Chyba wszyscy (zwłaszcza nieco starsze pokolenie) wiemy, jak to jest: poznajemy zespół, który gra mniej lub bardziej brutalną formę metalu, zakochujemy się w twórcach od pierwszego wejrzenia, aż tu nagle… Zmiany, szok, niedowierzanie! Tu klawisze, tam czysty wokal, jeszcze gdzie indziej flirty z jazzem. Wtedy oczywiście zachowujemy się tak, jak na fanów ukochanej formacji przystało – wylewamy wiadro pomyj, zrównujemy eksperymentalne dokonania tejże z ziemią i wszystko ubarwiamy dawką pejoratywnych określeń. Brzmi znajomo, nie? A może coś fajnego w tych materiałach jednak jest? Poniżej przedstawiamy subiektywną listę 3 najlepszych dokonań bandów, które odkryły swoje drugie „ja”.

 

1.Paradise Lost – „Host”

Paradise Lost - Host

Bądźmy szczerzy, nieustanna ewolucja i brak przynależności do jednej konkretnej sceny były immanentną cechą smutnych, niczym pusta paczka fajek, Bytyjczyków. Jednakowoż, takie a nie inne podejście paradoksalnie pomagało im tylko w zdobywaniu hord wiernych fanów. Niestety jednak (a może stety), po „Czarnym Albumie gotyckiego metalu” (czyli „Draconian Times”), panowie stwierdzili, że metalu to oni grać nie będą. Jak powiedzieli, tak zrobili, bowiem wydane w 1997 „One Second” to mariaż dosyć przebojowego i wpadającego w ucho rocka z gotycką dekadencją i subtelnymi wpływami synth-popu. Fani rajskich dźwięków odebrali ów album jako cios obuchem między oczy, ale panowie bynajmniej nie wzięli tego zbytnio do siebie. Efektem dalszych poszukiwań i jeszcze. głębszego posunięcia dźwięków w nietypowe rejony było „Host”. Wbrew pozorom najmroczniejszs rzecz w dyskografii Paradise Lost. Pełna smutku, depresji i przygnębienia, na co znacznie wpłynęła śmierć ojca Nicka (opowiada o tym kawałek „Year of Summer” – pierwotnie „Year of Shit”). 13 pieśni składających się w jedną, spójną całość, to wciąż stary, dobry kawał atmosferycznej muzyki, po prostu podany wedle zupełnie innego przepisu. Popatrzcie na takie „Wreck” – zabieramy klawisz, dodajemy przesterowane gitary oraz growling, a kawałek z łatwością mógłby zasilić program „Shades of God”. To takie proste, czyż nie?

 

2. Katatonia – „Discouraged Ones”

Katatonia - Discouraged Ones
Katatonia pochodzi ze Szwecji, więc nie powinno wzbudzać zdziwienia, że bardzo szwedzko zaczynali. Debiutanckie „Dance of December Souls” – z perspektywy czasu – to nieco naiwny, dosyć toporny miks melodyjnego blacku z doom metalem. Kompozycje powoli suną przed siebie, Jonas drze ryja jak należy. Dobra płyta. Wydane 3 lata później „Brave Murder Day” to materiał znacznie ambitniejszy i dojrzalszy. Chłopcy wyparli black metal na rzecz death metalowego uderzenia, a efekty były bardziej niż zadowalające. Niespełna godzina przepięknie smutnej, ciężkiej muzyki, ożenionej z wybitnymi melodiami, które nie miały już nic wspólnego z infantylnością debiutu. Kiedy fani czekali na godnego następce „dwójki”, Anders i spóła pokazali wszystkim środkowy palec, a właściwie anioła pośród płomieni, ponieważ właśnie taki obrazek zdobi okładkę wydanego 18 lat temu „Discouraged Ones”. Katatończy, nieco łagodniej od Paradise Lost, zgrabnie odeszli od korzeni i pozostając przy specyficznej melodyce „Brave Murder Day”, stworzyli krążek, który wielokrotnie opisywano jako „metalowe The Cure”. Ciężko nie zgodzić się z łatką przypiętą melancholijnym Szwedom, bo muzyka ta faktycznie miała dużo wspólnego z ekipą Roberta Smitha – zwłaszcza w kwestii wokali. Próba ożenienia rockowo/metalowego vibe’u z Cure’owskimi patentami zdecydowanie wyszła kwartetowi na dobre. Mniam!

 

3. Slayer – „Diabolus in Musica”

slayer-diabolus-in-musica

Tak, kochani, chyba wszyscy wiemy, że panowie z Zabójcy zostali srogo skarceni za ten materiał, ale czy słusznie? Kiedy w 1994 ludzie powoli zapominali, czym jest thrash metal, muzycy w żadnym wypadku nie próbowali tego stanu rzeczy zmienić, Slayer jednak głęboko w czterech literach miałpanujące trendy, co udowodnił świetnym, przesiąkniętym agresją do cna, „Divine Intervention”. Jednak i im thrash nieco się znudził, więc rok 1998 dał nam „Diabolus…” – płytę mającą niewiele wspólnego z rzeźnią tak sowicie przez Zabójców uprawianą w poprzednich latach. Na materiale dominuje dosyć nowoczesne (wówczas) podejście do ciężkiego metalu – nisko strojone gitary, bujające riffy i Tom Araya – próbujący przekrzyczeć samego siebie, a przy okazji wypluć płuca. Będąc szczerym – uwielbiam ten album. Eksperymentalne podejście wyszło chłopakom na dobre, i z czystym sumieniem mogę rzec, iż „Diabolus…” > wszystko, co wydane po nim.

 

Łukasz Brzozowski

1 Comment Metalowcy wyklęci

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *