami, a szkoda, bo mogłoby (śmiech). Poważniej mówiąc – takie a nie inne brzmienie tego albumu wynikało z naszej własnej decyzji. Takie dźwięki grały nam w sercach, więc stąd efekt. Każdy z naszych krążków był odwzorowaniem tego, jak brzmieliśmy w czasie komponowania go. Uważam, że „Paradise Lost” to miszmasz naszych wcześniejszych dokonań, całkiem ważny dla nas materiał, ponieważ pozwolił nam zrobić kolejny krok w przód do naszej ewolucji.

Jest jakiś album Paradise Lost, za którym nie przepadasz?

Nie. Po prostu jedne wolę bardziej od innych, ale nie powiedziałbym, że którykolwiek jest słaby, bo każdy z nich to odzwieciedlenie tego, gdzie byliśmy jako muzycy, kompozytorzy. Jeżeli nasz debiut brzmi jak kompletne gówno, i tak nic z tym nie zrobię – taki był Paradise Lost w 1990 r. Życie jest, kurwa, zbyt krótkie na rozpatrywanie tego wszystkiego (śmiech).

Dosyć duża część fanów jest niezbyt zadowolona z twoich wokali na koncertach.

Nie zgadzam się z tym do końca, przecież kawałki z nowego albumu jakoś mi wychodzą (śmiech). Będę szczery, dosyć ciężkim jest dokładne odśpiewanie rzeczy z lat 90., nie mam takiej emisji głosu jak kiedyś. Powrót do cięższych dźwięków dobrze nam zrobił, ponieważ mogłem przywyknąć do agresywniejszego śpiewania na żywo. Czasami możemy spieprzyć coś całym zespołem, a bo nie było soundchecku, a bo ktoś nierozgrzany (śmiech).

Wolisz nagrywać w studio, czy śpiewać na żywo?

W studio definitywnie najlepszy etapem jest tworzenie: utworów, tekstów, spajania ze sobą poszczególnych dźwięków. Kocham także koncerty, bo przecież gwarantują mnóstwo emocji, fani śpiewają większość utworów i zawsze daje to takiego fajnego adrenalinowego kopa. Oba z tych sposobów mają swoje wady oraz zalety, ale nie potrafiłbym wybrać któregoś z nich.

Co jest trudniejsze – czysty śpiew z uderzaniem w wysokie rejestry, czy może growling?

Czyste wokale zawsze są ciężkie. Często w studio muszę robić wiele podejść do czystych partii, a growling jest prosty. Możesz ryczeć pół godziny, możesz i cały dzień, ale tego po prostu nie da się spieprzyć, sam rozumiesz (śmiech). Co do tego śpiewania, jest na świecie tylko kilku ludzi, których uznaję za dobrych wokalistów. Nie chodzi mi o faktycznie umiejętności, lecz o barwę.

Przytocz tych wykonawców.

Adrian Belew chociażby. Naprawdę dobry wokalista, śpiewa naturalnie, i o to w tym biznesie chodzi.

Jesteś bardzo charakterystycznym wokalistą – nie myślałeś nigdy o nagraniu solowego albumu?

Czy ja wiem? Niezbyt. Z Paradise Lost nie robimy nigdy dłuższych przerw, więc zrobienie takiego projektu bardzo ograniczałoby mnie czasowo. Poza tym, nigdy nie uważałem, że priorytetem artysty jest zrobienie solowej płyty. Jest mi dobrze, tak jak jest teraz, nie potrzebuję zmian.

Walteri jest waszym oficjalnym perkusistą (kilka tygodni temu zespół opuścił Adrian Erlandsson, znany głównie jako bębniarz szwedzkiego At the Gates – przyp. Brzoza)?

No, chyba jest, w końcu ogłosiliśmy go na Facebooku, to się liczy (śmiech).

Która z cech twojego charakteru najbardziej odznacza się przy komponowaniu materiału na płyty Paradise Lost?

Nie mieszam swojej osobowości do komponowania. Kiedy komponujemy muzykę, każdy wie, jakie jest jego zadanie i tego się trzymamy.

Więc to nigdy nie jest tak, że bywasz przygnębiony lub wściekły przy nagrywaniu wokali?

W tym właśnie rzecz, że nie. Spójrz, na jakim poziomie jesteśmy teraz, a na jakim byliśmy kiedyś. Fakt, za starych czasów byliśmy młodzi, gniewni i bardzo porywczy. Nie robiliśmy tylu prób co teraz, znacznie mniejszą wagę przykładaliśmy do dokładności. Fajne lata, ale wolałbym pozostać przy teraźniejszości (śmiech).

W takim razie nagrywanie albumów Paradise Lost to zwykła rutyna, niczym praca w korporacji?

To nigdy nie była dla nas rutyna. Kiedy tworzymy materiał, spajamy go w jedną całość, układamy kawałki – jesteśmy podekscytowani jak małe dziecko, które właśnie otrzymało lizaka. Ale przy tym nie zapominamy o poziomie tych nagrań, i wchodząc do studia dokładnie wiemy, co chcemy osiągnąć. Za młodu wyglądało to gorzej. Było mnóstwo chęci, ale niższy poziom wykonania, no i dużo piliśmy przy nagrywaniu. Rada dla wszystkich: nie spożywajcie alkoholu przy tworzeniu muzyki, to zły pomysł (śmiech).

Coś czuję, że niektórzy metalowcy, głoszący jedyne słuszne ideały, mogą poczuć się rozczarowani, czytając te słowa (śmiech).

Może tak być. Naprawdę, sam fakt, że robimy muzykę na wysokim poziomie mnie najbardziej satysfakcjonuje, a metalowcy… No, niech sobie żyją, jak im dobrze.

W 1999 powiedziałeś, że nie należycie do żadnej sceny. A dzisiaj?

Należymy do metalowej sceny, to na pewno. Już pomijam sam fakt, że jest ona niezwykle szeroka i pełna różnorakich odchyłów. Na pewno jesteśmy bardziej metalowym niż rockowym zespołem. Patrząc na ostatni album, to nawet death metalowym…

Czy jest szansa, że nagracie kiedykolwiek tak eksperymentalny materiał jak „Host”?

Na pewno nie pod tym szyldem. Fakt, w ciągu tych 30. lat wielokrotnie zmienialiśmy nasze brzmienie, aczkolwiek sądzę, że jakiś czas temu znacznie się ono wykrystalizowało, toteż nie stworzylibyśmy rzeczy typu „Host” jako Paradise Lost. Gra nie jest warta świeczki.

To ciekawe, bo po premierze „Host” stwierdziłeś, że nigdy więcej nie wrócicie do metalu…

Ale to było 16 lat temu. Czasami ludzie się żenią, przysięgają sobie dozgonną miłość, a potem co? Rozwód. Takie jest życie, do kurwy nędzy (śmech). Wszystko ulega zmianie, a dużo chwil bywa ulotnych. Możliwe, że za 15 lat powiem coś jeszcze zupełnie innego, kto wie? Wracając do dematu „Host” – gdybym słowa z przytoczonego przez ciebie cytatu powiedział wczoraj, to byłbym zwyczajnie chory psychicznie, no ale jak już mówiłem – to było 15 lat temu, nie miałem brody (śmiech).

Dlaczego zmieniliścię wytwórnie Century Media na Nuclear Blast?

Nic specjalnego. Spędziliśmy 10 owocnych lat w Century Media, ale wyszła oferta z Nuclear Blast, poczuliśmy potrzebę zmiany i tyle. Ale naprawdę jesteśmy zadowoleni z poprzedniej wytwórni, ci kolesie zrobili dla nas mnóstwo dobrego, serio.

Co skłoniło cię, by powrócić do growlu?

I ponownie – to był dosyć długi proces. Kiedy zagrowlowałem pierwszy raz po wielu latach, wydało mi się to zwyczajnie okropne, ale potem zacząłem ćwiczyć swój ryk i jakoś idzie. Myślę, że growling wniósł powiew świeżości do muzyki Paradise Lost, co prawda nie robię tego tak, jak w latach 90., ale jest nieźle i dodaje dźwiękom mocy. Bardzo mnie to cieszy, nie ukrywam.

Czy wolisz grać na żywo z Bloodbath, gdzie kroczysz po scenie ustylizowany na trupa, czy z Paradise Lost – jako schludnie ubrany, dosyć ironiczny Nick?

To zupełnie różne kapele (śmiech). Wiesz, Bloodbath jawi się jako grupa rekonstrukcyjna, po prostu taki hołd złożony mistrzom oldskulowego szwedzkiego death metalu, Paradise Lost jest całym moim życiem. Poza tym, gdyby Bloodbath miało tyle tras co Paradise Lost, to prawdopodobnie czytałbyś dzisiaj o moim pogrzebie, a nie rozmawiał ze mną (śmiech). Poważniej mówiąc – stuprocentowo death metalowy styl z Bloodbath z całkiem odpowiada mi przy growlowaniu na żywo i dosyć komfortowo się z tym czuję. No i znam tych kolesi wiele lat, świetne chłopaki.

Jak czujesz się na scenie, gdy śpiewasz szlagiery oryginalnie skomponowane z Mikaelem Akerfeldtem lub Peterem Tatgrenem?

Z początku było trochę dziwnie, ale przywykłem. Bardzo lubię grać na żywo „So You Die”, chyba najlepszy kawałek Bloodbath. W żadnym wypadku nie przyszedłem tam, by zastąpić Petera bądź Mikaela, ich głosy są niepodrabialne. Fakt, początkowo z tymi kawałkami nie było łatwo, ale po wielu próbach myślę, że całkiem nieźle radzę sobię z nimi na żywo.

Kolejna zabawna rzecz. Paradise Lost jest teraz bardzo ciężkim zespołem, Opeth poszedł w progresywnego rocka, a Peter dalej ma swoje Hypocrisy, ale nagrywa dziwaczne solowe płyty. Kiedy oni zdzierali swe gardła w Bloodbath, raczej nie przypuszczałeś, że także staniesz za sitkiem mikrofonu na koncercie tej formacji w przyszłości?

Akurat Peter i Mikael słuchali Paradise Lost, będąc jeszcze młodymi kolesiami. Taka naturalna kolej rzeczy najwidoczniej, ja osobiście bardzo przepadam za Opeth, nowe płyty brzmią świetnie, a Mikael robi dokładnie to samo, co ja – podąża za głosem własnego serca. Szanuję takie podejście.

Znałeś wcześniej Bloodbath? Miałeś może jakiś ich ulubiony album?

Tak, znałem, zespół zawsze tworzyli moi znajomi (śmiech). Bardzo przepadałem za „Nightmares Made Flesh” swojego czasu. Także z Mikaelem zrobili świetną robotę na „Resurrection Through Carnage”, zwłaszcza przy tym genialnym „So You Die”. Niezwyklę cenie Mikaela i Petera jako wokalistów.

Kiedy tydzień temu rozmawiałem z Danem Swano, wyrażał się on o tobie w niezwykle ciepłych słowach. Co sądzisz o jego twórczości i o nim, jako człowieku?

O, to naprawdę świetny koleś. Bardzo przyjazny. Nie znam jego twórczości poza Bloodbath, ale on ma świra na punkcie muzyki, jest niezwykle utalentowany.

Jako Brytyjczyk – co sądzisz o Brexicie? Czy może wam to utrudnić zdobycie wiz do innych państw i same nań wyjazdy?

Nie uznaję Brexitu za dobry pomysł, od początku sądziłem, że będzie miało to złe konsekwencje. Ale doświadczyliśmy już problemu z wizami gdzieś w okolicach trasy promującej „Draconian Times”, naprawdę musieliśmy się nieźle wygimnastykować, by dojechać tam, gdzie mieliśmy aktualnie grać. A jeśli o Brexit chodzi? Chyba aż tak źle z nami nie [tj. Paradise Lost] powinno być. Czas pokaże, ale wiadomo jedno – to, co odpieprza się w Wielkiej Brytanii przez kilka ostatnich tygodni, powinno dostać Oscara za najlepszą komedię lub coś w tym stylu (śmiech).

Na sam koniec opisz każdego członka Paradise Lost jednym zdaniem.

Greg jest niezwykle mrocznym typem człowieka, znamy się tyle czasu, a ja po dziś dzień nie daję rady go rozgryźć. Steve – dosyć zrzędliwy koleś. Aaron to chyba najmilsza osoba, jaka stąpała po tej planecie. Walteri – młody duch zespołu, świetnie spędzamy czas pijąc alkohol (śmiech).

A ty?

Jestem bardzo bliski Steve’owi, bo wiecznie coś mi w życiu nie pasuje i lubię sobie ponarzekać (śmiech).

 

Rozmawiał Łukasz Brzozowski


Linkin Park: „Podtrzymaliśmy metal przy życiu” Korn: nowy utwór i szczegóły nadchodzącej płyty
Linkin Park: „Podtrzymaliśmy metal przy życiu”
Korn: nowy utwór i szczegóły nadchodzącej płyty






heavyrock.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone.
©2008-2017
Google