Wacken 2020 zbliża się wielkimi krokami, warto więc przypomnieć to, co działo się na ostatniej jak dotąd edycji bodajże najsłynniejszego metalowego festiwalu w Europie. Ta relacja mogłaby być jedną wielką krytyką zeszłorocznego wydarzenia. W końcu line-up nie zachwycał, a mówimy o jubileuszowej odsłonie Wacken — przydałoby się więc, by skład trzymał poziom, a według wielu stałych bywalców niestety tak nie było. Ale zaskoczę Was, Wacken Open Air A.D. 2019 nie zawiódł, a najlepiej poświadczą o tym poniższe słowa, do których przeczytania gorąco Was zachęcam.

Wacken to marka, Wacken to tradycja. Przyjeżdżają tu ludzie wierni temu miejscu i powracający do niego co roku. Przyjadą tam także za rok, kupią bilet bez znajomości składu. To kwestia zaufania i oddania. Festiwal obdarza ich wspomnieniami, które nie wygasają z upływem czasu. Nawet jeśli tak jak w ostatnich latach organizacja i line-upy nie są idealne, nie będzie to czymś, co ich zniechęci. Tu chodzi także (a może przede wszystkim) o klimat, o świetną zabawę ze znajomymi. Chyba właśnie dlatego Wacken wiedzie prym wśród innych skierowanych na metal festiwali europejskich.

Tzw. warm-up day zaoferował koncert m.in. UFO, które jest już u schyłku swojej kariery, a mimo to dało koncert co najmniej na poziomie tego co widziałem kilka lat temu w Gdańsku przed Judas Priest. Poza nieśmiertelnymi Doctor Doctor i Rock Bottom usłyszeliśmy m.in. Venus, które stało się poniekąd wizytówką nowszego wcielenia brytyjczyków. Czwartek rozpoczął się znajomymi dźwiękami, a to za sprawą coverbandu Skyline. Grali metalowe szlagiery pokroju Crazy Train, czy też (tu z gościnnym udziałem Doro) All We Are. Na scenie pojawił się też także znany z Firewind wokalista Henning Basse. Istotnym punktem programu okazało się wykonanie przeboju Linkin Park. Numer In The End zadedykowano zmarłemu w 2017 roku Chesterowi Benningtonowi, miły akcent, chociaż nie sprawił tego, że stałem się fanem tego nu metalowego kolektywu.

Tak się złożyło, że przez większość dnia byłem w festiwalowym namiocie, a to za sprawą następujących po sobie koncertów. Ten zbieg okoliczności był mi na rękę, bo żeby zobaczyć Wiegedood, Necrophobic i Dark Funeral, tak naprawdę nie musiałem się ruszać z miejsca. Pierwszy z tej czwórki to danie ciężkostrawne, ale świetne. Doom metal według przepisu Wiegedood tworzy melancholijną, ale także przytłaczającą atmosferę. Ich występ stanowił duży kontrast względem tego, co zaprezentowali panowie z Necrophobic, którzy upodobali sobie dużo bardziej agresywny styl, w którym świetnie sobie radzą — nie są to nowicjusze (The Nocturnal Silence wydano przecież w 1993 roku), ale powietrze z nich nie uszło. Ostatni krążek w ich dyskografii, Mark of The Necrogram, wypełniony jest zabójczymi numerami pokroju Tsar Bomba, którą zresztą zaprezentowali publiczności. Zniszczenia dopełnił gig Dark Funeral, którzy są definicją północnego black metalu. Czuć było chłodne skandynawskie powietrze, zło i siarkę. Były nowości z Where Shadows Forever Reign, ale dostaliśmy też starsze numery, jak Open The Gates. Nie było to efektywne show, ale w tej muzyce nikt go do szczęścia nie potrzebuje.

\

Sporym newsem była ogłoszona trasa nowego projektu Toma G. Warriora – Triumph Of Death. Jak wskazuje nazwa, zespół skupia się na graniu materiału legendarnego Hellhammer. Koncert był taki jak się spodziewałem – pełen energii, siarki i piekielnego czadu. Odświeżenie materiału protoplastów blacku nieco odmłodziło Fischera, a ten mógł sobie powspominać stare czasy razem z fanami grając Triumph of Death, czy Messiah. Na głównej scenie grał tego dnia Sabaton z setem na trzydziestolecie, ale prawdę mówiąc, mi wystarczy 5 minut, które spędziłem z tym zespołem na krakowskim Mystic Festivalu.

Demons and Wizards. Projekt Hansiego Kurscha i Jona Schaffera wracający po latach to rzecz, która chyba najbardziej mnie przekonała do przyjechania na wackenowe pole. Jako fan Iced Earth trochę mi przykro, że potężny Amerykanin niestety olewa swój macierzysty zespół z powodu Demonów, ale na osłodę panowie zagrali nam dwa przeboje Ziemi: Burning Times i przepiękną balladę I Died for You. Hansi dla równowagi przypomniał Valhallę i Welcome to Dying Blind Guardian, a resztę setu wypełniły utwory ze znakomitych dwóch płyt D&W. Anthrax bynajmniej nie zawiódł, ale granie tej samej setlisty w kółko powinno zmęczyć ekipę Scotta Iana. Dziwi mnie to, że nie chce im się przypomnieć jednego-dwóch rarytasów, tylko klepią od kilku lat ciągle ten sam zestaw. Mimo, że chóralne śpiewanie Indians za każdym razem cieszy, to jednak słuchanie któryś raz w ciągu roku Got the Time nie może być highlightem całego festiwalu.

Z Wielkiej Czwórki tego dnia grał jeszcze Slayer. Gliwicki koncert był piekłem, tutaj mogłem stanąć nieco z tyłu i obejrzeć show nie martwiąc się o własne życie i zdrowie. Podobnie jak w Gliwicach, łezka zakręciła mi się w oku podczas Angel of Death, bo niestety był to przedostatni koncert Zabójcy w Europie. Pożegnali się z klasą, ale będziemy za nimi wszyscy cholernie tęsknić.

Thrash thrashem, ale w namiocie grała po północy jedna z moich ulubionych kapel ostatnich lat – szwedzka The Night Flight Orchestra. Supergrupa, w której składzie są muzycy Soilwork, czy Arch Enemy dała koncert, przy którym ciężko było stać z piwkiem z boku. Pełen energii, taneczny hard rock wyjęty z lat 80 porwał do tańca (a nawet zabawy w pociąg podczas West Ruth Ave) wszystkich pod sceną. Najlepiej się bawiłem przy kawałkach z mojej ukochanej Amber Galactic, którą bez problemu mogę nazwać płytą roku 2017, a Gemini stał się instant klasykiem każdej imprezy. Na żywo wypadł jeszcze lepiej, polecam każdemu zapoznać się z tą grupą.

Możecie się śmiać, ale na Wacken po raz pierwszy zobaczyłem Saxon. Zawsze się z nimi mijałem, ale teraz postanowiłem nie odpuszczać. Tym bardziej, że ostatnia płyta brytyjczyków Thunderbolt była całkiem dobra, mimo że nie za bardzo odkrywcza. Ale od Saxon nie powinno się oczekiwać odkrywczości, tylko porządnie zagranego, rzemieślniczego heavy. I dokładnie to otrzymałem. Czterdziestolecie klasyków NWOBHM upłynęło mi przy dźwiękach klasyków z Denim and Leather i Wheels of Steel, pojawiły się również nowsze kawałki, w tym moje ukochane Battalions of Steel. Jak na dość wiekowy zespół to zagrali całkiem długi koncert, pełen energii i zabawnej konferansjerki Biffa Byforda.

Mimo tego, że line-up nie był spełnieniem moich marzeń, to zobaczyłem wiele solidnych koncertów. 2020 zapowiada się dużo lepiej (50 lecie Judasów, Mercyful Fate!), a ja już szykuję się do
przyszłorocznego wyjazdu, bo nic mnie przed tym nie zatrzyma.

PS. Na Wacken pojawiła się też reprezentacja Polski w postaci Vane, którzy wystąpili w środowym konkursie Metal Battle. Nasi rodacy niewątpliwie pokazali się od dobrej strony, co potwierdza 5 miejsce, które zdobyli w finałach. Gratulacje chłopaki.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *