Rok 2015 ma się ku końcowi, a był on rokiem pod względem płyt bardzo dobrym. Bujnie kwitł underground, mainstream mógł pochwalić się zarówno płytami skrajnie mocnymi, jak i skrajnie słabymi. Było ciekawie. Przyszedł też czas, by redakcja HeavyRock.pl wypowiedziała się na temat tego, co w tym roku było najlepsze.

Każdy z nas jest indywidualistą. Każdy z nas wybrał inaczej. Możecie się z nami zgadzać lub nie. Jedno jednak jest pewne: płyty, które wybraliśmy, mogą Was zaskoczyć – tym bardziej, że każde z nas wybierało niezależnie od reszty redakcji. Niech każdy z nas się wypowie!

Visigoth – „The Revenant King” (Jerry)

Wiecie jak kurwa ciężko było wyłonić tę płytę? Konkurencja była silna. Nowe Blacksmith Legacy, Lunar Shadow, IronSword, Iron Maiden, Accelerator, Communion of Souls, Fake Healer, Angelus Apatrida, Viking, Morgoth… można by wymieniać i wymieniać. Wygrał jednak Visigoth. Jeśli mam być uczciwy, dawno nie słyszałem tak doskonałego albumu. Tu było wszystko: od majestatu przez splendor, melodię, prędkość, podniosłość, szczerość, aż do autentyczność i wiarę w jeden słuszny heavy metal. Muzyka tak bardzo prawdziwa jak tylko być mogła. Tu nie było zbędnych utworów. Za sam cover Manilla Road należy im się medal ze szczerego złota. Poczynania tej kapeli śledzę w zasadzie od jej początku i mogę powiedzieć jedno: ta płyta jest uwieńczeniem ich mozolnej i ciężkiej pracy. Zacieram ręcę na kolejną, bo jeśli będzie choć w połowie tak dobra, to biorę od razu.

Słuchając „The Revenant King” miałem cały czas wrażenie, że się cofam w czasie. Do lat, gdy władało Manilla Road, Grand Magus, Bathory, Omen, Solstice, Running Wild czy Candlemass. Ta płyta to wszystko połączyła. Dała nam to, co w starym, prawdziwym metalu było i jest najlepsze. Nie ma słów, które by wyraziły to, co odczuwałem w czasie słuchania tego dzieła. Byłem ogromnie zaskoczony, że takie dzieła potrafią jeszcze powstawać i to w XXI wieku. Dla mnie jest to bezsprzecznie płyta roku, ale jak mówiłem: konkurencja była silna.

www.youtube.com/watch?v=2oclDVweTR4

Elder – „Lore” (paweld)

Stoner to często, niestety, powielanie utartych schematów, niekończące się improwizacje prowadzące donikąd i kompletny brak pomysłu na siebie. Elder to dzisiaj prawdopodobnie najciekawszy zespół w tym gatunku. Nagrywają długie kawałki, ale robią to w taki sposób, że nie odczuwamy znużenia. Słychać tu wpływy Mastodon, Sleep, czy Hawkwind. Czy pójdą śladami tych pierwszych i zaczną nagrywać radiowe hity? Potencjał jest, bo melodie na „Lore” są urocze i szybko wpadają w ucho.

www.youtube.com/watch?v=RbKlR8AGYmQ

Disturbed – Immortalized (Rafał Szewczyk)

Pewnego czerwcowego dnia (20.06.2015) na facebookowym profilu Disturbed zaczęło świtać. Formacja udostępniła około 4-minutowy filmik przedstawiający „The Guya” (własną maskotkę), który spoczywał w jakiejś komorze. Postać tylko oddychała (przez całe 4 minuty). Następnego dnia pojawił się minutowy filmik, w którym nasz bohater zaczął się poruszać, a 3. dnia – 3. filmik trwał tylko 15 sekund. Ujrzeliśmy w nim „The Guya”, który podnosi się z komory. 23 czerwca był dniem, w którym większość fanów Disturbed , czytając ich najnowszy post, pomyślała „Holy fuckin shit!”. Formacja informowała nas w nim o swojej reaktywacji, oraz nagrywanej w tajemnicy płycie. No to teraz już o sierpniowym pierdolnięciu…

Jak powszechnie wiadomo: zespół gra… od 1996 roku zawsze to samo. Płyta „Immortalized” nie wprowadziła w tej kwestii żadnych zmian. Panowie z zespołu mogą wychodzić z założenia, że „po co coś zmieniać, skoro to jest dobre i tłucze pinionżki”. I mają kurwa rację! Produkcja pomimo żadnej innowacji i tak sprawiła na mnie wrażenie. Niezmienny, urzekający wokal! Niezmiennie kozackie riffy. Jeśli coś wpada w ucho, to moim skromnym zdaniem nie ma co się rozdrabniać: „a bo to samo, a bo płyta wydana w złym terminie.” Bez zbędnego kitu! Kto słucha nu-metalu powinien skosztować tego owocu pracy Disturbed i ocenić samemu, czy płyta mu odpowiada, czy może po prostu nie trafia w jego gust.

Dla mnie Disturbed to dobra odskocznia od rzeczywistości. Wspaniale jest sobie czasem w szkole między przerwami pierdolnąć jakiś dobry sztosik tego zespołu. Także: dyskretnie słuchaweczki na uszy, udajemy, że nikogo nie widzimy i zaczynamy słuchać „Immortalized”! ;)

www.youtube.com/watch?v=Auuqlcom6tM

Foo Fighters – „Saint Cecilia EP” (Rifferion)

Uzasadnienie będzie krótkie jak nowa EP-ka Dave’a Grohla i spółki. Krążek ma kilka zalet, które stawiają go przed innymi tegorocznymi płytami. Przede wszystkim na „Saint Cecilia” znalazłem nawiązanie i godną kontynuację najlepszej moim zdaniem płyty w dorobku zespołu,, „In Your Honor”.

Utwór tytułowy zaraża pasją i energią, a z chłopaków wypływa pełnokrwisty rock’n roll. W dźwiękach „Iron Rooster” usłyszycie spokojniejsze oblicze zespołu, dobrze znane z drugiej części wspomnianego klasyka sprzed 10 lat.

Saint Cecilia” to jednak przede wszystkim różnorodność dźwiękowa i stylistyczna, nie stroniąca od humoru i podwójnego dna w tekstach. Amerykanie zafundowali nam pięć konkretów w zwartym opakowaniu, które w całości powala ostatni LP „Sonic Highways” i dużo cięższych, metalowych potentatów A.D. 2015.

www.youtube.com/watch?v=wY7P1zzJo_Q

Paradise Lost – „The Plague Within” (Łukasz Brzozowski)

Albumem roku 2015 bez najmniejszych wątpliwości mianuję „The Plague Within” Paradise Lost. Konkurencja była naprawdę spora – sroga petarda w postaci „Apex Predator – Easy Meat” (Napalm Death), pełne mistycznego i zaklętego klimatu „Exercises In Futility” (Mgła) bezpardonowe „Infernus” (Hate Eternal), czy przebojowe propozycje Ghost, coraz dojrzalsze Tribulation i świetnie odwołujące się do starych wzorców Nile. ALE, chłopaki z Halifax swoim albumem przebili wszystkie pozycje wymienione wyżej. Czemu? Odpowiedź jest prosta niczym konstrukcja cepa – Plaga miecie, rozrywa i… Wzrusza! Nie jest to album przełomowy, rewolucyjny, bądź też tajemniczy. Ot, powrót do najstarszych korzeni zespołu, począwszy od debiutu, a skończywszy na „Draconian Times”. Może panowie dokonali kroku w tył, może poszli na łatwiznę. Pewnie tak, aczkolwiek w tymże powrocie do starych ideałów i ewidentnym przylizywaniu się starym fanom Brytyjczycy zawarli całą esencję tego, do czego przyzwyczaili nas przez 27 lat swojej działalności.

Jest brud, diabeł i siarka, a naprzeciw nim występują świetne melodie, niesamowity klimat oraz wyśmienity schemat owych kompozycji. Mogę słuchać tego całą wieczność, a emocje – cały czas takie same. Żądza zamordowania bliźniego oraz melancholijne dźwięki, których nie powstydziliby się koneserzy muzyki klasycznej – są, brutalne zwolnienia przeplatające się z rzewnymi melodiami – owszem, genialny wokal – jak najbardziej. Myślę, że idealnie przedstawiłem Wam esencję „The Plague Within”. Ja dostałem to, czego oczekiwałem, czyli idealną mieszankę brudu z czystością i agresji z łagodnością – lepiej nie mogli tego zrobić!

www.youtube.com/watch?v=55XlIPzY5q0

Joe Satriani – „Shockwave Supernova” (anikav)

O ile słuchanie kompozycji autorstwa takich wirtuozów jak Steve Vai i Yngwie Malmsteen dość często powoduje u mnie zgrzytanie zębów, o tyle utwory Joe Satrianiego nie przestają mnie zaskakiwać swoją niezwykłą melodyjnością, przyswajalnością formy. Niezwykłą – bo mimo iż są to bardzo ambitne dzieła – nadal celnie trafiają nie tylko do wymagających, obeznanych w teorii muzyki słuchaczy, ale także do takich laików jak ja. Nie inaczej jest w przypadku Shockwave Supernovy – mistrz wiosła kontynuuje tu swoją muzyczną dobrą nowinę, oferując szerokie spektrum gatunków zamkniętych w zaledwie 64 minutach, począwszy od funku i bluesa (‘San Francisco Blue’) poprzez jazz (‘Keep on Movin’) aż po mocniejsze, około-metalowe melodie (‘On Peregrine Wings’). Dzięki takiej eklektyczności pasjonat dowolnego rodzaju muzyki z pewnością znajdzie dla siebie w tych kompozycjach coś wartościowego. Pod względem użytych efektów i przestrzeni brzmienie Satcha na tym wydawnictwie przywodzi mi momentami na myśl jedną z moich ulubionych płyt – Crystal Planet.

Jednak w przypadku Shockwave Supernovy na szczególną uwagę zasługuje nowa sekcja rytmiczna, która nie stanowi zaledwie tła dla skomplikowanych kompozycji gitarowych, ale jest także ich pełnoprawnym uczestnikiem. Zarówno perkusja jak i bas wychodzą poza ramy i swoją nieschematycznością mocno się wyróżniają na tle swoich poprzedników. Brawo Marco Minnemann, brawo Bryan Keller. I brawo Joe, za nagranie mojego osobistego albumu roku!

www.youtube.com/watch?v=xeAUOsu39bc

Vision of Disorder – „Razed To The Ground” (h-a-r-v)

Brak szacunku dla standardowych struktur, inteligentne teksty, mocny wokal oraz odpowiednia doza choroby wymieszanej z autentyczną agresją, czynią ten hardcorowy album odpowiednio patologicznym i chwytliwym zarazem, bym z ochotą do niego wracał, co nie jest u mnie częste, jeśli o nowe wydawnictwa się rozchodzi. Jego niszowość także ma wpływ na ten wybór, bo jaki walor dla Ciebie, czytelniku, miałby ten tekst, gdybym popełnił bez mała oczywistość i wskazał na nowy Moonspell, tudzież Napalm Death? I tak oto przemyciłem fakt, iż początkowo nie mogłem zdecydować między tymi skrajnościami.

Namawiam Was niniejszym do zapoznania się z moim faworytem z listopadowej płyty Nowojorczyków, jakim jest istny roller coaster pt. „Electric Sky”.

Razed To The Ground by Vision of Disorder

Lamb of God – „VII: Sturm und Drang” (tommik)

2015 to jak dla mnie przede wszystkim rok, w którym nie wyszły najbardziej wyczekiwane przeze mnie płyty. Gojira, Metallica, Coma, Rammstein, Megadeth – te formacje jeszcze pracują nad nowym materiałem, a mam przeczucie, że dwie spośród nich i w 2016 znajdą wymówkę, by posiedzieć w studio dłużej, niż to nakazuje przyzwoitość. Ostatecznie więc, z albumów wydanych w 2015 r., na placu boju pozostają tylko (i aż) dokonania Iron Maiden i Lamb of God. I choć nowy longplay Brytyjczyków leciał u mnie całymi tygodniami, to płytą roku jest dla mnie „VII: Sturm und Drang”.

Jak się tak teraz nad tym zastanawiam, to jest to już teraz mój ulubiony krążek w ich dyskografii, lekko prześcigając fantastyczne, ale mimo wszystko nierówne „Resolution”. Dlaczego? Przede wszystkim nowe Lamb of God to album właśnie bardzo równy od początku do końca, na którym mało niemal niedostrzegalny jest podział na „hity” i wypełniacze. Roi się tutaj od zarówno gitarowych, jak i wokalnych melodii, które świetnie trafiają w mój gust, i które to zostały połączone w sposób bardziej różnorodny, niż to miało miejsce w przeszłości. Chłopaki nie bali się również zaryzykować bardziej radiowym „512” czy pół-balladą „Overlord” – pierwszym utworem Lamb of God, w którym Randy śpiewa czysto.

Trudno jednak jest mi sprowadzać wspaniałość tej płyty do pojedynczych czynników, bo nie o to przecież chodzi. Po prostu niemal za każdym razem, gdy włączam „Siódemkę”, płyta wybrzmiewa od pierwszej do ostatniej nuty.

www.youtube.com/watch?v=7xjlfyQyOw8

Imagine Dragons – „Smoke + Mirrors” (Agata Piątkowska)

Lubię indie/pop/rockowe granie, jeśli stoi za nim prawdziwy talent. Tak jest w przypadku Imagine Dragons. Wokalista ma kawał porządnego głosu, instrumentalnie też dają radę …no i mają to ‚coś’. Coś co ma Coldplay, Kings of Leon, Arctic Monkeys co sprawia, że w jednej chwili bujasz w obłokach, a w następnej rzucasz się w pogo (wersja light). Smoke + Mirrors właśnie takie dla mnie jest, poprzeplatane delikatnymi refleksyjnymi kawałkami i bombami energetycznymi, z rockowym pazurem gdzie nogi same chodzą.

To bardzo zróżnicowany album,który nadaje się na każdy nastrój. Zawiera po trochu wszystkiego co sobie ukochałam; głos jak dzwon (który miewa chrypkę), porządne gitary i perkusję, nowatorskie brzmienie ale też liryczne, balladowe nuty i orientalne smaczki. Dużo podróżowałam w 2015 roku i ten album , wydany w lutym towarzyszył mi praktycznie przez cały czas. Bezapelacyjnie ulubiony krążek mijającego roku.

www.youtube.com/watch?v=MoIT8ibf440&list=PLBRaWAx2BDLxP5RdGoF0acspcA-NrJNtO

Powermad – „Infinite” (Vlad)

Po 26 latach wrócili i nadal grają power/thrash. Tyle, że jest to power/thrash filtrujący wszystko, co w klasycznym metalu było dobrego w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Fani Nevermore powinni zaopatrzyć się w pampersy dla dorosłych.

www.youtube.com/watch?v=ojOmMTIkFIA