Z punktu widzenia szeroko pojętego „szołbiznesu” nieważne, czy o czymś mówi się dobrze, czy źle, ważne, że po prostu się o tym mówi. XXV rocznica wydania (12 sierpnia 1991 r.) „Black Album” Metalliki, jednej (nie boję się użyć tego stwierdzenia) z najpopularniejszych płyt rockowych w ogóle, nastraja do refleksji. Koniec końców, jakby tłum nie zaprzeczał, od tego właśnie wydawnictwa zaczęła się przygoda z ciężkim graniem większości metalheads. Jestem jednym z tych, którzy już nie srając w pieluchy, a co najwyżej zmagając się z pierwszymi polucjami, doświadczyli na własnej skórze premiery tej płyty. Pamiętam dobrze, jak po raz pierwszy podzieliła ona faniszczy elektorat Metalliki, by następnie powiększyć go o zupełnie niezwiązane z ciężkim graniem osoby. Część z pogardą przyjęła prostsze, wolniejsze, obfitujące w szlagierowe, radio friendly granie, inni od razu poszli do muzycznego domu uciech z tytułami „Nothing Else Matters” i „The Unforgiven” w zębach.

coverdeli

U nas, początek lat 90 – tych nie był dobrym czasem na obnoszenie się w środowisku szkolno – rówieśniczym z płytą, której wizerunek zdobił okładki, wkraczającej podówczas na rynek, szwabskiej literatury młodzieżowej, w typie Popcorn lub Bravo, a te właśnie tytuły nachalnie oswajały metal z mainstreamem za sprawą „Czarnego Albumu” i mordami Hetfielda, Hammetta, Ulricha i Newsteda na wkładkowych plakatach. Innymi słowy, można było zebrać po ryju od fanów Slayer, czy Kreator, za apologetykę tego, cyt. „komercyjnego szajsu”. Niemniej jednak, lokalne wojenki, przerzucanie się gównem i kosą krytyki, nie mogły zatrzymać sukcesu rynkowego „Metallica”. Problematyczną kwestią pozostało stwierdzenie, czy sukces ten był adekwatny do jakości płynącej z niej muzyki, czy raczej szeroko rozumianej przystępności odbioru, pozwalającej ją bezproblemowo wrzucać świniom do jednego koryta, razem z pop/rockiem z Top Chart MTV? Po kilkudziesięciu już latach, kiedy emocje dawno poszły do ziemi, a konserwatyzm jest co najwyżej wspomnieniem wojennym podtatusiałych świadków tamtych wydarzeń, możemy przyjrzeć się temu na chłodno, bez napinania muskułów. Jeszcze by komuś dysk wypadł, lub trafiłaby go przepuklina jądrowa. Nie warto.

1-year-and-half-the-life-metallica

Początkiem mojego zrozumienia faktycznej wartości „The Black Album”, był moment kiedy w końcu kupiłem sobie takie urządzenie, o którym dzisiejsza młodzież może sobie, co najwyżej poczytać w magazynach dla hipsterów, czyli magnetowid. Wraz z magnetowidem i pirackimi VHS – ami, przyszła i pora na mannę z nieba, a więc wyżebrany dokument „A Year And Half In Life Of Metallica”, zaglądający m.in. za kulisy One And One Recording Studios, czy Little Mountain Sound Studios, gdzie płyta powstawała. Szczególnie chodzi mi tutaj o rolę współproducenta Boba Rocka. Faceta o aparycji niemieckich najemników z pierwszej części „Szklanej Pułapki”. Pogadanki, kłótnie z zespołem, a przede wszystkim jego postawa, zdradzająca szacunek dla dokonań Metalliki, ale bez jakiegoś upadania na kolana, sprawiły że zespół wycisnął z siebie nowe „ja”, bez jednoczesnej utraty tożsamości. Szczególnie słychać to, w chyba najmocniejszych elementach „Black Album”, do których ja osobiście zaliczam: proste, mocarne, zapadające w pamięć riffy, potężne wokale Hetfielda, no i skupioną na rytmie, mocarną brzmieniowo perkusję Ulricha. Dzięki Rockowi, James na tej płycie chyba po raz pierwszy „zaśpiewał”, zachowując przy tym, znaną z wcześniejszych krążków manierę, jednocześnie osiągając wyżyny, po których nigdy wcześniej, ani później nie stąpał. Sceny „A Year And A Half….” pokazujące proces nagrywania wokali, pokazują ile roboty wymagało osiągnięcie tego pułapu. Z reżyserki wciąż komendy: „Little more Hetfield, little more agressive”… i tak w kółko. Lars Ulrich – okrzyknięty swego czasu „Mr. Metallica”, a na tamtym etapie, chyba topowy pod względem rozpoznawalności grania perkusista. Znów Bob Rock dający mu do zrozumienia, że fajnie, jakby włożył trochę więcej serca w granie i w końcu zaczął napierdalać w te gary. Efekt do dziś zabija. Kiedy gdzieś w tle szczeka „Sad but True”, czy „Wherever I May Roam” wciąż mam ciary na plecach. To głębokie kotłowanie duńskiego liliputa, osobiście stawiam w czołówce, jeżeli na pierwszym miejscu stawki pt. „jak powinna brzmieć perkusja w metalu”. Tak więc brzmienie jest przede wszystkim tym walorem, dla którego wciąż okresowo wracam do „The Black Album”.

20150811_040000_7549_1014

Co do kompozycji, co utwór, to hit, i mniej więcej tym tropem przede wszystkim słuchało się tego krążka. „Enter Sandman”, „My Friend Of Misery”, „The Unforgiven”, czy remizowy pod względem zacięcia „Nothing Else Matters”. Po latach jednak, może ze względu na efekt przejedzenia oczywistościami, z większą przyjemnością odpalam kawałki, które nie wiedzieć czemu, nigdy nie zyskały większej przychylności gawiedzi. Przede wszystkim, mistrzowski pod względem budowania riffowej dynamiki „Holier Than Thou”, w którym taktyczne przedzielenie rytmicznym taktowaniem Larsa, wspieranego przez pulsujący bass Newsteda, wręcz wprawia podłogę w drżenie. „Don’t Tread On Me”, przyczynek pojawienia się na okładce grzechotnika z deklaracją „Liberty or Death”, walcuje niczym marsz secesyjnej piechoty, aż do jednej z najlepszych pod względem rozbuchania stylistycznego solówek Hammetta. Pochód tych wybijających się ze stawki przeszkadzajek zamyka genialnie zapętlony zagrywkami „Through The Never”, będący idealnym połączeniem „starej” i „nowej” podówczas Metalliki.

Faktem jest jednak, że to przede wszystkim tzw. ballady, pościelowy, lub jak kto woli muzyczne pocieracze do wyrywania, lub opłakiwania pierwszych miłości napędziły, do dziś już chyba kilkunastomilionowy nakład „Black Album”. Można na to patrzeć z kilku stron. Niewątpliwie, to dzięki parkietowym evergreenom, Metallica sprawiła, że heavy metal dotarł do szerszej świadomości społecznej, grając muzykę, w której wciąż gdzieś tam jest budowanie uderzenia gitarowego, ale na tyle znośnego, że nawet stacjonujący obok twojego domu obóz Świadków Jehowy, pomyli go ze świątecznym gospel. Przysłowiowy wilk jest syty, a owca wciąż cała i nienadgryziona. Stan kasy się zgadza, konserwatywni metalowcy i tak w mniejszości, a cała sala śpiewa z nami. Z drugiej strony, „The Black Album”, wyświadczył w ten sposób metalowi niedźwiedzią przysługę, pokazując, że kierunkiem jego rozwoju może być oswajanie, by nie rzec wybijanie mu zębów. To już nie jest manifest buntu, agresji, czy niezgody, to już jest po prostu granie, wciąż zajebiste, ale tylko granie. Mam też wrażenie, że ta płyta, to ostatnia, na której Metallica miała sobie coś do udowodnienia. Hetfield i Ulrich pokazali, że są też muzykami w ogóle, potrafiącymi poruszać się po wielu płaszczyznach. Stracili w ten sposób status metalowej wyjątkowości, dla jednych stając się sprzedawczykami, dla ogółu zaś świadomymi twórcami.

Metallica1

Metallica po wydaniu „Czarnej”, szybko przestała być tylko zespołem, a stała się marką i instytucją, co zaowocowało trwającym do dziś szumem medialnym, wyznaczającym ich dalszą drogę. Nie twierdzę, że po „Czarnej Rewolucji” nie udało im się już nagrać nic sensownego. Z pewnością jednak, wszystkie następne płyty, to powolne opuszczanie muzycznego szczytu. Niby wyniki sprzedaży, mówiły same za siebie, ale pod względem siły rażenia, to już opuszczanie gardy. Wbrew twierdzeniom muzyków, że nie zamierzają po prostu nagrywać takich samych płyt, nie odnajduję na „Loadach”, „Reloadach” i całej, kolejnej reszcie, równie poruszających kompozycji. Mimo zbiegów studyjnych nigdy nie osiągnęli też tak rewelacyjnie wyważonego, balansującego między łomotem, a elegancją brzmienia. Być może po prostu już nie musieli, być może po prostu już zdobyli, to czego pragnęli, być może po prostu byli syci. Sukces ma dwie strony. Niekończąca się, kilkuletnia trasa promująca „The Black Album”, ponoć negatywnie odbiła się atmosferze w zespole. Jak relacjonuje Hammett po latach, ponoć tak długie przebywanie w swoim towarzystwie sprawiło, że nie mogli na siebie patrzeć, poza tym tzw. życie osobiste każdego z nich otarło się o katastrofę. Tak to bywa. Metallica w konsekwencji skupiła się bardziej na sobie, niż na muzyce.

Metallica1

XXV lat minęło, a „Metallica” wciąż pozostaje płytą wyjątkową w dyskografii The Four Horsemen. To ostatnia pozycja wymieniana jednym tchem z „Killemalami”, „Raidami”, „Masterami” i „Justice’ami”, wśród największych dokonań zespołu. To płyta, na której zaczął się na dobre globalny, ponadczasowy sukces komercyjny Metalliki i jednocześnie jej rozbrat z metalem stricte. Mimo tego ćwierćwiecza, jakie minęło od premiery, album wciąż brzmi świeżo i zaskakuje nośnością. Jakkolwiek nie wzbudza już dzisiaj tylu kontrowersji, to wciąż jest o czym mówić, wciąż jest czego słuchać, a już na pewno wciąż jest co wspominać.

Megakruk

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *