W ostatnim czasie sporo działo się w obozie Magnum. Pod koniec 2016 roku wszystkich zaskoczyła wiadomość, iż szeregi zespołu, po prawie 35 latach, opuszcza świetny klawiszowiec Mark Stanway. Jego miejsce zajął Rick Benton – człowiek z bardzo bogatą przeszłością (związany nie tylko ze światem rocka), jednak zawsze skromny i pozostający w cieniu. Kilka miesięcy później nastąpiła zmiana na miejscu perkusisty. Ta nowina akurat mnie ucieszyła, ponieważ nigdy nie byłem specjalnym fanem Harry’ego Jamesa. Zdziwienie wzbudził jednak wybór następcy. Gość grający przez dekadę w Paradise Lost zasila szeregi Magnum – zabrzmiało to bardzo nieprawdopodobnie. Niemniej jednak decyzja o przyjęciu Lee Morrisa okazała się być trafioną!

Rok 2018 przyniósł nam nową, bardzo udaną płytę zatytułowaną Lost on the Road to Eternity, która dała również zespołowi spory komercyjny sukces, być może częściowo za sprawą cudownej okładki oraz gościnnego udziału Tobiego Sammeta. By nie zasypywać gruszek w popiele, postanowiono wydać koncertówkę z trasy promującej album. Dostaliśmy więc kompletny, dwupłytowy zapis występu, który odbył się 19 kwietnia w Birmingham. Niestety, jedynie w wersji audio, za co sam Alan Barrow przepraszał fanów.

Rzut oka na setlistę – spore rozczarowanie. Nie chodzi nawet o to, że znalazło się w niej tylko 15 utworów – Clarkin i Catley mają już ponad 70 lat, a nie każdy przecież może być Paulem McCartneyem! Zupełnie nie pojmuję, dlaczego grupa tak kurczowo trzyma się niezbyt udanych Crazy Old Mothers, czy All England’s Eyes. Rozumiem, iż w secie musiał znaleźć się utwór z singla promującego Lost on the Road to Eternity, czemu jednak na singiel wybrano zdecydowanie najgorszą kompozycję na płycie? Coś takiego jak flirt Magnum z czarną muzyką było, moim zdaniem, z góry skazane na porażkę. Lista numerów, jakie chciałbym usłyszeć zamiast wyżej wymienionych, jest naprawdę długa. Otwierają ją Just like an Arrow, Days of no Trust i Great Disaster.

Skończę jednak swoje narzekania i przejdę do niewątpliwych plusów tego wydawnictwa. W pierwszej części koncertu znajdziemy utwory nowe, natomiast w drugiej – stare przeboje. Moim zdaniem wybór When We were Younger na otwieracz występu był strzałem w dziesiątkę! Utwór jest bardzo dobry w wersji studyjnej, a wykonanie na żywo to prawdziwe arcydzieło! Do początku zespół umiejętnie dawkuje napięcie, by przekazać publice całą energię w refrenie. Dodatkowo, podczas solówki, powracają wspomnienia z koncertu w Pradze i przed oczami znów staje Catley tańczący z podaną na scenę polską flagą. Nie gorzej wypada następny w kolejce Sacred Blond ‘Divine’ Lies – kolejny zastrzyk energii, ukazujący bardziej rock’n’rollowe oblicze grupy. Obecny wokal Boba pasuje tutaj jak ulał! Mimo upływu lat, jego głos wciąż jest mocny, donośny, a pojawiająca się starcza chrypa w tym przypadku ewidentnie dodaje uroku! Wypada jeszcze pochwalić sympatycznego Ala Barrowa za bardzo udane chórki w refrenie. Skoro już mówimy o głosach wspomagających… następuje teraz gwóźdź programu, czyli kompozycja tytułowa z ostatniego albumu. Na koncercie w Birmingham gościnnie wystąpił Tobias Sammet, który wspomógł wokalnie Boba Catleya wersji studyjnej tego utworu. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, iż również na żywo duet wypadł świetnie, szczególnie śpiewając unisono w refrenie. Pierwsze skrzypce w utworze Lost on the Road to Eternity odgrywa jednak nowy nabytek zespołu, czyli wspomniany wyżej Rick Benton. Wykreował on tutaj partię smyczków, instrumentów dętych, a nawet harfę. Zawsze powtarzałem, że jeśli zespół nagrywa płytę z symfonicznymi aranżacjami, powinien robić to jak Beatlesi na Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, a nie jak Manowar na Gods of War. Należy jednak pamiętać, iż budżet zespołu Magnum jest znacznie skromniejszy, niż dwóch wyżej wymienionych grup. Efekt należy więc uznać za udany, mimo że wyobraźnia podpowiada nam, jak potężnie mogłaby zabrzmieć ta kompozycja z prawdziwą orkiestrą.

Bardzo ucieszyła mnie obecność Your Dreams Won’t Die z przedostatniej płyty. Przepiękny, liryczny i nostalgiczny utwór, niosący jednak niezwykle pozytywne przesłanie. Po prostu kwintesencja Magnum!
Sporo słodkich doznań daje nam również Peaches and Cream. Jest to w zasadzie novum w twórczości zespołu. Typowa dla tej formacji melodyka oraz pewna dawka teatralnej dramaturgii bardzo spójnie łączy się tu z riffem w stylu ZZ Top. Szczególnie podoba mi się zakończenie, w którym wyśpiewywane przez Boba frazy refrenu kontrapunktowane są organami.

Pierwszą płytę wieńczy pierwszy w secie klasyk – nieśmiertelne How Far Jerusalem! Tradycyjnie Clarkin serwuje nam tu rozbudowaną na potrzeby koncertu solówkę. Tym razem poprzedza ją jeszcze krótki popis Alana. Słuchamy przeglądu różnych technik gitarowych, dobrze wpisujących się w mistyczny wręcz klimat utworu. Cieszy mnie też, iż Benton nie ograniczył się tu jedynie do roli tła. Może na następnych trasach usłyszymy więcej jego kunsztownych zagrywek…?

Płytę nr 2 otwiera chyba najpiękniejszy punkt występu. Kolejny nieśmiertelny klasyk z On a Storyteller’s Night, czyli Les Morts Dansant. Catley płynnie przechodzi tu od subtelnego śpiewu, zahaczającego wręcz o melodeklamację, w wysoki, mocny krzyk, przy którym ciarki skaczą po plecach. Pamiętajmy, iż ten człowiek ma już siedemdziesiątkę na karku. Naprawdę chapeau bas! Brawa należą się również Morrisowi. Moim zdaniem żaden z poprzednich perkusistów Magnum tak świetnie nie wyczuł klimatu tej kompozycji. Szczególnie słychać to w ostatniej części utworu, gdzie jego gra na talerzach oraz bębnach basowych perfekcyjnie podkreśla epicki klimat.

Z kolei Vigilante to po prostu pięć i pół minuty czystej energii! Nawet niemrawą dotychczas publikę usłyszeliśmy w kilku momentach. Nie dziwi to jednak, skoro w refrenie sami mamy ochotę śpiewać z Bobem Hold on there’s a New way a comin’, looks like it’s arriving tonight!”

Na płycie dostajemy jeszcze jeden potężny epik – Don’t wake The Lion. Niestety, jedyny w secie numer z Wings of Heaven. Zaskakuje zaaranżowanie środkowego fragmentu dzieła, gdzie pojawiają się złowieszcze szepty i chichoty, a także świdrujące mózg soprany. Trochę kojarzy mi się to z Heart of Darkness Grave Diggera. Bardzo się cieszę, że muzycy przedłużyli końcową, dynamiczną część tej kompozycji. Catley znów śpiewa z zadziorem, a my mamy ochotę na solidny headbanging!

Jako deser jeszcze dwa bisy. Pierwszy z nich to The Spirit. Wyszło ładnie, szczególnie urzeka nas ekspresyjna, pełna ozdobników gra Bentona. Ja jednak zdecydowanie wolę barokowy aranż utworu, jaki znamy z płyty Chase the Dragon, niż stylizowanie go na liryczną balladę.

Koncert wieńczy oczywiście When the World Comes Down. Ciężko wyobrazić sobie coś lepszego na finał. Na scenie po raz kolejny pojawia się Boski Tobi, wchodząc tym samym w buty samego Rogera Taylora, udzielającego się wokalnie na płycie Vigilante. Wybaczcie, ale nie chcę rozstrzygać, który z tych dwóch świetnych wokalistów lepiej wypadł w roli tła dla Catleya.

Podsumowując, Live At the Symphony Hall to na pewno nie najlepszy album live w historii grupy. Przy The Spirit wypada wręcz blado. Niemniej jednak jest bardzo udaną koncertówką. Fanom nie trzeba polecać, a jeśli jednak ktoś nie zna zespołu, to wydawnictwo bardzo dobrze wprowadzi słuchacza w piękny, baśniowy świat Magnum.

Autor: Janek Mełech

Napisz, co o tym myślisz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *