Z MoshMachine była akcja tak szybka, jak stopa ich perkusisty. Początek roku 2015 – założyli kapelę, połowa 2016 – wygrywają przegląd młodych zespołów na Festiwalu w Cieszanowie (mają zapewnioną dużą scenę na 2017), końcówka 2016 – wydają debiutancki album „Tożsamość”.

Takie rzeczy dzieją się w momencie, kiedy muzycy dobiorą się w odpowiednim składzie, wiedzą wszyscy, o co im chodzi i zaczynają działać. Sami i konsekwentnie, nie czekając na złoty deszcz.
Oby tej konsekwencji nie zabrakło. Oby nie zaprzepaścili czegoś, co zapowiada się całkiem nieźle. A co się zapowiada?

MoshMachine z Krosna 27 listopada opublikował na YouTube materiał ze swojego debiutanckiego albumu „Tożsamość”. Fizyczna premiera krążka będzie miała miejsce 12 grudnia br.

Album otwiera dość ciężkie „Intro”. Delikatnie zamglone dźwiękiem basu niskie tony, przebijający się groove, transowe gitary, ciężka, powolna perkusja. Przyjemnie się tej ciężkości słucha, trochę zbija z tropu przed całą płytą, ponieważ nastrajasz się na nieco inne klimaty, ale intra bywają różne. Ogólnie jest to bardzo dobra kompozycja z riffami ubarwionymi zabawą efektami.

„Plan” z kolei to od początku porządne, tłuste mielenie. W skrócie: stopa bardzo ładnie pracuje, gitara wyrównuje poziom – jest dość przyjemna i nie za szybka, bas nadaje miażdżącej ciężkości. Co do wokalu – są to polskie teksty, wyryczane mięsistym growlem – mogą ucieszyć wielu (do tematu wokalu jeszcze wrócę).

Najbardziej zabawowy i singlowy wg mnie utwór to pozycja kolejna, czyli „MoshMachine”. Bardzo energetyczny początek, tu przewagę łapią gitary. Perkusista absolutnie nie zwalnia. Jak już wspomniałam, jest to kawałek zdecydowanie singlowy. Mam wrażenie, ze idealnie sprawdzi się na koncertach. Ja już teraz wyobrażam sobie piekło i nie byle jaki młyn pod sceną. Gdzieś tam w środku jest spowolnienie świdrującą, niskotonową solówką. Bardzo łatwo wpada w głowę. Co tu dużo gadać, „czuć tę energię od MoshMachine”.

„W Imię Boga”, czyli utwór promujący wydawnictwo, zaczyna się mięsistym growlem. Tutaj zwrócę szczególną uwagę na warstwę tekstową. Jest to kilka słów o fanatykach religijnych, którzy krzywdzą i niszczą zamiast siać dobro. Dla mnie jest to bardzo ciężki utwór. Porusza trudny temat, jest oprawiony chyba najbardziej masywnymi partiami muzycznymi, ale z ciekawą przeplatanką djembe. Bas wbija w krzesło, gitary rzucają o ścianę.

„Nadejdzie Czas” zaczyna się spokojną gitarą. Ten stęp może lekko zmylić, że oto spowalniają tempo i bawią się innym klimatem. Po kilku sekundach to wrażenie mija, ponieważ następuje nagłe przyspieszenie. To chyba najszybszy numer z płyty. Bardzo podobają się wariacje perkusisty. W tej warstwie jest faktycznie zmiana klimatu i lekkie zejście ze stopy. Bardzo żywiołowe gitary, kawałek bardzo napędzający. Według mnie jest to druga propozycja singlowa.

„Obietnica” strzela seriami z karabinu – tymi gitarowymi i tymi perkusyjnymi. Stopa na miejscu, wiosła pracują sensownie, mięsiście nadając reszcie transową, świdrującą warstwę. Cała sekcja i gitary trzymają nisko przy ziemi dość ciężki klimat, wywołując trzęsienie. Buja głowami.

„Czy Mogłoby…” to szczególna propozycja na albumowej trackliście. Poza kostkowaną do stopy gitarą i perkusistą tak nap**redalającym, jakby chciał garami rozwalić jakiś solidny mur, mamy znakomitą perełkę. Gościa specjalnego. Popisowe solo, daje najlepszy według mnie technical-death-metalowy, polski gitarzysta, czyli Wacek „Vogg” Kiełtyka z Decapitated. Solówki Wacka bardzo wzbogacają utwór. Od razu wyłapuje się rasową szkołę mielenia.

Ostatnia pozycja czyli „Ecce Homo”. MosMachine nie zwalniają tempa nawet na końcówce albumu. Tu gitara kojarzy mi się z ostatnim wydawnictwem Decapitated, czyli ciężko, trochę transu, groove, z melodią, ale nie podchodzącą pod melodeath. Oczywiście nic nie jest odtworzone, zerżnięte, czy powtórzone. Zachowują po prostu ten sam klimat, co mnie cieszy.

W podsumowaniu pozwolę sobie wrócić do wokalu. Odczuwam tu uzupełnienie pewnego braku na polskiej scenie muzycznej, czyli death-metalowe / groove’owe utwory wyryczane w ojczystym języku. Panowie mówią, ze są groove , dla mnie też są death. Ogromny szacunek i plus dla MoshMachine za ich robotę. Poza tym, „Tożsamość” jest kawałkiem dobrze skrojonego mięsa. Jeśli Panowie chociaż przez kolejne 2 lata będą działać tak, jak przez pierwszy rok swojego istnienia, to mają realne szanse na całkiem sprawne przetrwanie tego, co się na polskiej scenie dzieje. MoshMachine to bardzo sensowna propozycja. Czekam ze szczerą niecierpliwością na rozwój wydarzeń. Wróżba jest taka, że albo wybiją się i zagoszczą w czołówce, albo przegapią swój moment i będzie za późno na cokolwiek. Przepis na to pierwsze jest prosty: cisnąć, cisnąć, cisnąć. Chociaż, skoro ziomkują się z Voggiem, to pewnie nie trzeba im tłumaczyć, co należy robić. Sam Vogg powinien być dla nich dobrą szkołą.

guitars – Piotr „Młody” Winiarski (Rottengeist)
drums – Mateusz „Smoła” Smolik (HighLevelHate, Garroter, ex-BM)
bass – Mateusz „Linda” Pojnar (ex-Beheading Machine)
perc & voc – Marcin „Marshall” Marszałek (Garroter, ex-Beheading Machine)
wokal – Przemysław „Kosa” Koszelnik (HighLevelHate, ex-Dobbs)

Tożsamość:
1. Intro
2. Plan
3. MoshMachine
4. W Imię Boga
5. Nadejdzie Czas
6. Obietnica
7. Czy Mogłoby… (feat. Vogg)
8. Ecce Homo

Ocena: 8/10

Napisz, co myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *