heavyrock.pl

rock w sercu, metal we krwi

Mord’A’Stigmata, Above Aurora: relacja z koncertu [Toruń, 12.03.17]

15 Marzec, 2017

Wycieczce do znajdującego się w najbliższym sąsiedztwie miasta Torunia towarzyszyły różnorakie perturbacje, koniec końców jednak zamiast spędzać niedzielny wieczór spokojnie w domu, jak to pierwotny plan zakładał, odnalazłam się (na dziesięć minut przed planowanym startem koncertu) w połowie przecinającego Wisłę mostu, przeklinającą wiecznie spóźniające się pociągi i swoje głupie pomysły, w rodzaju wybierania się na gig kapeli którą i tak zobaczę za tydzień, a za którą nawet jakoś wyjątkowo nie przepadam. Chociaż uczciwie rzecz ujmując, to nawet nie był mój głupi pomysł – namówił mnie kolega, po czym bezczelnie wziął i zachorował. I tak to w życiu bywa, stety czy niestety na tym etapie to wydarzenie było dla mnie ekwiwalentem małej wiśniowej Soplicy pozostawionej w mieszkaniu walczącego z nałogiem alkoholika. Mimo chwil grozy przeżytych w okolicy starego rynku okazało się, że drogę z dworca do NRD pamiętam i udało mi się dotrzeć na miejsce prawie idealnie w momencie, w którym z minimalną obsuwą rozpoczynał swój występ pierwszy tej nocy skład.

Byłam dosyć ciekawa, jak prezentuje się na żywo poznańska grupa Above Aurora – nie udało mi się jeszcze nigdy ich złapać, za to zdarzyło usłyszeć dobre słowo o tym zespole. Sceniczny wizerunek z tych obecnie raczej często spotykanych, ot, świeczki, kaptury, czaszka jakiegoś leśnego zwierza, niebieskie światło i troszkę dymu. Pewną wariacją były odsłonięte bary muzyków (i całe szczęście, bo gdy pomyślę o Batuszkach w bezrękawnikach to śmieję się w głos). Ludzi niezbyt wielu, nawet w niewielkim klubie jakim jest NRD ścisku nie było. Pierwsze, co rzuciło mi się w uszy to zgoła niezgorsze brzmienie – wpadam do tego lokalu raz na jakiś czas od dziewięciu lat i to był chyba najładniej ukręcony dźwięk, z jakim się tam spotkałam. W kwestii repertuaru nie ma się co zbytnio rozpisywać, bowiem panowie wydali do tej pory tylko jedną płytę, a nawet gdyby wtrącili jakiś nowy numer, to i tak bym się nie zorientowała. Pojawił się znajdujący się też na pełniaku monolog z „American Psycho”, jakiś osobnik kontemplował koncert, siedząc po turecku na podłodze z piwem w ręku, rzecz jasna centralnie przed wokalistą. W głowie mam jeszcze zeszłotygodniowy występ Anima Damnata, gdzie do każdego, kto próbowałby analogicznego manewru trzeba by wzywać nie tyle karetkę, co ekipę sprzątającą. Muzyczki na żywo to jednak mocno różnorodne zjawisko, i bardzo dobrze, bo inaczej musiałabym znaleźć sobie jakieś inne, poważniejsze hobby, na przykład szydełkowanie albo filatelistyka. Tutaj była pełna kulturka, oklaski po każdym numerze, pogaduchy wśród publiki ograniczone do minimum, zdmuchiwanie świeczek po zakończonym secie. Koniec końców całkiem dobry gig, mimo wcześniejszej niepewności nie zdążyłam się w ogóle znudzić, a i cały ten świeczkowo – czaszkowy anturaż okazał się jedynie uzupełnieniem klimatu opierającego się na muzyce (przeciętnie odkrywczej, co prawda), a nie próbą wytworzenia takiegoż przez wystawienie na deski kandelabra i naciągnięcia na czoło kaptura.

Zespół Mord’A’Stigmata na żywo z kolei widziałam już dwukrotnie, chociaż może warto doprecyzować, że przy okazji trasy z Behemothem za dużo ich widać nie było, bo z tego co pamiętam nie dość, że część występu stali tyłem do zebranych, to jeszcze osoba obsługująca dymiarkę musiała przeżywać najpiękniejsze chwile swojego życia, kiedy gęsta mgła zasnuła scenę, publiczność i pobliskie małe miasteczka. Na zeszłorocznym Summer Dying Loud wypadli nieco lepiej, ale i tak nie do końca mnie przekonali. Najzwyczajniej w świecie w swoim black metalu preferuję więcej obrażania pana Jezusa i bycia pijanym, a mniej kontemplacji rzeczywistości i bycia smutnym (chociaż narkotyków na takim „Überrealistic” nie brakuje, ale kiedy to było). Kwestia indywidualnej wrażliwości, jeśli wolno mi użyć tego słowa. Obawy podsycał wywiad (szalenie ciekawy, skądinąd) przeprowadzony przez Bartosza Cieślaka z Noise Magazine, w którym artysta Static mówił o ostatniej płycie jako o materiale wyjątkowo osobistym i emocjonalnym, a z tego, co się zdążyłam zorientować, mini – trasa z Above Aurora miała być przede wszystkim formą oswojenia się z odgrywaniem nowego materiału przed występami z Triptykon. Dla jasności – wiadomo iż nie jest to wadą samo w sobie, ale to, co terapeutyczne dla twórcy, niekoniecznie musi takie być dla odbiorcy. Z ulgą donoszę więc, że był to najbardziej udany koncert małopolskiego kwartetu jaki widziałam. Mały klub sprzyjał wytworzeniu nieprzyzwoicie intymnej atmosfery, w której świeże utwory miały szansę odpowiednio wybrzmieć. Jak na moje średnio osłuchane ucho setlista opierała się oczywiście o „Hope”, pojawiły się też jakieś blasty, może i znalazło się więc miejsce na coś ze starszych wydawnictw. Pewności nie mam. Dymiarka obecna, ale pod kontrolą. W paru momentach zupełnie zaginął wokal, lecz obecna za konsoletą drużyna sprawnie ogarniała kryzysy. Prawdopodobnie nigdy nie będzie to zespół, którego płyty regularnie będą pojawiały się w moim odtwarzaczu, jeśli jednak planujecie podczas ich slotu przed składem Toma G. Warriora robić wódeczkę w krzakach, zachęcam do ponownego rozpatrzenia tego planu. Zawsze można po prostu zacząć pić wcześniej.

Gdy bez większych ceregieli panowie zeszli ze sceny, akurat wybijała 21:37. No tak, tego mimo najlepszych chęci by się nie dało zaplanować. Zostało mi jeszcze trochę czasu do ostatniego powrotnego pociągu, zajęłam się więc popijaniem kasztelana niepasteryzowanego i pogaduszkami, w trakcie których zadzwonił kolega z ofertą zgarnięcia mnie z powrotem do Bydgoszczy, w zalążku dusząc już gdzieś tam kiełkujące plany afterowe. W sumie dobrze, bo w poniedziałek na 8:00, a koncertowo marzec wypada skandalicznie wręcz intensywnie i wypada zachować trochę zdrowia na nadchodzące imprezy. Dzięki korzystnej rozpisce po tym mile spędzonym wieczorze udało się wrócić do domu o przyzwoitej porze. Po drodze jeszcze dwa inne wypady, ale z zespołem Mord’A’Stigmata widzimy się już wkrótce, bo w niedzielę w gdańskim B90.

 

 

 

 

X.


Dust In Mind supportem Pain Tankard: nowy album „One Foot In The Grave” 2 czerwca
Dust In Mind supportem Pain
Tankard: nowy album „One Foot In The Grave” 2 czerwca






heavyrock.pl | Wszelkie prawa zastrzeżone.
©2008-2017
Google