Wiecie, jak to jest, gdy jeden krążek potrafi odmienić całą waszą perspektywę na muzykę? Tak od razu, już po pierwszym przesłuchaniu. Miałem tak ja. Pamiętam to całkiem dobrze, pewien majowy dzień parę lat temu, aura na zewnątrz co najmniej zadowalająca, zapewne miałem w planach katować Onslaught, Vio-Lence, albo inny wyśmienity zespół niesłusznie zapomniany i niedoceniony przez metalowców. Jednakowoż – wyszło inaczej, z jakiejś nieznanej mi przyczyny, miast zawsze pożądanych uniesień przy klasykach, wybrałem ich, Nevermore. Nevermore, o którym wcześniej nie wiedziałem kompletnie nic.. Przyciągająca i bijąca smutkiem okładka przyciągnęła mnie momentalnie, więc z tym większą przyjemnością podszedłem do lektury albumu, a 1,5h później… 1,5h później, nawet nie wiem, jak zgrabnie opisać uczucia miotające mną po odsłuchu „Dreaming Neon Black”, trzeciego „długograja” Nevermore, jednocześnie chyba najgenialniejszej płycie jaką w życiu słyszałem.

Nevermore, band photo

Muzyka kwintetu z Seattle to teoretycznie thrash łączony z pewnymi wpływami amerykańskiego power metalu (nie dało się takowych uniknąć, w końcu zespół powstał na gruzach legendarnego Sanctuary) oraz muzyki progresywnej, nowocześniejszej w latach późniejszych. Ekipa Warrela Dane’a idealnie ukazuje fakt, jak bardzo mylne i niepraktyczne są w lwiej ilości przypadków szufladki. Fakt, Nevermore grali głównie thrash metal, lecz ów thrash urozmaicony specyficznymi, przepięknymi melodiami wokalnymi Dane’a, wirtuozerskimi, a przy tym pełnymi finezji gitarowymi popisami Jeffa Loomisa oraz świetnymi, charakternymi riffami także spod ręki tego jegomościa. Dodajemy do tego fascynacje pana śpiewającego gotykiem, którego to gotyku wibracji na „Dreaming Neon Black”  nie sposób nie dostrzec, lecz spokojnie. Ludzie myślący, że to dzieło jest wyjątkowo niestrawnym mariażem chłosty z muzyką dla „smutnych ludzi w płaszczach”, są w ogromnym błędzie. Gotyckie inklinacje są tu wyjątkowo subtelnie ukryte, nadają smaczku kompozycjom, choć w utworze tytułowym, będącym chyba apogeum negatywnych emocji zwartych na albumie, ów gatunek przewodzi przez cały czas, co akurat w przypadku Nevermore wyszło świetnie.

www.youtube.com/watch?v=Zjx7Vd03fFI

Dlaczego „Dreaming Neon Black” uważam sa swoją ulubioną pozycję wydaną pod szyldem Nevermore? Cała dyskografia tego zespołu obfituje w albumy pełne uczuć, niesamowicie intensywne pod względem atmosfery i wyjątkowo nietuzinkowe, jak na wąski, mocno ograniczony świat thrash metalu. Trzecie wydawnictwo Nevermore jest najbardziej reprezentatywne w tym aspekcie. Cały smutek, gniew, nienawiść członków zespołu wydaje się znajdować ujście na tym albumie. Wzruszającym, zaskakującym, pełnym pesymizmu, który dla głównego bohatera konceptu w ciągu niezwykle krótkiego czasu stał się jedynym elementem życia. Bytu pozbawionego smaku i barw, przesłoniętego czarną wizją świata i coraz to bardziej paranoicznych wizji następujących w umyśle.

Nevermore, band photo

Właśnie. Bohater? Koncept? Dokładnie, tak. „Dreaming Neon Black” to opowieść snuta przez mężczyznę, który stracił żonę na wskutek jej utonięcia (wyjątkowo dosadnie mówi o tym utwór tytułowy). Każdy kolejny utwór na rzeczonym krążku opisuje stadium jego smutku, przechodzące w nienawiść, obwinianie siebie, istot wyższych, a skończywszy na wierze, że ona (tj. ukochana) ciągle jest gdzieś w pobliżu i tylko czeka na odpowiedni moment, by powrócić. Historia ta stworzona przez Dane’a to nic innego, jak opis jego własnych doświadczeń przeżytych po śmierci narzeczonej. Ten jakże nieszczęśliwy rozdział jego życia miał tę jedną pozytywną stronę, bowiem przelanie swych najciemniejszych wspomnień na papier z pewnością musiało być działaniem zdejmującym z jego barków pewien balast, a wyśmienity sposób w jaki zgrywają się z muzyką to już zupełnie inna sprawa.

www.youtube.com/watch?v=L5lcmGLW5VE

Muzycznie panowie także wspięli się na wyżyny swoich umiejętności kompozytorskich. Album ten jest prawdopodobnie najbardziej charakterystycznym elementem ich dyskografii, ponieważ brzmi zupełnie inaczej od tego, co kiedykolwiek wcześniej zrobili, a jednocześnie zamyka pewien etap w historii zespołu. Dla niektórych ów krążek okazał się rozczarowaniem. Płyta znacznie prostsza i liryczna od poprzedzającego ją mocarnego „The Politics of Ecstasy”. Zamiast konkretnego przyłożenia, więcej tajemniczości, wyrachowania. Zamiast wygibasów – pewna dawka psychodelii i mroku. Mniej riffów, więcej nastroju oraz eklektyzmu. Ostatni czynnik jest prawdopodobnie najczęstszym elementem, przez który duża ilość ludzi nie daje sobie rady z tym krążkiem. W końcu mamy tu i miażdzące wszystko na swojej drodze „I am the Dog”, i wciągające niczym ruchome piaski „All Play Dead”, a na wyśpiewanym niemal a’capella „Forever”, będącym potwierdzeniem kunsztu wokalnego Dane’a skończywszy.

Nevermore - band photo

Nie postrzegajcie tego tekstu jako recenzji, czytelnicy. Ten zbiór znaków wyżej to coś, co korciło mnie już od początku przygody z Heavyrock, ale bałem się, autentycznie. Pisanie o krążku, który oznacza dla mnie tak wiele, który powoduje ciary na plecach i po tysięcznym przesłuchaniu jest rzeczą niezwykle ciężką, a jednocześnie stresującą, bo zawsze występuje ta niepewność, czy aby na pewno oddało się  swój stosunek emocjonalny do płyty w 100%, ale czym jest życie bez podejmowania wyzwań, nieprawdaż?

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *