Po niezbyt imponującym składzie rok temu można było w ciemno obstawiać, że tym razem organizatorzy Graspop Metal Meeting nie zawiodą i przygotują bardzo mocny line-up. Już od pierwszego ogłoszenia okazało się, że przewidywania były celne i gdy już wszystkie karty zostały odkryte, dostaliśmy prawdopodobnie najmocniejszy festiwal w Europie. W zasadzie fan każdego rodzaju grania mógł znaleźć tam dla siebie co najmniej kilkanaście koncertów. Po raz trzeci zdecydowałem się postawić GMM ponad Hellfestem i po Firenze Rocks opuściłem piękną Toskanię na rzecz pochmurnej Belgii.
Tegoroczna odsłona festiwalu reklamowana była hasłem XL. Oznaczało to zerwanie z tradycją rozgrzewkowego czwartku i uczynienie imprezy czterodniową w pełnym tego słowa znaczeniu. Tłumy do wejścia pierwszego dnia były jednak ogromne, a ja dostałem się na festiwal tylko dzięki akredytacji. Inni musieli czekać w wielogodzinnych kolejkach.

Na pierwszy ogień Doro Pesch odgrywająca w całości „Triumph and Agony” z dorobku Warlock. Koncert na poziomie do którego Dorotka przyzwyczaiła swoich fanów, czyli energetycznie i wesoło. Mimo upływu lat cały czas radzi sobie wokalnie, a do tego promienieje ze sceny pozytywną energią. Cała ta miła atmosfera udzieliła się publice i dobrze nastroiła przed kolejnymi koncertami. Tylko nie do końca rozumiem po co w niektórych numerach aż trzy gitary, brzmienia to szczególnie nie wzbogacało, a wręcz przeszkadzało w odbiorze.

Milczenie niech będzie moim jedynym opisem tworu o nazwie Black Stone Cherry. Znacznie więcej ciepłych słów mogę powiedzieć o Iced Earth. Występ klasycznie dla załogi Schaffera energiczny, żwawy i kopiący. Niestety przy okazji naznaczony problemami technicznymi. Wokal Stu Blocka co jakiś czas po prostu znikał, a winnym całej sytuacji był wadliwy mikrofon. W secie oczywiście liczna reprezentacja z „Incorruptible”, uzupełniona zgrabnie największymi klasykami. Występ trzymał wysoki poziom, nowe numery świetnie wypadają na żywo, genialnie sprawdza się zwłaszcza „Clear the Way”. Ma dryg do przejmujących riffów pan Schaffer, bez dwóch zdań. Porządnie rozgrzani czekamy na naszą prywatną gwiazdę wieczoru, ale przedtem jeszcze koncert Jonathana Davisa znanego z grupy Korn. Cóż… rozgrzani pozostaliśmy, ale z zupełnie innych powodów. Ja osobiście po prostu się zirytowałem, bo koncert był przeraźliwie słaby, a irytację potęgował fakt, że nie minął nawet tydzień od spotkania z tym panem we Włoszech. „What It Is?” śpiewał ze sceny. To bardzo dobre pytanie…

Dwa dobre i dwa żenujące występy. Takim bilansem legitymował się Graspop przed koncertem Ghost, o którym… sam nie wiem co myśleć. Nową płytę, w przeciwieństwie do większości świata, oceniłem raczej negatywnie. Oczekiwałem rozwoju zespołu w kierunku tego, co słyszeliśmy w takich numerach jak „Spirit” i „Mummy Dust”. Tymczasem Forge schował metalowy pazur i wydał płytę prostą w odbiorze, przystępną, a momentami wręcz bardzo radiową. Na krótki, bo zaledwie godzinny set złożyły się jednak – z jednym wyjątkiem – najlepsze momenty nowego krążka. Z przepięknej, skąpanej w bieli sceny usłyszeliśmy hitowy „Rats” i najlepszy prequellowy riff w „Faith”. Scenografia Ghosta robi ogromne wrażenie, sama scena wygląda według mnie lepiej nawet od tej, którą przygotowali w tym roku Maideni. Dodajmy, że jest mocno zatłoczona, bo Ghoule od ostatniej trasy jeszcze się rozmnożyły. Momentami nawet z trójką gitarzystów, podobnie jak Doro (i podobnie jak w przypadku Niemki nie widzę w tym sensu). Na duży plus zasłużył sam Tobias, który jako Cardinal Copia znacznie poprawił się wokalnie. Radził sobie zarówno w starszych kawałkach, jak i w premierowych, w tym nieznośnie wpadającym w ucho „Danse Macabre”. Dzienne światło odebrało trochę klimatu, podobnie jak drętwa publika (nie rozumiem jak można mieć tatuaże z motywami zespołu, a na koncercie okazywać tyle emocji co kuchenny stołek), moim osobistym minusem jest brak „Miasmy”, ale ciężko winić zespół, bo dostali bardzo mało czasu.

A powód tak krótkiego czasu dla Ghost właśnie wchodził na drugą scenę. Trzyipółgodzinne show zapowiedzieli Guns N’Roses. Postanowiliśmy dać szansę najbardziej dochodowej trasie koncertowej 2017, chociaż za zespołem nie przepadamy. Nikt z nas, nawet Ci najbardziej negatywnie nastawieni, nie spodziewali się jednak aż takiej żenady. Powiedzmy sobie jasno, po tym co usłyszałem w Dessel uważam, że Axl nie potrafi śpiewać. Nie potrafi i koniec, nie ma głosu, brzmi jakby na scenę wyszedł nawalony. Wytrzymałem cztery numery, ale po zmasakrowaniu „Welcome to the Jungle” po prostu wyszliśmy.

Piątek zacząłem od pobudki bladym świtem i udania się pod jedną z dwóch głównych scen. Tam czekało mnie zaledwie jedenaście godzin oczekiwania na Iron Maiden. Łatwizna, co? Prawda jest taka, że poza dziewicą albo nie zależało mi tego dnia na zobaczeniu czegoś szczególnie mocno (Vader, Savage Messiah), albo i tak pokrywało się z IM (Watain, Wolves In The Throne Room). Urok festiwalu polega na tym, że oczekiwanie na gwiazdę umilają (lub nie) różne zespoły. Jako pierwszy tego dnia bardzo pozytywnie zaprezentował się Tyler Bryant z zespołem The Shakedown. Młode chłopaki przeniosły publikę w lata siedemdziesiąte swoimi energetycznymi hardrockowymi numerami. Niespełna godzinny występ upłynął naprawdę szybko. Po nich na scenie obok zagrał belgijski Diablo Blvd, ale dźwięk był tak zniekształcony, że niewiele z tego występu słyszałem.

Wspominałem o tym, że nie zawsze oczekiwanie na gwiazdę jest przyjemne? No to zespół Avatar postanowił boleśnie o tym przypomnieć. Na naszym fanpage’u ujawniło się całkiem sporo fanów tego… tworu. Z perspektywy fana klasycznych brzmień, to coś się po prostu nie broni. Nie do końca umiem sprecyzować co oni grają, co więcej niespecjalnie mam ochotę próbować. Całość brzmiała niestrawnie i był to jeden z najgorszych koncertów, jakie kiedykolwiek widziałem.
Shinedown… co oni robią na festiwalach metalowych? Sami nawet określają się jako zespół pop/rock. To kolejny z męczących zespołów, ale w inny sposób niż poprzednicy. Koncert nie był zły, był po prostu nudny. Nie widziałem zresztą żeby wzbudzili szczególny entuzjazm. Nawet gdy zdarzają się jakieś ciekawe riffy, krótkie interesujące fragmenty, to znikają w morzu przeciętności. Gwoździem programu i moim ulubionym momentem każdego koncertu Shinedown jest moment, gdy wokalista dzieli publikę na pół, namawia ją aby się rozstąpiła, wchodzi w środek tłumu po czym… wraca na scenę. Dokładnie tak, nic więcej się nie dzieje. Jaki jest w tym sens? Żaden. Już skończyli? Wspaniale. Następnie przyszedł czas na Powerwolfa, którego koncerty w skróconym, festiwalowym wydaniu są bardzo przyjemne w odbiorze. Czasu jest za mało by zacząć wyłapywać autoplagiaty, ale jest go wystarczająco żeby się dobrze bawić. Załoga braci Greywolf to skład bardzo dobrze czujących się na scenie, a sama muzyka łatwo wpada w ucho.

Hollywood Undead po prostu nie powinni byli się tu znaleźć. Jeśli fani Shinedown, Avatara, albo GNR wieszają na mnie psy, to w tym akapicie chyba wszyscy się zgodzimy. Rapcore’owi na festiwalach metalowych mówimy zdecydowane wyp… NIE. Śmieszny skład, który wyróżnia się tym, że na czterech gitarzystów mają tylko jedną gitarę. Aha i zaprosili na scenę jakiegoś fana, który darł się do mikrofonu.

Bardzo ciekawił mnie zespół Avenged Sevenfold. Uwielbiany przez wiele osób, pogardzany przez oldschoolowych fanów metalu. Postarałem się podejść do tego koncertu z czystą głową i ocenić tylko to co usłyszę. No i dalej nie wiem co myśleć. Największy pozytyw to gitarzyści, partie gitar są ciekawe, melodie chwytliwe, a riffy przemyślane i pełne drobnych smaczków. . Partie perkusji też często nie są tylko metronomem, wychwyciłem sporo fajnych niuansów. Solówkom też nie mogę wiele zarzucić, chociaż żadna nie zapadła mi w pamięć. Problemy, który mam z tym zespołem skupiają się w osobie wokalisty. Pan Shadows ma poprockową manierę śpiewania. Wyobrażacie sobie tego gościa śpiewającego coś Saxon, czy innego Black Sabbath? Nie chodzi tylko o jego głos, wszystkie linie wokalne są niemetalowe, odrzucają mnie. Z tego powodu raczej fanem AX7 nie zostanę. Wcześniejsze występy Killswitch Engage i Tremonti pozostawiam bez komentarza.

Jedenaście godzin minęło jak z bicza strzelił! Ziemia zadrżała gdy z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki „Doctor Doctor”. Nareszcie! Na scenę utrzymaną w klimacie zasieków wojskowych w towarzystwie dmuchanego samolotu Spitfire wbiegli muzycy Maiden, a publika… nie oszalała. Było drętwo. W zasadzie mało kto poza zespołem i fanami w pierwszym rzędzie sprawiał wrażenie, że jest na koncercie legendy heavy metalu. Trochę rozczarowujące, ale sami Maideni nieszczególnie się tym przejęli. Po Bitwie o Anglię przenieśliśmy się płynnie do fortecy na wzgórzu, publika obudziła się na moment na Dwie Minuty Przed Północą i podczas Troopera, ale prawdziwą perełką pierwszej części setu jest walka o szkocką wolność w „Clansmanie”! Ukłony do ziemi za odkurzenie tej perełki. W drugiej części scena z teatru działań wojennych staje się świątynią. To tło dla „Revelations”, ale przede wszystkim dla jednego z najwybitniejszych utworów, który zespół nagrał po zjednoczeniu. Mowa o „For The Greater Good of God”, januszowi fani oczywiście lepiej bawią się na szlagierach, ale zawsze będę szanował Maiden za szukanie balansu w setliście i przemycanie do niej regularnie kilku perełek. W tym samym klimacie pozostaje, po kolejnej przebierance Bruce’a, legendarny „Sign of the Cross”. Mimo całej sympatii do Blaze’a Bayley’a, który śpiewał ten kawałek na płytach, Dickinson wnosi numer na wyższy poziom. Po drodze był jeszcze „Wicker Man” i granym po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat Lotem Ikara trafiamy z nieba do piekła, bo taki wystrój przybiera scena na ostatnią część koncertu. Iron Maiden to najwyższa liga metalowego grania. Zmarszczki na twarzach to jedyny dowód, że czas się dla nich nie zatrzymał. Było fe-no-me-nal-nie.

W planie tego dnia był jeszcze Ayreron. Wydarzenie wyjątkowe, koncerty tego projektu są bardzo rzadkie, a występ w ramach Graspop był jedynym w 2018, zaproszono wielu znakomitych gości i dlatego… Ayreon zagrał na scenie namiotowej, podczas gdy na główną weszli metalcore’owcy z Parkway Drive. Dno. Ja poszedłem oczywiście do namiotu, ale nie porwało mnie to co usłyszałem. Gości rzeczywiście było sporo, dynamika występu całkiem niezła, ale namiot to nie jest odpowiednie miejsce dla takiej muzyki. Wiele wysokich tonów i dźwięków klawiszy po prostu ginęło w hałasie, który jest nieodłączną cechą Graspopowej sceny Marquee. Szkoda.

Sobotę zaczynamy ze Szwedkami z Thundermother. Jedni wskażą AC/DC jako ich inspirację, inni po prostu nazwą je słabym plagiatem. W nowym, odświeżonym składzie panie zagrały krótki, przyjemny koncert. Idealny na rozbudzenie, zwłaszcza po bardzo ciężkiej, pełnej przygód nocy. Klimat zmieniamy znacząco, bo z hardrockowego show przenosimy się na mszę. Obecność na największych festiwalach najlepiej świadczy o sukcesie Batushki. Wiele z Was pewnie widziało odegranie Litourgiyi na żywo, więc za relację niech wystarczy zapewnienie, że jak zwykle było klimatycznie i na wysokim poziomie.  Zachętą do odwiedzenia sceny głównej były panie z Vixen. Nie tak młode jak Thundermother, ale równie żwawe. Nigdy nie ciągnęło mnie do glamu, włosów nigdy nie tapirowałem, ale lubię sobie pofantazjować, jak wyglądały imprezy w Kalifornii lat osiemdziesiątych. W głośnikach KISS i Motley Crue, kolorowe ciuchy, uśmiechnięte dziewczyny… a może za dużo Vice City i polskich imprez zakrapianych czystą przy akompaniamencie Zenka Martyniuka. Wracając do Dessel, Janed Gardner nie śpiewa już tak czysto jak trzydzieści lat temu, ale w środku dnia, leżąc na trawie taka muzyka nieźle się sprawdza.

Uwierzycie, ze byli ludzie, którzy poszli na Asking Alexandria? Co gorsza, zrobili to, gdy w namiocie masakrował Asphyx. Każdy kto widział Holendrów, wie jakie spustoszenie sieją Ci goście. Scena ledwo przetrwała ten koncert, liczba ofiar była co najmniej trzycyfrowa, a jedyne słowo zdolne opisać muzykę to rozpierdolsphyx. Powaznie, powinni zmienić nazwę. Koncertowo pozycja obowiązkowa i jeden z najlepszych wykonów festiwalu.  Exodus nie ustępował poprzednikom w sianiu zniszczenia. Naprawdę żadne przepisy nie regulują limitu wpierdolu? Ojcowie thrashu jak zwykle zagrali wzorowy koncert, zero marnowania czasu, sto procent młócki. Dobrze, że nie byli headlinerem. Gdyby mieli do dyspozycji dwie godziny, to pewnie zabiliby wszystkich. Intensywność to słowo klucz. Brawa, pokłony i wyrazy uznania. Dobrze, że widzimy się ponownie już w grudniu.

Wcześniej na scenie głównej rewelacyjnie zagrał Accept. Zdecydowanie najlepszy dzień festiwalu, a niemiecka legenda dostosowała się do bardzo wysokiego poziomu. Setlista bez zaskoczeń, ale na festiwalu taki zestaw hiciorów sprawdza się doskonale. „Balls to the Walls”? Było. „Fast as the Shark?” Było. „Princess of the Dawn”? Było. Na uznanie zasługuje też scenografia, wystrój prosty, ale efektowny. Liczę, że ktoś w końcu sprowadzi ich do Polski na koncert w roli headlinera, bo to jeden z zespołów, które bardzo chciałbym zobaczyć w klubowym wydaniu. Co dalej? Jeszcze więcej thrashu zaserwował Kreator. Kawałki z najnowszej płyty już mi się nieco przejadły, w dziennym świetle scenografia nie wypada tak okazale, a publika była naprawdę nędzna (co nie przeszkodziło Petrozzie w nazywaniu Graspopu najlepszym festiwalem w Europie, czego wcale nie robi co drugi weekend ;) ). Czy koncert był przez to zły? Bynajmniej, liderzy niemieckiego thrashu to marka, która poniżej pewnego poziomu po prostu nie schodzi, a numery takie jak „Phobia” i „Pleasure to Kill” zawsze brzmią dobrze.

Wjeżdża danie główne. Jeden z głównych powodów wyjazdu na Graspop, moja muzyczna miłość. Perfekcyjny w roli intro „Prince of Darkness” powoli podnosi atmosferę. Coraz goręcej, coraz goręcej i Megadeth pojawia się na scenie. Mustaine już kolejny rok nie śpiewa zbyt dobrze. Jeśli ma dzień, to jest znośnie. Jeśli nie… to pomówimy o tym przy innej okazji. W Dessel był w niezłej dyspozycji, zresztą to nie o wokal w takich numerach jak „Hangar 18” chodzi. Odświeżony set zawierał nie tylko odkurzone po latach „The Conjuring” i „Take No Prisoners”. Gdy Dave zaczął ze sceny wspominać Vinniego Paula, spodziewałem się usłyszeć „A Tout Le Monde”. Racji nie miałem, na cześć Abotta Rudy zagrał „My Last Words”, niegrane (raptem z trzema wyjątkami) od 1993 roku! Show standardowo skradł Kiko Loureiro, który nabiegał się na scenie za trzech. Fantastycznie ogląda się pewnego siebie gitarzystę, zwłaszcza jeśli do tego wymiata na wiośle. Występ klasycznie zamyka „Holy Wars”, a my zmierzamy powoli spać…  i nasze uszy atakuje Bloodbath! Zapomnieliśmy, że grają na małej scenie, zajęci psioczeniem na Volbeat, a tu proszę. Nie wszystko mi podchodziło na płytach, ale na żywo wypadli zajebiście! Inne oblicze death metalu, nie tak niszczące jak Asphyx, ale melodie i riffy wkręcają się w czaszkę. Za takie niespodzianki lubię festiwale.

Dzień ostatni, gotowi na świetne koncerty od rana? No to się rozczarujecie. Rozpiska na ostatni dzień prezentowała się słabiutko. Billy Talent? Body Count? Limp Bizkit? Bullet for My Valentine? Było źle. Sam Tyr nie był warty, żeby jechać na festiwal wcześnie, więc zajechaliśmy dopiero na Hollywood Vampires, headlinera serc połowy uczestniczek festiwalu. Jak wypada supergrupa w oczach kogoś, kto nie jest zapatrzony w Johnego Deppa? Przyzwoicie. Robotę robi przede wszystkim Joe Perry, znacznie lepiej niż na zeszłorocznym Wacken pokazał się Alice Cooper. Sam gwiazdor filmowy nie zrobił na mnie wrażenia. Jako ciekawostka zdradzę wam, że gdy zespół schodził ze sceny, ochrona zablokowała wejście na backstage. Nie mogły tam wejść nawet osoby uprawnione, dopóki Johny nie wszedł do garderoby. Problem miał przez to… perkusista Limp Bizkit, który nie mógł dostać się do siebie.

Z Judas Priest spotkałem się na tej trasie już po raz trzeci. Szacunek Panie Halford , bo w tym wieku śpiewać tak dobrze i to tak trudne numery, to wielka sztuka. Priest wielu z Was widziało pewnie w Katowicach, a Ci którzy nie pojechali słyszeli od znajomych, że zespół jest w rewelacyjnej formie. Po „Turbo Lover” urywam się i biegnę na piekielną dyskotekę spod szyldu Perturbator. James dał jeden z najlepszych koncertów, świetnie wyglądająca scena namiotu Metal Dome aż pulsowała od energii publiki. Projekt bardzo szybko się rozwija, Jamesowi na scenie towarzyszy znacznie więcej świateł i perkusista. Po moim ulubionym „Humans Are Such Easy Prey” sprintem wracam na Judasów, bo mniej więcej w tym momencie spodziewałem się bisów. Nosa miałem bezbłędnego, bo trzy ostatnie numery zagrał Glenn Tipton! W Czechach i w Polsce się nie udało, ale do trzech razy sztuka. Never Surender Glenn! Końcówka festiwalu nie pozwalała nawet na chwilę oddechu, kolejny bieg i sprawdzamy jak na żywo wypadają panowie Patton i Lombardo z zespołem Dead Cross. Prawdę mówiąc nie do końca ich czuję. Trochę się chłopaki podroczyli z fanami grając kawałek „Raining Blood” i „Epic” z repertuaru wiadomych grup.

Od Ozzy’ego Osbourne’a oczekiwałem niewiele, zważywszy na wiek i formę Księcia Ciemności. Negatywne nastawienie szybko uleciało, bo dostałem przyzwoitą sztukę. Pomijając, że niemal połowa setu to solowe popisy Zakka i perkusisty. Staruszek daje radę, na samodzielny koncert pewnie bym się nie zdecydował, a dzięki GMM mogłem pożegnać Ozza z solowym materiałem. Zmęczenie dało o sobie znać na Meshuggah, wytrzymałem cztery numery, ale w namiocie ich muzyka tworzyła ogłuszający jazgot. W drodze do kibla usłyszałem jakieś interesujące dźwięki i zawędrowałem do namiotu na kolejny elektroniczny koncert. The Bloody Beetroots porwali ludzi, chociaż z metalem ten występ nie miał nic wspólnego. Każdy ma swoje guilty pleasure, no nie? Festiwal kończymy zamykającym imprezę A Perfect Circle. Świetna muzyka do tego, żeby usiąść na trawie, wyciągnąć zmęczone nogi i chłonąć dźwięki ze sceny…


Graspop Metal Meeting po raz kolejny dał się poznać jako świetnie zorganizowana i bezbłędnie przygotowany festiwal. W tym poziom trzymała również pogoda, przez cały festiwal było przyjemnie chłodno i pochmurno. Miła odmiana po zeszłorocznych upałach. Pierwsza kropla deszczu spadła dopiero pod koniec A Perfect Circle, ale ulewy z tego nie było. Jeśli chcecie pojechać na festiwal w trampkach, polecam Dessel i GMM19. Do zobaczenia za rok!

Foto: Heavyrock.pl i Weronika Szczepańska

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *