Chociaż pod względem koncertów nie mamy w Polsce powodów do narzekania, to wciąż trzeba czasami ruszyć się za południową granicę. Na mój ostatni w 2016 roku koncert przyszło mi udać się do Czech, gdzie w ramach MTV Headbangers Tour wystąpić miały Iced Earth i Ensiferum. Załogi Schaffera nie widziałem nigdy, bo konsekwentnie omijają oni nasz kraj, a szalonych Finów zawsze dobrze jest zobaczyć na żywo, bo to prawdziwe koncertowe bestie.

Zazwyczaj omijam w relacjach etap podróży, bo nie ma nic ciekawego we wsiadaniu do pociągu i jeździe samochodem, natomiast wyprawa do Zlinu od początku obfitowała w przygody. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się spóźnienie (w tym przypadku na pociąg), przez co zmuszony byłem szukać przejazdu na Blabla (celem był Wrocław, bo stamtąd już auto bezposrednio na koncert). Najpierw Pani z którą miałem jechać… zatrzasnęła w samochodzie kluczyki. Kolejny kierowca odebrał kompletnie zaspany i poinformował mnie, że zapił i nigdzie nie jedzie. Trzeci z kolei jechał do Katowic, ale okazał się przesympatycznym szaleńcem, który nagrywał snapy przy 160 km/h i wjeżdżał na stacje benzynowe driftem. Pozdrawiam Cię wariacie! Reszta podróży po przechwyceniu mnie przez znajomych w Katowicach obyła się już bez godnych wspomnienia sytuacji i zameldowaliśmy się na barierce.

Koncert otworzyć mieli amerykanie z Unearth. Pierwszy sygnał ostrzegawczy pojawił się jeszcze zanim zaczęli grać. „Ten gość ma koszulkę Manowar? Zaraz zaraz… to koszulka Unearth, tylko ze z czcionką i okładką Manowar! Powaliło ich?!” – kłębiły się w mojej głowie pytania. Profanacja Królów Metalu nie była jedyną rzeczą, która mnie zdegustowała, bowiem za chwilę usłyszałem ich muzykę. Nie zrozumcie mnie źle, jak na standardy gatunku było całkiem nieźle, gitara prowadząca dawała radę, a rzadkie solówki były przyjemne i grane z wyczuciem, ale to wciąż metalcore. Wokal potwornie mnie w tym gatunku irytuje i nie inaczej było tym razem, ani potężny, ani głęboki, sprawiał wrażenie klona tych samych, słyszanych setki razy pseudogrowli. Natomiast w miarę trwania koncertu odkrywałem coraz więcej ciekawych zagrywek. To prawda, perkusja była bardzo monotonna, ale wiosła świetne, bardzo selektywne z dobrymi riffami i świetną gitarą prowadzącą. Postanowiłem zignorować przeszkadzające szczeki i skupić się na linii melodycznej. Czytając pierwsze zdania można odnieść wrażenie, że sam sobie zaprzeczyłem, ale celowo napisałem to w takiej formie, by pokazać zmianę postawy z pełnej uprzedzeń, do pozytywnego zaskoczenia. Zachęcam do sprawdzenia, bo nie każdy jest tak ortodoksyjny jak ja, a ciekawsze numery to „Zombie Autopilot”, „Giles” i „This Lying World”.

iced2

Numer dwa to Kataklysm, melodeath rodem z Kanady. Słychać było, że to już zespół dobrze publice znany, bo otrzymali na wejściu imponujący aplauz. Zaczęli od „Breaking The Asylum” i pierwsze moje skojarzenie to Szwedzi z Amon Amarth, ale w tym podobieństwie absolutnie nie było czuć żadnego plagiatu. Zwłaszcza, że w tym Amonowym numerze potrafili zmieścić iście czarne, blackmetalowe wstawki. Drugi „The Black Sheep” był przeciwieństwem poprzednika. Dużo cięższy i bardziej deathowy, ale z bardzo melodyjnym refrenem. Kanadyjczycy ewidentnie wymykają się wszelkim próbom zaszufladkowania, łącząc death metal z elementami melodeath, a nawet thrashu. Głowa aż rwała się do rytmicznego headbangingu, włosy latały wszędzie, a po muzykach widać było, jak wielką frajdę sprawia im świetna atmosfera. Oj nie śpieszyli się z zejściem ze sceny, ale w końcu nadeszła ich pora. Pomyśleć, że kiedyś ten zespół był kvltowym jak chvj przedstawicielem mięsistego i brutalnego death metalu. Niemniej, to był całkiem niezły występ, chociaż nie cieszyłem się nim tak jak bym mógł. Wyczekiwałem końca ich koncertu, bo przybliżyć miał mnie on do następnej ekipy.

iced3

Wreszcie tył sceny ozdobiła płachta z wielkim logo Ensiferum. Finowie wjechali na scenę z buta, jak na wikingów przystało. Jako pierwszy zagrali „From Afar” i początkową ekscytację szybko zastąpiła konsternacja… gdzie jest wokal?! Petri Lindroos był zupełnie niesłyszalny, a winę ponosi ewidentnie dźwiękowiec! Stojąc metr od niego lepiej słyszałem głos jego gardła, niż wokal w głośnikach. Tragedia, ale nie przeszkodziła Finom w rozpaleniu sali. W drugim „Warrior Without a War” sam pomogłem zespołowi. Zdecydowanie mój numer jeden z najnowszej płyty zespołu, pełen patosu i utrzymany w podniosłym nastroju, z tym cudownym refrenem:

The one who is now forgotten,
Carries the weight of a mountain,
No one can see how solemn,
Is the burden of the fallen.

Numer trzy? „In My Sword In Trust”, który choć wykuty w studiu stworzony jest do gry na żywo. Koncert był tak dobry, że przestałem zupełnie zwracać uwagę . „Rise my brothers, we are blessed by steel”, nawet pisząc te słowa zdarza mi się zakrzyknąć „In My Sword I Trust!”. Sam Joey DeMaio zaaprobowałby tekst tego numeru. Refreny Ensiferum to absolutne mistrzostwo, a solówki tylko nieznacznie im ustępują. Czwarty „Two of Spades” to z kolei numer niemal… punkowy. Oczywiście pod względem rytmiki, bo żaden punkowy skład nie miał nigdy tak dobrej gitary prowadzącej. Wałek galopuje, pobudza i połączony z zachętami Sammiego Hinki (bas) nawet w Czechach wywołał skromny mosh pit. W połowie numer zwalnia, gitary i perkusja stają się tylko tłem, a główną rolę odgrywają dwie najbardziej wyraziste postacie zespołu, czyli wspomniany wyżej Sammi i Netta Skog, bezapelacyjna zwyciężczyni w kategorii”najbardziej uroczy/urocza” w metalu. Podczas gdy basista przez większą część koncertu szaleje, biega po scenie i sprawia wrażenie zaciągniętego na trasę prosto z drakkaru pustoszącego pobliskie wioski, Netta to jego całkowite przeciwieństwo. Akordeonistka nie przestaje się uśmiechać, machać, a jej miny są po prostu rozbrajające. Wojowniczy nastrój to jedno, ale na widok Netty każdy normalny facet ma ochotę wskoczyć na scenę i ją przytulić.

iced6

Wracając jednak do „Two of Spades”, w tej wolnej i spokojnej części numeru zespół śpiewa zwrotkę w ojczystym języku przy dźwiękach basu i akordeonu Netty. Za dużo o refrenach? Zażalenia kierujcie do muzyków, bo w „Heathen Horde” ponownie jest podniosły i nie mogę się doczekać na klubowy koncert Finów w Polsce, gdzie duża część fanów będzie śpiewać je razem z zespołem, to dopiero będą ciary! „Twilight Tavern” jest bardziej power metalowy, podobnie jak „Ahti” (chociaż nagłośnienie akordeonu Netty pozostawiało sporo do życzenia, a w tym numerze klawisze są bardzo istotne). Gdy zespół zapowiedział ostatni utwór, byłem zirytowany organizacją trasy. Tylko 8 numerów dla Ensiferum to bardzo mało. Znałem set wcześniej, ale przygotowanie się psychicznie nie zapobiegło rozczarowaniu tak krótkim występem. Pewne rzeczy, nawet jeśli bardzo przyjemne, potrwać dłużej. Inaczej pozostaje niedosyt. Wieńczący koncert „Lai Lai Hei” sprawiłby się doskonale jako zwieńczenie show, ale pod warunkiem, że nastąpiłyby bisy. W ponad siedmiu minutach przywodzącego na myśl Blind Guardian bardzo dobrego, szybkiego i melodyjnego grania zawarte są też wolniejsze partie, w tym spokojne zakończenie numeru, pozostawiające pewien niedosyt. Ewidentnie zabrakło czasu na „Iron”.  Tak czy inaczej, warto było przejechać tyle kilometrów i zabawy nie popsuły ani krótki set, ani problemy z wokalem.

iced5

Nadeszła pora na gwiazdę wieczoru, czyli Iced Earth. Pierwsze uderzenie to świeżutki, nieopublikowany jeszcze  „Great Heathen Army” z nadchodzącej płyty Incorruptible. Kolejny raz przecierałem uszy ze zdziwienia. „Nie naprawili wokalu? Czy mamy na sali jakiegoś dźwiękowca?” – niestety po Ensiferum wokal poprawił się bardzo nieznacznie i sprawiał wrażenie, jakby dochodził z sąsiedniego pomieszczenia. Zespół Jona Shaffera (świetna naszywka na katanie: „FOUNDER”) zawsze kojarzył mi się brzmieniem z Metal Church, co z mojej strony jest wielkim komplementem, bo załogę Kurdta Vanderhoofa po prostu uwielbiam. Właśnie w takim stylu utrzymany był drugi numer – „Burning Times”. Oczywiście nie stawiam znaku równości między dwoma zespołami, ale zawsze to te dwa zespoły były dla mnie wzorowym przykładem grania łączenia przebojowości heavy z thrashową energią. Melodyjną stronę odsłonili z kolei w „Plagues of Babylon”, gdzie współpraca gitar jest po prostu fenomenalna. Plagi były jednak w mniejszości jeśli chodzi o nowsze nagrania zespołu, bo set zdominowały albumy Something Wicked This Way Comes The Dark Saga, obie wydane w latach dziewięćdziesiątych. Klasycznie czeska publika nie zapewniła zespołowi jakiejś wyjątkowej energii, ale polska barierka dawała czadu i nie umknęło to chłopakom na scenie. Shaffer i jego załoga bawili się naprawdę znakomicie, basista Luke Appleton i wiosłowy Jack Dreyer pełni byli młodzieńczej energii i razem ze Stu krążyli po całej scenie, podczas gdy Szef pozostał w cieniu skupiony na kolejnych riffach.

iced7

Miłym akcentem było złożenie życzeń jednemu z technicznych (mam nadzieję, że nie był to ten odpowiadający za nagłośnienie), Stu poprosił publikę o zaśpiewanie w ojczystym języku, więc sale wypełniło gromkie… „Happy Birthday”. Biedny… nie wiedział, jak kiepska jest znajomość angielskiego wśród rodaków Krecika i Wojaka Szwejka, więc powtórzył prośbę dużo wolniej. Tym razem podziałało, bo rozległo się… polskie „sto lat!”, a Czechów udało nam się zagłuszyć. Ledwie 11 numerów i drugi raz przychodzi rozczarowanie długością setu, bo Block zapowiedział ostatni numer tego wieczoru, przejmującą balladę „Watching Over Me”, którą Shaffer napisał dla zmarłego przyjaciela z młodzieńczych lat.

Oh, I know, oh, I know
He’s watching over me
Oh, I know, oh, I know
He’s watching over me

Śpiewaliśmy dobrą minutę dłużej, niż w oryginale. Fantastyczny, przejmujący utwór, podobnie zresztą jak „I Died For You” w środku setu. Przy tych dwóch kawałkach aż chce się zamknąć oczy i poczuć emocje w nich zawarte. Niemniej, nawet Headliner nie umknął pędzącej gilotynie, która przecięła setlistę i przedwcześnie zakończyła show.

iced8

Cholera, warto było tłuc się aż do Zlinu i poświęcić dwa dni z życia na ten wyjazd. Obie gwiazdy zaprezentowały się fantastycznie, Ensiferum tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że dobrze ulokowałem swoje uczucia (to mój trzeci show Finów w tym roku). Z kolei zawsze pomijane przeze mnie Iced Earth te uczucia zdobyło. To już niestety ostatni koncert w 2016, więc i ostatnie moje słowa, które w tym roku czytacie. Nie wyrobiłem się z tą relacją do wigilii, ale i tak chciałbym złożyć Wam życzenia. Stay Heavy! No i do usłyszenia po kolejnych koncertach w 2017. Obiecuję, że przeniosę Was w bardziej odległe miejsca niż Zlin!

 

 

 

1 Comment MTV Headbangers Tour – relacja z koncertu Iced Earth i Ensiferum 18.12.2016

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *