Każdy z nas żyje marzeniami. Część z nas porzuca je bardzo szybko. Inni stawiają sobie je za cel do realizacji i dążą do nich pomimo przeciwności. Co jesteśmy w stanie poświęcić dla rzeczy, o których marzymy – często od dziecięcych, nastoletnich lat? I co ma do tego muzyka?

5 posiłków dziennie – muzyczne menu

Jestem z tego pokolenia, które otarło się jeszcze o zgrywanie kaset magnetofonowych, a całą wiedzę o ukochanej muzyce czerpało z nocnych audycji w radiowej Trójce i kolorowych miesięczników. Było to jedyne źródło sensownej wiedzy i rzetelnych recenzji, które miały moc sprawczą, by ukształtować w miarę niekarykaturalny gust muzyczny. Wieczorami odliczało się minuty do ulubionej audycji i z niecierpliwością czekało na listonosza z prenumeratą. A internet, no cóż… jako byt całkowicie abstrakcyjny zajmował miejsce bliżej książek Lema, niż jakiegokolwiek komputera w promieniu 100 km.

 

Cokolwiek robiłem, moim światem była (i jest) muzyka. Zamiast serca mam głośnik, a zamiast uszu – słuchawki. Kieszeń zawsze jest zajęta przez ciągle zmieniające się gabaryty – różne rodzaje odtwarzaczy. Nawet wiosło mi rodziciele sprezentowali, choć z racji talentu, bardziej to ekwipunek do akcji pontonowych niż narzędzie geniuszu i wirtuozerii.

Żyjąc i kreując świat zbudowany z dźwięków, w człowieku może wykiełkować ziarenko – „a może uda się być częścią czegoś większego”. Skoro nie umiem grać, tak by nie wkurzać moich własnych, prywatnych bębenków i kowadełek, może chociaż będę opisywać, to co kocham? Może ktoś zechce zamieścić recenzję w dużym, poważanym czasopiśmie? A może i naczelny – autorytet – spojrzy na mnie przychylnym okiem? W końcu prosto z serducha mój metalowy bas bije w rytmie 120/80.

Fast food czy Michelin?

Jako przymusowy Homo economicus zostałem imperatywnie zachęcony do częściowego ograniczenia swojej pasji. Oczywiście na rzecz zwiększenia pułapu konta bankowego, ocierającego się dotąd tylko o horyzont pierwszego następnego miesiąca. Z nieukrywaną radością skorzystałem z okazji połączenia jednego z drugim, na rzecz szanowanego od lat nad Wisłą Tytułu pismaczego, do któregoż redakcji dostałem okazję dołączyć. Innymi słowy: postanowiłem stąd odejść, by dołączyć do 10x większego i dłużej istniejącego (i płacącego niewielkie sumy za pisanie) „Teraz Rocka”… wytrzymałem 7 dni. Ale od początku…

Tytuł, jak każda redakcja próbująca podbić świat online, wyraziła zapotrzebowanie na:

  1. wartościowe treści,
  2. angażowanie użytkowników.

 

Chciałbym w tym miejscu poświęcić parę linijek na tzw. dziennikarstwo muzyczne w Polsce, nad którym naszła mnie refleksja w kontekście wspomnianego, szanowanego Tytułu. Nie będzie żadnego rozliczania. Nie chodzi mi o warsztat pisarski, bo pewną lotność zdobywa się z czasem, a styl zmienia się z wiekiem. Punktem wyjścia jest raczej coś, co roboczo można nazwać podejściem biznesowym.

Informacja jest zasobem XXI wieku, z czym trzeba się pogodzić. Gorzej, że jak każdy wartościowy zasób, przysłania inne elementy. Efekty co najmniej drażnią oko, a równie często są szpikulcem wbitym w okolice kresomózgowia szanującego się człowieka.

Na pierwszy front idą wyścigi o to, kto pierwszy wrzuci news. Często bez sensownej weryfikacji i okraszenia informacji tym bardziej sensownym komentarzem (wszak nie wszyscy muszą się znać na danym nurcie, bądź zespole), o newsach kompletnie wyssanych z palca nie wspominając (może pamiętacie wpis kolegi: Hej, Antyradio, odpowiemy Wam: Metallica NIE ZAGRA z Iron Maiden we Wrocławiu).

Druga sprawa to spamowanie ludzi i tablic akcjami-żebrolajkami (lajk jeśli A, komentarz jeśli B… albo – polub, skomentuj, udostępnij i zadzwoń do 10 przyjaciół, mówiąc im, że jesteśmy super, żeby wygrać kubek i koniecznie #onisasuper).

Trzecia to „ocenianie” określonych albumów określonych wytwórni/zespołów na ustaloną ilość „gwiazdek” – jak to ujęła nasza czytelniczka. Gdy każda recenzja na jakiejś stronie to minimum 7 albo 8/10 to wiedz, że coś się dzieje. Na Zachodzie to normalka i u nas nie jest inaczej.

Jednak chyba najbardziej wkurzające jest to, co widać dopiero od kuchni – zamienianie ludzi na cyferki i elementy w statystyce internetowej. Jeśli ktoś robi to z głową, to dociera z ciekawymi treściami do zainteresowanych. Jeśli jednak użytkownik, jako element arkusza w Excelu, ma nam zrobić wynik w celu uzyskania dochodów reklamowych i nowych umów partnerskich, to otrzymamy z tego ładne kwiatki. Rabatki. Całoroczne.

Poniżej mała próbka tego,  co można usłyszeć od takiego właśnie redaktora prowadzącego zorientowanego tylko na biznes, który przy okazji do perfekcji opanował subtelną technikę „pierdolnij i przytul”, odmawiając kolejnym moim tematom zainteresowania i publikacji. Parafrazując:

Fajny pomysł z nastoletnim, dorastającym następcą Bonamassy. Szkoda tylko, że to tak mało znany muzyk.

Wywiad z Gojirą o kierunkach w muzyce zespołu i szczerości artystycznej to mało wartościowy temat. Napiszmy o tym, że urodziło się pierwsze dziecko o imieniu Iron Maiden!

Chickenfoot, John Bush – to nikt znany. Za to Alice Cooper na turnieju golfowym na szczęście poprawia statystyki…

Clutch (zapowiedź koncertu w Polsce) i Firewind (nowa płyta) to 3-ligowe zespoły – adepcie, lepiej poszukajmy newsów o bieżących wydarzeniach, które zainteresują czytelników.

Tłumaczenie długiego wywiadu o pierwszej płycie Rammstein to mało nośny temat z zamierzchłych czasów. Nie będzie zbyt klikalny na FB. Lepiej wstawmy nowy singiel Papa Roach!

Krótko mówiąc: kliknij, lajknij, udostępnij!

Gdziekolwiek jesz – jedz zdrowo!

To wszystko do przeżycia, o ile ktoś nie kryje się ze swoimi celami. Co innego, gdy takie „najlepsze pismo w Polsce” walczy o koronę dominującego medium muzycznego wśród ukochanych przez nas gatunków i nurtów. Na co rozmieniana jest wtedy Pasja i Sztuka? Za jaką cenę rezygnuje się z wartościowego tematu? Dziękuję bardzo. Zarobię gdzieś indziej. A na Heavyrock powiem jak czuję i jak jest.

Na koniec smutny wniosek wysnuty z krótkiego dostępu do statystyk informacji niskiej wartości. Nawet przy bardzo rozgarniętej grupie docelowej dane mówią same za siebie: w swojej (ludzkiej) naturze nie różnimy się wcale od innych subkultur. Newsy rodem z Pudelka na start mają 3-4-krotnie wyższą klikalność. Wolimy krótki filmik od dłuższego tekstu (spróbujcie tego). Wolimy kilka słabych kawałków od jednej ciekawej audycji (posłuchajcie Zdana i Zaczesa). Wolimy nagłówek rodem z tabloidu niż sensowną treść (poświęć chwilę i poczytaj).

Na szczęście w środowisku istnieje kilka projektów, które funkcjonują na zasadzie non-profit, a czytelników zdobywają rzetelną pracą. Serwisy, fanziny, podcasty. Nie dajcie się i działajcie. Szczerze. Bez kalkulacji. W rytmie, które wybija Wam serce.

W październiku minie 3. rocznica, od kiedy wspieram ten zacny serwis. Mogę go prosto podsumować: pasja, krew i metal. W dowolnej kolejności.  Stay Heavy \m/

Rifferion

 

 

 

 

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *