Półmetkiem mojego festiwalowego maratonu zdał się być w tym roku kultowy Brutal Assault. Festiwal, którego lineupy od zarania dziejów każdy Polak wyrecytuje z pamięci nawet w środku ostrego melanżu. Skuszona pochwałami, jakie impreza zbierała raz po raz od zaprzyjaźnionych mi maniaków, postanowiłam się tam wybrać. I co z tymi wrażeniami z pierwszego razu?

Im więcej Polaków, tym… no właśnie. Przywykłam do festiwali, gdzie jedzenie zamawiam po niemiecku. Na Brutal Assault doświadczałam codziennie czegoś zgoła innego. Tak znacząca ilość rodaków po prostu nie może nie odcisnąć swojego piętna na tym festiwalu, który właściwie stał się naszym narodowym metalowym bastionem, do którego finansowa pielgrzymka trwa cały rok.

W przeciwieństwie do Wacken, które robi wszystko, by odwrócić uwagę festiwalowiczy od koncertów stawiając nowe full metal atrakcje, Brutal Assault co roku miażdży składem. Po pięciu odbytych w tym roku festiwalach śmiało mogę stwierdzić, że to właśnie na Brutal Assault dokonałam najlepszych odkryć.

Brutal Assault to aż 4 sceny, na których nieustannie grają zespoły w różnych klimatach. Wielkim plusem będzie tu fakt, że wśród publiczności nie zdarzają się często niedzielni słuchacze. Każdy zatem nie dość że dobrze wie, czego chciałby słuchać, to układ scen jeszcze umożliwia mu łatwe odkrywanie nowych rzeczy. To właśnie na BA dokonałam kilku zaskakujących odkryć. Przede wszystkim chińskie blackmetalowe Zuriaake. Lekko ambientowy vibe, który ich charakteryzuje, połączony ze średniowiecznym klimatem niewielkiej sceny Octagonu spawiał, że zamek pękał w szwach. To kolejny dowód na to, że Azja metalem stoi.

Kolejnym odkryciem było Combichrist, czyli jedna z kilku miłych odmian od ekstremalnego metalu. Synthwave zajmuje od kilku lat stałe miejsce w składzie Brutal Assault, gdzie widzieliśmy już między innymi Perturbatora, czy (w tym roku) Carpenter Brut. Na Combichrist trafiłam przypadkiem, i od razu mnie pochłonęli. Zespół od agresywnego techno wyewoluował w bardzo zgrabną i bezkompromisową hybrydę metalu i oldschoolowej elektroniki. Nieznaczne rammsteinowe zabarwienie riffów nie przeszkadzało mi w pozytywnym odbiorze.

Z kolei koncert Carpenter Brut w późną czwartkową noc to mój absolutny numer jeden na BA 2019. Bez zbędnego gadania, bez dzień dobry i bez do widzenia. To była godzina nieustannego elektornicznego wpierdolu, a późna pora nie przeszkodziła zmęczonym tłumom pod sceną w rozpętaniu prawdziwego piekła. Kto by się spodziewał, że aż tyle trve metalowców będzie śpiewać popowe, ale wysokoenergetyczne Beware The Beast. Usłyszałam baterię kawałków z Trilogy oraz swojego ulubionego Leather Teeth. W Europie brakuje synthwave’owych festiwali i trochę szkoda, że gatunek ten w lineupach metalowych jest raczej marginalny. Szczególnie, że w serduchach ekstremalnej społeczności zajmuje miejsce szczególne.

Gatunek, który darzę szczególną sympatią, bo od niego właśnie rozpoczęłam swoją przygodę z muzyką. Thrash metal płynie ze scen twierdzy niemal nieprzerwanie. Szczególnie dobrze wypadło Sacred Reich. Nikt nie spodziewał się, że po tak długiej przerwie amerykanie dadzą radę wyruszyć w intensywną trasę i wydać album, który trzyma poziom nagrań z lat osiemdziesiątych. Konkretną dawkę energii wyrzucili z siebie także muzycy z Sodom, Anthrax oraz Testament. Ten ostatni miałam okazję oglądać już trzeci raz i pierwszy raz nagłośniono go prawidłowo. Nie można tego powiedzieć o Destruction, które słychać było jedynie w wybranych miejscach pod sceną. Sam koncert stał się gorącym tematem dzielących festiwalowiczy na tych, którzy słyszeli oraz tych, którzy nie słyszeli.

Żeby nie było tak pięknie, oprócz Destruction zdarzyło się jeszcze kilka niewypałów.Przede wszystkim – odwołany koncert Deicide. Po ogłoszeniu zmian wiele osób wpadło w istny szał, bo dla Deicide tu przyjechali. Wydaje się, że na odwoływanie występów na festiwalach panuje wśród legendarnych zespołów jakaś dziwna moda. W każdym razie … Whims and Posers Left the Hall.

Dość spory zawód to ku mojemu zaskoczeniu Mgła, która wypadła anemicznie i niemrawo. Być może lepiej ogląda się ich w mniejszych klubach o kameralnej atmosferze. Polska reprezentacja na tegorocznym Brutal Assault to także Batushka, która wypadła bardzo dobrze. Cieszę się, że aferze wokół tego zespołu nie przyglądałam się zbyt wnikliwie. Stosunek do obu stron konfliktu (dla osób chcących zgłębić temat odsyłam do tego filmu) jest u mnie neutralny i to dobrze, bo uprzedzenia nie rzutowały na odbiór show, które obiektywnie mogę uznać za zjawiskowe. Dumni możemy być także z Decapitated, które jeszcze nigdy nie zawiodło na żadnej scenie. To tyle, jeżeli chodzi o nasz narodowy brutalowy obóz.

Z obfitego repertuaru ciężko wyłuskać perełki, o których szczególnie warto napisać w relacji. I to jest właśnie największa zaleta tej imprezy. Organizatorzy przykładają co roku ogromną wagę do składu, bo wiedzą, że ich społeczność jest wymagająca i na byle co nie przyjedzie. To ogromna wartość w czasach, gdy duże festiwale (aka Wacken) ignorują ten aspekt organizacji, bo i tak wydarzenie się przecież wyprzeda. Jest kilka rzeczy, których jednak technicznie na Brutalu zabrakło.

Przede wszystkim – infrastruktura. Dwa prysznice na kiju, których rezultatem była gigantyczna kolejka codziennie rano. Press area. Uwielbiam, gdy podczas wywiadu napierdala mi jakiś death z Octagonu, którego echo rozchodzi się po murach, a podłoga w strefie prasowej drży od decybeli. Toalety. Myślałam, że widziałam już wszystko, ale z czymś takim jak kible na Brutalu spotkałam się pierwszy raz. Czystość w toikach pozostawiała wiele do życzenia, a wszechobecne pisuary wprawiały mnie w obrzydzenie. Nie ulega wątpliwości, że większość publiczności festiwalu to mężczyźni, ale nie jest to powód, żeby obok sceny instalować rynienkę, gdzie spacerowicze mogą obejrzeć czyjegoś wywalonego na wierzch penisa. Te kwestie znacznie obniżyły mój komfort. Dla organizatorów tak dużej i renomowanej imprezy to nic innego, jak wstyd.

Czy warto jechać na Brutala? Z całą pewnością tak. Klimatem znacznie odbiega on od moich ulubionych festiwali, ale bawiłam się tam przednio. Ogromny wybór kapel stanowi raj dla tych, którzy szukają czegoś nowego, lub czegoś, co widuje się rzadko. Towarzysko jednak nie każdy się tu odnajdzie, szczególnie, jeżeli ceni sobie spokój i umiłowanie komfortu charakterystyczne dla naszych zachodnich sąsiadów. Nie wiem, czy na Brutal Assault wrócę w przyszłym roku, ale z przyjemnością wystawiam im bardzo pozytywną opinię.

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *