Po niezwykle intensywnym i obfitym w koncerty listopadzie, nadeszła sroga grudniowa zima. Mrozy zdawałoby się zamknęły granice i poza kilkoma wyjątkami uniemożliwiły zespołom przyjazd do Polski.  Jednym z tych wyjątków okazał się drakkar pod banderą Amon Amarth, który sforsował zamarznięte rzeki i przetoczył się przez Polskę z załogą siejącą spustoszenie w nadwiślańskim kraju. Po przystankach w Krakowie i Gdańsku przyszedł czas na stoczenie ostatniego boju w warszawskiej Progresji.

Na koncert wybierałem się z wciąż żywą urazą, że od gigu w Berlinie nie towarzyszy już wikingom Testament. Gdyby ekipa Petersona dojechała do Polski, byłby to zdecydowanie koncert miesiąca. Przypomniałem sobie jednak stare chińskie przysłowie: „nie masz, nie pierdol” i ruszyłem na barierki. Koncert rozpoczęli Niemcy z Dawn of Disease. Encyclopaedia Metallum nazywa ich melodeathem, natomiast ja tych melo-elementów w Progresji nie usłyszałem. Niemcy zaserwowali dobre 30 minut ostrej młócki, grając szybko, ciężko i niezbyt finezyjnie. Wokalista okazał się być Polakiem i wykorzystał swe umiejętności lingwistyczne podczas kontaktu z publiką. Tomasz Wisniewski mówił z obcym akcentem, ale jego polszczyzna natychmiast zjednała mu wszystkich, licznie przybyłych tego wieczoru. Chłopaki dali z siebie naprawdę dużo i szczerze, to nie przypominam sobie drugiego koncertu, na którym support otrzymałby tak znakomite przyjęcie, a wokalista zagadując po polsku mocno uszczęśliwił publiczność. Jestem pewien, że na koniec krótkiego występu chłopaki już nie mogli się doczekać powrotu do naszego kraju. Po sprawdzeniu ich studyjnej twórczości uważam, że brzmią znakomicie. Dla fanów Amon Amarth pozycja obowiązkowa – polecam sprawdzić!

amon1

Na Grand Magusa wyczekiwałem nie mniej niż na główną gwiazdę koncertu. Przyczyna? O ile Amonów widziałem w tym roku już dwukrotnie (chociaż za każdym razem z daleka i przy okazji), to występ na belgijskim Graspop pozostawił sporo do życzenia (nagłośnienie). Scenografia Amonów wymusiła ustawienie perkusji na środku i uniemożliwiała zespołowi większe harce na scenie. Temat z Conana Barbarzyńcy służący za intro wprowadził w odpowiedni nastrój i… niech żyje heavy metal! „I, the Jury” znakomicie sprawdził się jako otwieracz, natomiast drugi „Sword of the Ocean” mimo świetnego riffu traci sporo przez nieco „zamulony” refren. Trzeci numer i zarazem jedyny z wydanej w tym roku Sword Songs czyli „Varangian” na koncercie wypadł znacznie korzystniej, studyjnie Christofferson śpiewając refren wydaje się zaspany, natomiast na żywo „Warriors! Defenders of steel!” krzyczał pełen energii, która udzieliła się ludziom w okół. Zabrakło nieco kontaktu z publiką, Janne nie był zbyt rozmowny, co w połączeniu z nudnym według mnie „Steel versus Steel” obniżyło temperaturę gigu. Po tym na szczęście usłyszeliśmy krakanie zapowiadajace „Ravens Guide Our Way” (i ten środkowy riff, brzmiący jakby JB ukradł go w 1980 roku samemu Iommiemu!). Koncert zakończył się na szczęście z energią, której oczekiwałoby się po tym zespole. „Kingslayer” to według mnie TOP 3 ich dokonań, potem jeszcze „Iron Will” i na koniec jeden z najbardziej znanych numerów Grand Magus – „Hammer of the North”.

amon2

Zanim przejdziemy do dania głównego, muszę opisać też obecność drugiego najeźdźcy tego wieczoru, bo poza Wikingami do Progresji wpadła też banda wieśniaków i chamów, jak to zwykle bywa w Polsce na koncercie znanej kapeli. Amon pewną rozpoznawalność ma, więc januszy nie zabrakło. Wiecie, koncert to nie teatr i czasem na głowę spadnie pływak, albo oberwie się od moshujących. Normalna sprawa, rozumiem to, natomiast wyrywanie ludzi z barierki i szarpanie żeby zająć miejsce w pierwszym rzędzie uważam za zwykłą chamówę. Ja swoje miejsce utrzymałem, ale Polska to jedyny kraj (a w tym roku sporo podróżowałem na gigi) gdzie dochodzi do takich sytuacji.

Nastała ciemność, telefony poszły w górę, a z głośników popłynęły dźwięki intra, przerywane tylko sporadycznymi oklaskami i okrzykami „napierdalać!”.  Wreszcie intro się kończy, spowici czerwonym światłem Amoni wchodzą na scenę i rozpoczyna się „Pursuit of Vikings”! Tu ekscytacja szybko zderza się z ogromnym rozczarowaniem: „gdzie jest gitara?!”. Niestety, nagłośnienie w pierwszym rzędzie było fatalne i wysokie tony ginęły przed dotarciem do ucha. Dźwiękowcowi należą się jednak wielkie wyrazy uznania. Zespół wykorzystał krótką przerwę po „As Loke Falls” na przywitanie się z fanami, a w tym czasie problemy zostały w dużej mierze zażegnane i „First Kill” zabrzmiał już całkowicie zadowalająco. Im dłużej słucham wydanego w tym roku Jomsvikingm, tym bardziej mi się ta płyta podoba. Gitary brzmią wspaniale, są ciężkie kiedy trzeba, ale przede wszystkim bardzo melodyjnie, a solówki swym feelingiem topią największe lodowce. Podczas „The Way of Wikings” (ten pompatyczny początek, ten podniosły nastrój!) na scenie pojawiło się dwóch wojaków, którzy stoczyli pojedynek na miecze. Zwycięzca dobił wroga sztyletem, po czym zwlókł zwłoki ze sceny.

amon3

Dwa zdania o publice… mam wrażenie, że „die hard” fanów było stosunkowo niewiele. Brakowało chóralnych śpiewów w refrenach, Johan Hegg zresztą nie zachęcał do tego publiki. Czego natomiast nie zabrakło, to oczywiście wspomnianych wcześniej januszy. W okół mnie krążyły ręce i nogi szukające tylko skrawka miejsca, by chwycić barierkę i stoczyć o nią pojedynek. Jeśli zastanawialiście się jak czuł się Herakles w starciu z Hydrą Lernejską, to polecam barierkę na Amonach. Na miejsce każdej złokciowanej ręki pojawiały się dwie kolejne, a przy ochronie trudno było traktować je ogniem wzorem mitycznego syna Zeusa. W pewnym momencie dziewczyna koło mnie została zmieciona, przez stereotypowego Janusza Metalu. Był wyłysiały, był gruby, był podstarzały i miał koszulkę Slayera. Facet absolutnie niezainteresowany zespołem, natomiast ożywił się jedynie kiedy wyrzuciłem go z powrotem w tłum.

amon7

Na szczęście sprawdziła się stara zasada mówiąca, że jeśli koncert jest dobry, to nie przeszkodzi ani temperatura, ani choroba, ani janusze i tak było tym razem. Ci goście to sceniczne bestie, chociaż nie licząc basisty Teda Lundstroma byli raczej zdystansowani i nie spoufalali się z fanami odgrywając kolejne numery. Set był całkiem przekrojowy, a w trakcie kilkukrotnie wracali wojownicy celujący z łuków, dzierżąc włócznie, czy po prostu groźnie łypiąc na publikę z podwyższenia. Nie było to tak efektowne jak można byłoby się spodziewać, ale to zawsze plus, gdy zespół urozmaica swoje występy. Pierwszą część setu zakończył hitowy „War of the Gods”, który dla mnie jest sztandarowym przykładem, że można grać finezyjnie i melodyjnie, nie tracąc nic z mocy i ciężaru muzyki. I ta solówka! Nie wybaczyłbym dźwiękowcowi, gdyby wysokie tony zginęły w niej, tak jak w dwóch pierwszych numerach. Chwila wytchnienia, gdy Szwedzi zeszli ze sceny przyjąłem jak cenny dar, całkowicie zdewastowany w równym stopniu muzyką i walką z januszami.

amon4

Wrócili całkiem szybko, wśród okrzyków „napierdalać” i dzierżąc w dłoniach rogi do picia. „Raise Your Horns” powinien na stałe zagościć w setliście Amonów. Refren jest bardzo chwytliwy, tematyka i nastrój pełne celebracji, a teledysk powstał z filmików nadesłanych przez fanów zespołu. Johan sprowokował też publiczność, by pokazała się z jeszcze lepszej strony niż fani z innych polskich miast. Po minach muzyków sądzę, że się udało, w czym nie zaszkodziła fantastyczna frekwencja. Koncert zwieńczyły absolutne szlagiery: „Guardians of Asgaard” (wielka szkoda, że Johan nie spróbował oddać refrenu publice. Wspólnie śpiewane „Guardiaaaans” brzmiałoby genialnie), oraz „Twilight of the Thunder God”, który kojarzy chyba każdy, kto zetknął się z muzyką Szwedów.

I pomyśleć, że zdecydowałem się iść raptem tydzień przed gigiem, jak dobrze nie popełnić takiego błędu! Amoni może nie zdobyli mojego serca, ale od powrotu z koncertu ich muzyka towarzyszy mi znacznie niż do tej pory. Następna szansa na zobaczenie Wikingów w Polsce – Woodstock. O samym festiwalu wypowiadać się nie będę, natomiast jeśli kogoś nie odstrasza nazwa i formuła, powinien rozważyć podróż do Kostrzyna. A poniżej zagadkowy jegomość drzemiący na torach tramwajowych. Koncert był za mocny?

amon6

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *